Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

Co za ambaras! Dwie kupy naraz!... czyli o początkach podwójnego macierzyństwa


- Robi ci jeszcze kupy w nocy?
- yyyyy, to może tak być, że nie będzie robiła?

Takim pytaniem zaskoczyła mnie znajoma, gdy urodziło mi się pierwsze dziecko. Wtedy nie wiedziałam o niemowlaku w zasadzie nic, oprócz kilku teoretycznych informacji ze szkoły rodzenia. Miałam taką instrukcję obsługi, jak do pralki. Tu wcisnąć, wybrać taki program, jeśli piorę to, taki jeśli piorę tamto, do tego temperatura i play. Podobny był mój start z niemowlakiem. Przewijać co trzy godziny, układać na brzuchu, wietrzyć pupę, a gdy kąpiel to myć oczka, smarować kremem tu i tu, pudrem tam i siam i dziecko przeżyje. Przeżyło, ma się nawet dobrze, w wieku już ponad dwóch lat. A gdy urodził się synek, nawet nie miałam czasu odkurzyć tych starych zapisek, leciałam na free stajlu. Tym razem wszystko jest inaczej. Ten niemowlak sprezentował mi nie robienie kupy przez dobre 1,5 tygodnia w miesiąc po narodzinach. A ja jestem dużo spokojniejsza, bardziej wyluzowana i wreszcie czująca się mamą na serio.

Pierwsze dziecko to wielkie extra-przeżycie, drugie - wielka radość. Za każdym razem jest eksplozja miłości, ale pierwsze dziecko zmienia życie tak bardzo, że jego pojawienie się przytłacza. Za drugim razem nie ma już tego zaskoczenia. Twoje życie wygląda w zasadzie tak samo, tylko ty biegasz dwa razy szybciej. Momentami z turbotorpedą w tyłku - jak zwykłam myśleć sobie czasem w duchu.

Na początku był szok. Gdy wróciłam ze szpitala moje starsze dziecko wydało mi się olbrzymem. Na prawdę wielkim  o l b r z y m e m. Zostawiłam w domu maleńką Córeczkę. Wszystko było tyci u tej mojej dwulatki. Drobniutkie rączki, króciutkie nóżki. Po prostu kruszynka. W ciągu kilku dni, gdy byłam w szpitalu, urosła. Choć to oczywiście tylko moje wrażenie optyczne. Wiedziałam to doskonale, ale gdzieś w głębi towarzyszyło mi poczucie, że coś nieuchronnie minęło i już nie wróci. Że nie jestem już tą samą matką co byłam. Nie wiedziałam, jak mam się podzielić. Dwoje dzieci, jedno, które kochałam od ponad dwóch lat, drugie, które pokochałam zaledwie trzy dni temu. Do tej pory każdemu poświęcałam 100 procent uwagi i siły. I nagle, od momentu powrotu z niemowlakiem do domu, te dwie rzeczywistości zetknęły się ze sobą. Gdy byłam z córką, myślałam o tym, że nie przytulam dopiero co urodzonego synka, gdy byłam z synkiem myślałam, że powinnam być z córką i spędzać z nią czas, tak jak to było do tej pory. Rozsypałam się jako matka. Ale zaraz potem pozbierałam i to szybko i ze śmiechem, nie płaczem. A właściwie płaczem ze śmiechu, pewnego wieczoru przy okazji czytania bajki córce na dobranoc...

- ... i wtedy Kubuś wpadł do dołu, razem z resztą przyjaciół - przeczytałam mniej więcej tak brzmiące zdanie z książki i zamknęłam ją, przekonana, że córka śpi już od jakiegoś czasu bardzo smacznie. Już zabierałam się, by wyjść z jej pokoju gdy...
- ŁUBUDUBUDUBUDUB!!! - usłyszałam nagle okrzyk. Córeczka wydając go usiadła na łóżku, z oczami wlepionymi we mnie, czekając jak gdyby nigdy nic na dalszą część całej historii.

Wybuchnęłam śmiechem, przy okazji którego uroniłam chyba tonę łez. Miałam świadomość, że płyną te, na które miałam ochotę od chwili powrotu do domu, ale nie starczyło mi czasu ani też odwagi, by sobie na nie pozwolić. Przyszły wraz z katastrofą Kubusia Puchatka :) i pomogły, bo dalej było już tylko lepiej. Wzięłam się w garść. Trochę dyscypliny wobec siebie, rutyny w opiece nad dziećmi, łaskawość synka, który pozwalał mi się wysypiać i córki, która nadzwyczaj mądrze podchodziła do spraw codziennych. Od tej pory było już tylko lepiej.

Jestem teraz matką na pełen etat. Pierwsze dziecko mnie dowartościowało, ale drugie dało takiego życiowego kopa, że czuję się jak supermenka. Cały czas na turbodoładowaniu. Ogarnę to! Ta myśl towarzyszy mi teraz najczęściej każdego dnia. Także, gdy na skutek zduplikowanego płaczu, który dochodzi do uszu z dwóch różnych stron mieszkania, mam delikatne wrażanie, że sąsiedzi pomyślą: "dom wariatów". Ja sobie poradzę! Nawet, gdy muszę (a właściwie do niedawna - zanim odpieluchowała się córka - musiałam) zmieniać pieluchy po dwóch kupach jednocześnie. Matka supermenka. Dam radę. Zorganizowałam się, zebrałam do kupy ;) i co najważniejsze: nauczyłam się kochać moje dzieci jednocześnie. Bo pojedynczo kochałam je od zawsze, ale dwoje na raz okazało się pewną sztuką. Teraz gdy patrzę na Córeczkę, jak się krząta po domu, słucham co opowiada, miłość moja bucha do niej rozpalana przez blask oczu młodszego Brata. To one mi się wydają najpiękniejsze, bo takie malutkie, niewinne, bliskie sercu matki, doładowanemu hormonami. A z drugiej strony cały czas myślę i nie mogę się doczekać, kiedy mój mały, nieporadny synek będzie już tak duży jak jego siostra, taki rezolutny i cudowny jak ona. Mam dwoje dzieci a kocham je jak jedno. Tylko mocniej i mają rację ci, co mówią, że miłość się mnoży a nie dzieli. W przypadku dzieci, to chyba do kwadratu :)

Nie karm mojego dziecka takimi głupotami, please! (Post nie o diecie, bynajmniej!)


Czasem mam wrażenie, że dzieci traktuje się niczym pieska w eksperymencie Pawłowa. Przypomnę, że chodzi o ćwiczenie na zwierzęciu bodźców warunkowych. Wspomniany uczony, na bazie wielu prób przeprowadzonych z psem doszedł do wniosku, że zwierzę wykazuje pewne odruchy warunkowe, którymi można sterować, ale też, jak się domyślam, jeśli są raz nabyte, trudno je potem wyeliminować. I tak jeśli pies ślini się na kiełbaskę, to gdy w towarzystwie podawania tej kiełbaski kilka razy zapalisz jednocześnie światło albo pokażesz mu jakiś przedmiot, z czasem pies będzie ślinił się też już tylko na samo zapalenie światła lub na widok rzeczonego przedmiotu. Nie będzie trzeba nawet wyciągać z lodówki jego ulubionego smakołyku. Tak działa jego mózg i biologiczne uwarunkowania.

Do dzieci często podchodzi się jak Pawłow do pieska. Nie rób tego lub tamtego, bo przyzwyczaisz. W domyśle chyba bardzo często, nauczysz odruchów, których już za nic w świecie u dziecka nie wyeliminujesz. Jakby zapominało się, że dziecko jest istotą po stokroć bardziej rozumną od prostego zwierzęcia domowego. I oprócz zwykłych odruchów, ma też umysł, którym myśli i przyjmuje tłumaczenia rodziców. Rozumie i wciela to, co podpowiada mu rozum w życie.

Na krótko przed pierwszą ciążą miałam okazję zetknąć się z kilkoma tekstami Janusza Korczaka i Marii Montessori. Czytałam je, bo chciałam zrobić drobną przysługę koleżance, która potrzebowała sprawnego streszczenia tych materiałów. Nawet nie wiedziałam, że zrobię tym samym jeszcze większą przysługę sobie samej w postaci zrozumienia istoty filozofii tych dwojga działaczy. Filozofii jakże pięknej, bo bazującej na przekonaniu o wielkości dziecka, które nam dorosłym wydaje się takie małe i nieporadne.

"Budowniczym człowieka jest dziecko. Dziecko jest ojcem człowieka". (M. Montessori)

Infantylizujemy dzieci. Nie doceniamy ich potencjału. Traktujemy jak istoty słabsze i co tu dużo gadać głupsze od nas, bo patrzymy na nie ze złej strony. Z góry, tak jak pozwala nam na to nasza codzienna perspektywa. Tymczasem skłaniając się do poziomu dziecka, jeśli tylko zrobimy to we właściwy sposób, pozbywając się naszej dorosłej perspektywy, dostrzeglibyśmy olbrzyma o potencjale, sile, wielkości znacznie przekraczającej możliwości "dużego" człowieka.

"Dziecko nie może myśleć «jak dorosły», ale może dziecięco zastanawiać się nad poważnymi zagadnieniami dorosłych; brak wiedzy i doświadczenia zmusza je, by inaczej myślało". (J. Korczak)

Dziecko w przelanych na papier myślach Korczaka i Montessori to istota potężna. Utkwił mi w pamięci obraz małego niemowlaka, który maluje M. Montessori. Patrząc na niego widzimy jego nieporadność, ruchy które są nieskoordynowane, ciągły płacz. A tymczasem już w tak małym dziecku drzemie wielka siła życia, upór i umiejętność uczenia się, której my dorośli już dawno nie posiadamy. Mówiąc krótko, gdybyśmy mieli w dorosłym życiu zdolności uczenia się małego dziecka, to byśmy wszyscy byli Einsteinami albo jeszcze lepiej. Po prostu potęga!

Z jednej strony XIX wieczne rozważania o wielkości dziecka. Z drugiej XXI wiek i nasze podstawowe problemy, zachowania, które wołają o pomstę do nieba. Myślę, że wielu rodziców, których sercu bliskie jest takie zrozumienie natury dziecka, może mieć podobnych przykładów na pęczki. Ja osobiście wielokrotnie słyszę na temat mojej Córki, jaka to mądra i sprytna dziewczynka, ile potrafi powiedzieć, mając niespełna dwa latka, ile rozumie. I niejednokrotnie, chwilę później w zachowaniu lub na ustach tej samej osoby pojawiają się sytuacje, słowa, które sprowadzają moje dziecko do poziomu właśnie wspomnianego pieska:

- Choć zobaczysz kotka (powiedziane, by odwrócić uwagę dziecka od przedmiotu, którego bardzo chce a dostać nie może, tymczasem żadnego kotka w okolicy nie ma)
- Co to za lala w lustrze? (powiedziane, by dziecko przestało płakać, choć moim zdaniem już na poziomie co najmniej pół roku moje dziecko zaczynało kojarzyć, że lustro=własne odbicie)

Niedawno przechodziłam z córką etap odzwyczajania od smoczka. To był dopiero temat! Ileż się nasłuchałam o kurach, co go zjadły, żeby za chwilę i tak znalazł się w jej buzi, o tym, że pani nie sprzeda następnego, że się dzieci będą śmiały... itp. itd. Szczerze, to zamknięcie tego etapu przyspieszyłam chyba właśnie z tego powodu, że już miałam dość robienia z mojego dziecka głupiego, a dopiero w drugiej kolejności z przekonania, że to już absolutnie ten moment i czas najwyższy. Po prostu chciałam zaoszczędzić dziecku komentarzy otoczenia. Wzięłam ją pewnego ranka na bok, gdy płakała za smokiem. Pokazałam jej tego smoka, bo akurat zauważyłam kolejny przegryziony egzemplarz i pokazałam te dziury. Powiedziałam, że zrobiły się od ząbków i nie mogę dać jej więcej tego smoka, bo to niebezpieczne, mogłaby odgryźć i zjeść. Byłby w jej brzuszku i mógłby ją wtedy boleć. I tyle w temacie. Zrozumiała. Przez kilka dni płakała, że pogryzła smoczek, ale tyle. Żadnych bajek, cudactw i magicznych rytuałów. Po prostu dziecko zrozumiało, co się do niego powiedziało, bo zrobiłam to w sposób, który był dla niej przystępny, odpowiadał jej doświadczeniom życiowym, umiejętnościom zrozumienia świata. To wcale nie było takie trudne.

Dlatego apeluję: nie kłam, nie zmyślaj, nie gadaj głupot mojemu dziecku. Please!

Jak nie chcesz, żeby moje dziecko coś robiło, to po prostu mu to powiedz i wytłumacz dlaczego. Albo poproś mnie, abym się do tego zabrała. Ja nie mówię, że mi się nie zdarza, bo nie jest to łatwe. Jest bowiem pewna cienka granica, pomiędzy tłumaczeniem świata na język dziecięcy a traktowaniem dziecka jako, łagodnie to ujmując, mniej bystrej istoty. Jest też subtelna granica między żartem a ogłupianiem. Bo są żarty, które śmieszą tylko nas dorosłych. Takie, które opierają się na wiedzy o świecie, której dziecko jeszcze ma prawo nie mieć. Śmieszą tylko nas, a z dziecka robią niestety głuptaska.

Więc, jeśli masz ochotę się pośmiać, to nakarm tymi głupotami lepiej kury! A nie moje Dziecko.

Mamo z przychodni, przepraszam Cię za tę szpilkę w Twojej pupie


Siedziałam w przychodni, przed drzwiami gabinetu mojego ginekologa. To była druga, a może trzecia z kolei ciążowa wizyta. Dokładnie nie pamiętam. Akurat zdarzyła się wtedy seria brzuchatych pacjentek. W bardziej lub mniej zaawansowanej ciąży. Było już dosyć późno, smętnie i nudno, więc gdy tylko jedna z przyszłych mam odważyła się coś powiedzieć, zaraz wywiązała się zagorzała dyskusja. Oczywiście o ciąży i dzieciach. W rozmowie zaczęła dominować jedna z mam, która spodziewała się pierwszego dziecka. Pół żartem, pół serio widać było, że się obawia swojej nowej roli i czuje się do niej (a jakże by inaczej!) totalnie nieprzygotowana. Najbardziej przerażała ją wizja nieprzespanych nocy. W kółko pytała, czy to tak na serio jest, że nie da się wyspać. Cóż powiedzieć mogły inne, bardziej doświadczone mamy?
- Bywa różnie, ale lepiej zawczasu się wyspać - żartowała jedna z nich.
- U mnie najgorzej było z kolkami, wtedy to był koszmar ze spaniem - dodała inna.
Ja byłam w tym towarzystwie akurat najdłuższą stażem mamą, wtedy 20-miesięcznej córeczki. I chyba poczułam się przez to ekstra ekspertką, bo w pewnej chwili wyrwało mi się:
- Ja od półtora roku przespałam dopiero dwie noce, serio - powiedziałam szczerze i nie skłamałam. Tak właśnie wtedy było. Nocny sen jeszcze był przerywany i trochę przerażała mnie wizja, że za parę miesięcy częstotliwość pobudek znów wzrośnie. To chyba stąd te słowa, najwyraźniej ciężkiego kalibru, bo w oczach dziewczyny zobaczyłam autentyczne przerażenie. "No przygotuj się dziewczyno i nie patrz tak na mnie" - pomyślałam wtedy brutalnie, a przez głowę nie przeszła mi nawet odrobina refleksji nad tymi słowami. Zaraz po tych słowach weszłam do gabinetu.

A przecież Droga Mamo spotkana w przychodni, nie powiedziałam Ci wtedy wszystkiego. Bo jaką prawdę o doświadczeniu z dzieckiem, w jakiejkolwiek dziedzinie, można zamknąć w jednym zdaniu, wetkniętym tuż przed wejściem na wizytę do lekarza? Codzienność z dzieckiem to tysiące sytuacji, każda ma sto pięćdziesiąt przyczyn i mniej więcej tyle samo skutków. Jak to można tak uogólnić? Nie powiedziałam Ci przecież droga mamo, że nadal karmię piersią, że kiedyś budziłam się przy tej okazji x-dziesiąt razy w ciągu nocy, a teraz raptem raz czy dwa na szybkie karmienie. I idę w kimono zasypiając w kilka sekund, dziecko też odpływa w błogi sen zanim jeszcze skończy "cyckać" na dobre. Nie powiedziałam Ci też, że do tego się w zupełności przyzwyczaiłam. Że wstaję w nocy zupełnie tego nie rejestrując, a mój organizm (nie licząc pierwszych najtrudniejszych tygodni), absolutnie się do tego przyzwyczaił. Po prostu wpisał sobie te pobudki w swój rytm funkcjonowania. I jest ok. Owszem, gdy zasypiam, myślę sobie czasem jakby to było fajnie zamknąć oczy i obudzić się dopiero rano. Tak jak kiedyś. Ale ostatecznie to dla mnie nie problem, ba nawet lubię te nocne chwile spędzone sam na sam z dzieckiem, które mnie tak bardzo potrzebuje. Być może Ty też to poczujesz. Tego Ci nie powiedziałam i za to przepraszam.

Nie wiem dlaczego mamy, gdy tylko wyczują się "starsze stażem", często mają tendencję do generalizowania w ten sposób, by efekt rozmowy był dla tej młodszej matki zaskakujący. Często szokujący. I w gruncie rzeczy czasem być może, że miażdżący. Taka mała szpileczka wbita w pupcię "młodszej stażem", a więc i mniej doświadczonej koleżanki. Tak jakby ten jej lekki podskok na siedzeniu i czasem stłumiony pisk, spowodowane ukłuciem, miały wywołać ulgę umęczonej już wychowaniem dziecięcia mamy.

Sama padałam nie raz ofiarą podobnych "szpileczek". Nie zawsze złośliwych, czasem wkłutych bezmyślnie, niechcący, a być może i nawet w dobrej wierze. Ale jednak. Pamiętam na przykład rozmowę z koleżankami w okresie, gdy moja córeczka miała jakieś 3-4 miesiące. Żaliłam się wtedy, że moją zmorą jest przebudzanie się dziecka choćby na najdrobniejszy szelest, gdy wchodzę do niej do pokoju. "Dlatego ja do mojego dziecka nie zaglądam, kiedy śpi." - usłyszałam w odpowiedzi konkretne słowa z ust jednej z mam. I skończyłam rozmowę, czując się wtedy, hmm... matką fajtłapą? Lekko przewrażliwioną? Na pewno nie doświadczoną. Teraz z perspektywy, bardziej pewna siebie i swoich działań, spojrzałabym na te słowa w inny sposób. Właśnie w taki, jak wyżej podsumowałam swoje własne. No bo przecież autorka tych słów ma dziecko starsze o rok. Kiedy moja córka zaczynała sztywno trzymać główkę, jej dziecko już dawno hasało po placu zabaw. To duża różnica i tym samym olbrzymia przepaść w doświadczeniach matek. Tak wielka, że czasem u tej starszej pewne sytuacje już dawno mogły ulecieć z pamięci. Czy na prawdę nie zaglądała? Tym bardziej przy pierwszym dziecku? Czy po prostu już nie pamiętała, że taki nowonarodzony maluszek budzi obawy u swojej matki, kiedy śpi i nie ma go na oku. To starsze co najwyżej się odkryje. To malutkie może zakryć buzię kocykiem, przewrócić się na brzuszek, zatkać nosek, nie móc oddychać. Być może, nawet gdy są to tylko zmory świeżo upieczonych mam, a nie realne zdarzenia, są wystarczającym powodem, by zaglądać nawet setny raz do pokoju, gdzie śpi noworodek. Żadnym objawem gapiostwa i braku rozsądku. No ale, co mama starszaka powiedziała, to powiedziała. Dyskusja poszła dalej innym torem, a "szpileczka w mojej pupie" została ;)

Zachowałam się w podobny sposób wobec Ciebie Droga Mamo poznana w przychodni, a przecież sama obiecałam sobie, zaczynając pisać tego bloga, że nie będę generalizować. Nie będę przenosić moich doświadczeń na doświadczenia innych mam i przez to prawić jakichkolwiek morałów. Ja co najwyżej mogę pisać o sobie i moim dziecku i już. Z rozwagą, mając na względzie tego, kto to czyta.  Może znajdzie w moich słowach coś dla siebie. A w życiu zachowałam się dokładnie na odwrót. Nie wiem, co bardziej zatriumfowało. Chęć zabłyśnięcia, albo może raczej skrywane obawy, co do moich nadchodzących nocy po urodzeniu drugiego dziecka. W każdym razie wyszło fatalnie i nie mogę już tego inaczej naprawić. Dlatego, Droga Mamo, może Ty, albo podobna Tobie osoba czyta właśnie ten wpis. Przepraszam Was w imieniu innych mam. Czasem intencje bywają szczere, a wychodzi wiadomo... jak zawsze :( Lubimy rozmawiać. Rozmowa o dzieciach łączy szczególnie i bardzo dobrze! W dzisiejszych czasach to warta pielęgnowania cecha. Tyle, że w takich rozmowach często uogólniamy. I obie strony muszą mieć to na uwadze.

Droga Młoda, Niedoświadczona, Pełna obaw Mamo! Pamiętaj, że jedno jest w stu procentach pewne. Twoje dziecko będzie inne niż moje! Nie ma dwóch takich samych. Co najwyżej może mieć pewne analogiczne zachowania. Momentami da Ci w kość, a może będzie grzeczne i spokojne, albo najpierw przez pierwsze pół roku doprowadzi Cię do totalnego wyczerpania, ale za to później stanie się cudnym aniołkiem? Będą chwile trudniejsze i te przyjemniejsze. Takie jest życie. Takie jest macierzyństwo. I rodzicielstwo też. I to jest piękne. Dlatego podnieś pupę, żeby szpileczka trafiła gdzieś w powietrze. Jesteś/Będziesz Matką, więc zasługujesz na to, by nosić ją wysoko ;)

Jak zaszłam w drugą ciążę? Pikantne szczegóły! ;)


Moja ostatnia rozmowa telefoniczna z ginekologiem:
- Od dwóch tygodni źle się czuję, więc albo jestem w ciąży, albo moje hormony oszalały.
- A czy robiła Pani test ciążowy?
- Nie, bo już mi nie raz różnie wychodziły te testy, wolę nie robić.
- To się umówimy tak: proszę zrobić sobie badanie Beta hCG i w zależności od wyniku umówimy się na pilną wizytę, albo dopiero za miesiąc, bo takie mam terminy.

Tydzień później, po godzinie 22-ej, wciśnięta w kolejkę między dawno zapisane już pacjentki, siedziałam w gabinecie ginekologicznym. Wynik bety >121 tys. mIU/ml
- Jeszcze nigdy nie widziałem na dzień dobry u pacjentki takiego wyniku. - powiedział lekarz.
A że ja oczywiście nie pamiętałam daty ostatniej miesiączki, musiałam zdać się na niego. -To będzie gdzieś 10-ty tydzień. - orzekł.

Oczy wyszły mi lekko na wierzch. Czułam się jak uczeń, który nie odrobił pracy domowej a w dodatku przyszedł na lekcję totalnie nieprzygotowany. Zupełnie nie w moim stylu. Zaczęłam się jąkać tłumacząc, że przyszłam tak późno, bo myślałam, że to hormony. 19-miesięczna córeczka jeszcze na piersi, ale je już trochę mniej. Stąd myślałam, że te mdłości i inne przypadłości są spowodowane zmianami w organizmie, który wraca na stare tory po ciąży. Ale jak widać nie zdążył. Zafundowałam mu kolejne 9 miesięcy rewolucji, potem następne może i 20 albo dłużej (oby!) okresu karmienia piersią. Chwilę później już widziałam małego sprawcę całego zamieszania na żywo. Wzruszenie jak za pierwszym razem. Do tego myśl, że po prostu nie mogę uwierzyć, że mam w sobie już takie duże Życie, przyczajone, spokojnie się w brzuszku wiercące, jakby chciało powiedzieć: "Cześć Mamo, jestem tutaj, ale ty sobie nie przeszkadzaj, trochę sobie tu jeszcze posiedzę. Ok?". Z pierwszym dzieckiem poznaliśmy się na etapie mikroskopijnej kropeczki. A teraz, jaki to był szok i niespodzianka.

No to jazda! Jak dla mnie taka bez trzymanki. Mały psikus od życia, który niebawem zamieni się w prawdziwy skarb. Dobrą puentą do tego była informacja, która padła z ust lekarza na koniec wizyty: termin na 1. kwietnia. Prima Aprillis. No tak... Jakże w tej sytuacji mogłoby być inaczej :)

Pierwsze dziecko jest ponoć z ciekawości a drugie z miłości. Jak to było u nas za tym drugim razem? Od samego początku, gdy na świecie pojawiła się Mała Muffinka wiedziałam, że nie może wychowywać się sama. Drugie dziecko było w planach, ale ja nigdy nie licytuję się z życiem o to, co chcę a czego nie i kiedy, jeśli wiem, że nie mam na to 100-u procentowego wpływu. Dlatego myśl o powiększeniu rodziny była lekko z tyłu mojej głowy. Powrót do pracy, obowiązki przy dziecku, ogarnianie życia rodzinnego. Nie było czasu przystanąć i pomyśleć: teraz! W zasadzie to, mówiąc szczerze, trochę się jeszcze bałam. Czułam się mocno zmęczona psychicznie. Także mój organizm (tak przynajmniej myślałam), nie był jeszcze gotowy, bo do wagi sprzed ciąży (53 kg) brakowało mi wciąż 8-iu. No i wspomnienia z porodu, choć wcale nie najgorszego, były dosyć świeże. To znaczy z pamięci wymazało mi się wszystko, co wiązało się z bólem, czy obawami. Ale jak dziś pamiętam moje słowa do męża po przywiezieniu z porodówki na salę: "Jeśli chodzi o drugi poród, to na razie na pewno zaczekamy". No i przez to w mojej głowie tkwiło, że z jakiegoś powodu musiałam to powiedzieć.

Na szczęście życie pomyślało za mnie. W sumie to akurat w chwili, kiedy dzięki mojej córeczce zaczęłam przesypiać noce! No to teraz mam jakieś... 5 miesięcy, żeby się tym nacieszyć ;) I tak oto druga ciąża przyszła w momencie, kiedy jeszcze nie byłam gotowa. Ale wiadomość o niej, przez moje tymczasowe roztargnienie, z lekkim opóźnieniem i dzięki temu już w zasadzie w chwili, gdy to się zmieniło. Chyba intuicyjnie coś musiałam przeczuwać, bo nie wiedzieć czemu spóźnione odwiedziny u znajomej, która urodziła niedawno dziecko, wreszcie doprowadziłam do skutku. Po prostu poczułam, że muszę zobaczyć małą Martę. Odwiedziłam ją i dzięki temu autentycznie jakiś tydzień wcześniej, przed badaniem u ginekologa miałam w głowie myśl: "Już jest ok. Nie byłoby tak źle ";) No i proszę, mówisz i masz...

I jedyne, na co się nie przygotowałam, to brak apetytu na mojego ukochanego pikantnie zapiekanego kurczaczka. Ale jak to w ciąży, szybko się odmienia, więc mam nadzieję, że i smak na paprykowo-ziołowe pałeczki powróci. Wtedy obiecuję przepis na blogu!

Żeby go nie przegapić i jeszcze kiedyś dowiedzieć się, co u nas słychać koniecznie kliknij "Lubię to" o tutaj:



A jak to było u Was z drugą ciążą? Jaki był początek? Jakieś zaskoczenia?

Wyznanie matki: Jak zachorowałam na ciele by ozdrowieć na umyśle?


Zaczęło się od pociągu widmo i znaku drogowego, który tam wcześniej nie stał. Seria wpadek matki. Po roku macierzyńskiego wypuszczona w tłum, do ludzi. Za kierownicę i do wielkiego miasta. Wraca do życia takiego jak było przedtem, ale... hola hola. Nic już nie jest takie samo i właśnie w tym rzecz. 

12 miesięcy opieki nad dzieckiem szybko mija. Nagle zdajesz sobie sprawę, że dawne życie Cię dogoniło, postawiło w starej roli... tylko ty jakoś nie możesz wcisnąć się już w tamten kostium. Jak zapanować nad rzeczywistością, która nagle przerasta? 

O moich problemach wspominałam w moim wpisie opublikowanym tuż po powrocie do pracy pt. Ma(ma)trix: Ratunku! Obiecałam też, że jeśli tylko dojdę do siebie to dam znać. I wiecie co się stało? Potem było tylko gorzej! No na przykład, w swoim mającym już trzy dekady życiu podróżowałam PKP tysiące razy. I nie wiem jak to możliwe, że stałam przez 20 min koło pociągu, który miał zabrać mnie do domu, nie widziałam go i jak gdyby nigdy nic o wyznaczonym czasie pociąg odjechał? Albo, że jako przykładny kierowca przez ponad 10 lat bez mandatu nagle tłumaczyłam się ile sił przed policją, żeby nie dostać 200 zł kary i całej masy punktów karnych? Swoją drogą wykazałam się chyba niezłą kreatywnością lekko koloryzując rzeczywistość, bo Panowie puścili mnie bez mandatu i nawet zaeskortowali do najbliższego szpitala… położniczego (Oj, będę się za to smażyć, wiem, wiem...). 

Lekka masakra, rummel-bummel, pomieszanie z poplątaniem. Mijały tygodnie a ja wciąż nie ogarniałam przypisując sobie zaszczytny tytuł niedorajdy. I wreszcie wiecie co się stało? Łupnęło na dobre! Zwaliło mnie z nóg. I wcale nie była to sterta mokrych ciuszków niesionych do rozwieszenia na suszarce, ani lista obowiązków w pracy. Pierwszy raz w życiu do tego stopnia zaskoczyła mnie choroba, że każde podniesienie z łóżka i próba jako takiego funkcjonowania kończyła się łzami z niemocy wykonania czegokolwiek. Przewinięcie dziecka to był wyczyn na miarę wspinaczki na wysoki szczyt. Momentami leżałam na podłodze a nade mną stało płaczące dziecko, które błagało o zainteresowanie matki. Pierwszy raz żałowałam że wciąż karmię piersią moją kilkunastomiesięczna już córeczkę. Każde karmienie to był straszny wysiłek, nie mówiąc już o wycieńczeniu organizmu, który resztki zapasów oddawał dziecku. Moja gehenna żołądkowo-jelitowa trwała zaledwie cztery dni, ale to wystarczyło, by w tym krótkim, choć wykańczającym czasie wyleczyć się nie tylko z jelitówki, ale i z problemów, które sprawiały wrażenie, że przestaję nadążać za własnym życiem. 

Moja fizyczna choroba zaowocowała spisaniem listy 6-ciu cudownie uzdrawiających faktów, które od teraz będę nosić w swojej głowie, żeby trzymać psychiczny ład w moim matczynym życiu:

1. Czas spędzony z dzieckiem chcę traktować jak odpoczynek. Bez względu na wszystko, bo po pierwsze na inną formę odpoczynku raczej na co dzień nie będę mieć czasu. A po drugie, o wiele ważniejsze, przecież czas spędzony z dzieckiem to jest przede wszystkim jednak dla mnie przyjemność. Nie bez powodu, gdy nie ma dziecka w moim zasięgu to zaczynam tęsknić. Przekonałam się o tym najbardziej, gdy zewnętrzne okoliczności takie jak choroba ten cudowny czas dla dziecka zaczęły mi Ci ograniczać. 

2. Chcę wyznaczać sobie realne cele i zadania, w ilości możliwej do wykonania. “Dziś wieczorem zrobię prasowanie” - tak lepiej zamiast myślenia o wieczorze w perspektywie 10-ciu spraw, które są do załatwienia. I tak nie zrobię ich jednego dnia. Nawet w przypływie supermocy. Po prostu czas nie jest z gumy.

3. Nie będę przejmować się pierdołami. Nawet jeśli wszyscy wokół to robią! Ja w mojej matczynej roli i towarzyszących jej innych obowiązkach czuję się czasem jak perfekcjonistka na odwyku. Z tym, że wszędzie wokół niestety rozlewają wino po kropelce. Albo wręcz folgują sobie na całego wyprawiając suto zakrapiane uczty. Myją okna, bo spadł deszcz i widać kropelki. Siedzą w pracy po godzinach, bo lepiej rozesłać te maile teraz a nie z samego rana. Dla mnie, dawnej perfekcjonistki, granica pierdół wyraźnie się przesunęła. Te wszystkie sprawy i im podobne wrzucam właśnie do takiego worka. 

4. Jeśli już robię coś poza opieką i miłością do swojego dziecka, to chcę robić to z pasją. Być może jestem szczęściarą, że umiem i mogę tak podchodzić do innych obowiązków, w tym do pracy zawodowej. Nie wiem. W każdym razie zaczęłam przeprowadzać w swoim życiu solidny rachunek sumienia. Co ma, a co nie ma sensu. W końcu poświęcam już na to nie tylko swój czas, ale też troszkę wykradam dziecku ten, który mogłoby spędzić z matką.  

5. Muszę pogodzić się z tym, że odpoczynek w postaci siedzenia albo leżenia i nic nie robienia przynajmniej na razie nie będzie istniał. Nauczyć się wypoczywać spędzając czas z dzieckiem. Poza tym pamiętać, że będą sytuacje w życiu (oby takich było jak najmniej!), że zdążę się jeszcze przymusowo wyleżeć. (Tu jednak mała dygresja - w realizacji tej zasady córeczka przyszła mi z pomocą. Zaczęła zasypiać już nie na moich rękach, ani w trzy minuty po karmieniu, a po półtoragodzinnej sesji łóżkowego szaleństwa na dobranoc. Więc teraz i czas na łóżko mam w swoim grafiku, choć raczej nie o takie "łóżkowanie" z lokatorem chodzącym po głowie i skaczącym po brzuchu mogło mi chodzić ;)

6. Będę wracać do punktów od 1 do 5 jak najczęściej. Bo wiem, że o nich w natłoku codziennych problemów łatwo zapomnieć. I wreszcie, pewnie gdy znów porządnie zachoruję (choć oby więcej nie!), ale tak, że zwali mnie z nóg, to znów pewnie przyjdzie otrzeźwienie i totalny reset. 

Bo dopiero wtedy zauważa się jak wszystko się sypie, gdy problemem staje się brak sił fizycznych, który nie daje szansy, by okazać miłość dziecku tak, jak się tego w danej chwili pragnie.

P.S. Zapomniałabym: Drogie Mamy! Wszystkiego najlepszego na Dzień Matki. Pozostańcie zdrowe. Na ciele i umyśle :)

Mamy, nie dajmy z siebie robić dzieci!


Zacznę od tego, że się wkurzyłam. Trafiłam na post pewnej blogerki. Nie napiszę o kogo chodzi, ani też nie podlinkuję, bo nie chcę, żebyście tam zaglądali. Moim zdaniem nie warto. Ktoś jednak z całą pewnością czyta jej wpisy, tym bardziej, że potrafi dać do tekstu tytuły mocno kontrowersyjne. Zaczęła więc mniej więcej tak: "Jestem matką. Zażyłam pigułkę wczesnoporonną...". Tyle w pierwszej osobie, bo dalej nie miała już odwagi opowiadać własnej historii. Pisze o losach innej, pewnie wyimaginowanej matki, która wzięła pigułkę, bo nie chciała zafundować swojemu (tu cytuję) ewentualnemu (sic!) dziecku życia na nieodpowiednim poziomie.

Czytałam tak sformułowane zdanie kilkanaście razy. Jestem matką bez kompromisów. Bo nie można być trochę matką i trochę nią nie być. Dlatego nie rozumiem: co to jest ewentualne dziecko? I jak można stworzyć w swojej głowie jakiekolwiek usprawiedliwienie dla filozofii, która broni prawa jednej osoby do odebrania innej osobie jakichkolwiek praw, zaczynając od tak podstawowego jakim jest życie.

W tym miejscu przytoczę pewną historię. Było to latem. Spotkanie dawno nie widzianych przyjaciółek. Były także ich dzieci. Wiek najstarszych 4-5 lat. Dorośli wymyślili zabawę w sklep. Dzieci narzuciły reguły. Sklep był więc wyimaginowany, podobnie jak towar na półkach i pieniądze. Zasady, jak to w dziecinnym świecie dość ruchome. Jednym razem w sklepie dostępne były tylko warzywa, aby po chwili znalazł się w sprzedaży też rower i jakiś samochód. Jeden liść wystarczył, żeby kupić wypasione ferrari, a z czasem nawet za sto nie sposób było wypłacić się za marchewkę. Dzieci bawiły się świetnie. Dorośli też mieli niezły ubaw. W pewnej chwili przedmiotem do kupienia była karma dla pieska. Stałam się jej szczęśliwym posiadaczem, odbierając niewidzialną puszkę, aby za moment usłyszeć, że muszę teraz nakarmić nią głodnego pieska. "Nie ma sprawy" powiedziałam i ochoczo zabrałam się za "wysypywanie" karmy na niby do miski, która była równie na niby.
- Co robisz? - zapytała Mała Zosia patrząc na mnie karcącym spojrzeniem.
- Karmię głodnego pieska - odpowiedziałam tryumfalnie, dumna, że odnalazłam się w mig w dziecięcej rzeczywistości.
- Ale przecież tu nie ma żadnego pieska. Piesek jest tam. - odpowiedziała Zosia patrząc na mnie tak, jakbym się urwała z jakiejś choinki.
Rzeczywiście 300 metrów dalej stała buda a w niej spał podwórkowy burek. Wiecie, że poczułam się autentycznie głupio? Skarciło mnie dziecko. Wyrwana z kontekstu, brutalnie sprowadzona na ziemię! Dziecko uświadomiło mi, że ja osoba dorosła nie dostrzegłam w porę subtelnej różnicy między światem wypełnionym zabawą a tym prawdziwym, autentycznym, który zabawa jedynie w jakiś sposób odzwierciedlała. Nie zrozumiałam momentu, w którym trzeba było ją zakończyć i wrócić do rzeczywistości. Spojrzeć prawdzie w oczy.

Wbrew pozorom świat ludzi dorosłych jest bardzo podobny do tego, który tworzą dzieci. Żyjemy wśród wartości, uczuć, które sami nazywamy i definiujemy. Są one podstawą naszych działań i reguł, którym w życiu jesteśmy wierni. Dla jednego być przyjacielem znaczy to, dla innego zupełnie co innego. Tak samo jest z miłością, wiarą, rodziną... Tak ten świat jest stworzony. Nie ma na nim dwóch takich samych osób. Reguły życia są takie, że aby funkcjonować obok i/lub wspólnie z innymi ludźmi musimy te ich wartości i uczucia respektować. Jeśli się nadto różnimy, czyli jak w przykładzie powyżej chcemy sprzedać marchewki a ktoś przychodzi kupić ferrari, to aby mieć dalej o czym rozmawiać i tworzyć wspólnie, trzeba się dogadać. Rozumieją to nawet dzieci. Ale bywa też tak, że dzieci rozumieją więcej. Na przykład to, że czasem trzeba porzucić własne pomysły na nazywanie rzeczywistości i zastanowić się, "gdzie jest prawdziwy piesek". Po prostu pozostając w swoim świecie, w którym jest bardzo fajnie, nie nakarmimy go tak na serio. Nie naprawimy świata. Zamiast tego będziemy albo układać cegiełki we własnym wymarzonym domku, a przy okazji być może i burzyć te, z których zbudowana jest przestrzeń do życia dla innych ludzi. Przekładając to na język prawdziwego życia powiedziałabym tak: są sytuacje w życiu, w obliczu których pojawia się konieczność wydoroślenia. Wyjścia poza ramy stworzonego wokół siebie świata i uznania pewnych faktów. Wielu dorosłym zrozumienie tego właściwego momentu przychodzi bardzo trudno. Tak jak przydarzyło się to mi tego letniego popołudnia.

Do czego zmierzam opowiadając tę historię? Powtórzę: Macierzyństwo nauczyło mnie bezkompromisowości. Nie rozumiem jak kobieta, będąca matką może dopuścić myśl o zabiciu własnego dziecka. Nawet jeśli jest to dziecko nienarodzone. Nawet jeśli jest to dziecko "ewentualne", jak brzydko napisała zacytowana blogerka... choć wiem oczywiście co miała na myśli. Dziecko, które być może jest w niej, dlatego z tą myślą połknie pigułkę, aby za chwilę usprawiedliwić swój czyn tym, że przecież dziecka wcale być nie musiało. Więc nic się przecież nie stało. Bawimy się dalej ustanawiając własne reguły. Zupełnie jak dzieci.

Nie byłoby tego wpisu, gdyby nie 8. marca. Dzień Kobiet. Matek również. Święto miłości, piękna, dobra, życia, wrażliwości, siły i potęgi... nie sposób wymienić tego, co jeszcze kryje się w Kobiecie. Tymczasem każdego roku wraca do mnie przy tej okazji podobny niesmak. Teraz, gdy urodziłam Dziecko stał się jakoś wyjątkowo nie do przełknięcia. Dlatego muszę głośno krzyknąć i mam potrzebę, by nazwać rzeczy po imieniu. Są okoliczności, które powodują, że Dzień Kobiet staje się dniem manifestacji nienawiści, krzywdy, głupoty, kłamstwa, wulgaryzmów i totalnego pomieszania wartości. W moim imieniu. Także w imieniu wielu innych Kobiet i Matek. A ja nie chcę takich rzeczników! Te z Was, które czują podobnie, na pewno wiedzą o co chodzi. Dla większej jasności zacytuję (z lekkim ocenzurowaniem) tylko kilka haseł z facebookowego profilu jednej z uczestniczek tegorocznej Manify:


aborcja: Jestem za wolnym wyborem i swobodnym decydowaniem o swoim ciele. Chazan. japie*****, co za ch*j. feminizm. To nie jest straszne słowo na F. To postawa wobec życia, która wyraża się najkrócej w tym, że wszystkie osoby są równe.klauzula sumienia. Że ku..a co?za mnie, za Ciebie, za nią. w imieniu każdej z nas

Dużo jest tu o regułach, wartościach a na końcu jeszcze o tym, że to też w moim imieniu. Wiecie co... chyba muszę zmienić tytuł tego wpisu, bo w tej sytuacji wypada jednak życzyć sobie bycia dzieckiem niż takim dorosłym. Życzę więc tym Paniom, żeby też spotkały kiedyś małą Zosię, która powie im, gdzie jest prawdziwe życie, a gdzie tylko sklep z ulubionymi zabawkami.



.

Ma(ma)trix: Ratunku!


Ja chyba kipnę! Takim oto wstępem okraszonym wykrzyknikiem zaczęłam drugi rok mojego macierzyństwa. Było to w dzień pierwszych urodzin Małej Muffinki, a właściwe wieczorem, gdy wszyscy goście już wyszli. Trzeba być lekką wariatką, żeby wyprawić 3 (słownie: trzy!) imprezy urodzinowe pod rząd dla jednego dziecka. W dodatku dwie z nich we własnym domu i to jedną z gromadą dzieci biegających po wszystkich pokojach. Było cudownie, goście wspaniali, wspomnienia zostaną na długo, ale...

Miarka się przebrała. I to na ostatniej prostej mojego rocznego urlopu macierzyńskiego, który był chyba jednym z najbardziej wyczerpujących fizycznie momentów w moim dotychczasowym życiu. Wyprawiając potrójne urodzinki postawiłam "kropkę nad i" w temacie matczynych obowiązków i opadłam bezsilnie na kanapę. Dzień później wróciłam do pracy.

Kocham Cię Córeczko.

Gdy babka taka jak ja, która zbyt łatwo nie odpuszcza, zostaje matką, świat staje na głowie. W dodatku sterczy w tej pozie uparcie pomimo upływu czasu. Choć wydawać by się mogło, że przecież wszystko ma swój kres. Dziecko w końcu okrzepnie, zacznie siadać, chodzić i nie będzie już takie nieporadnie od rąk mamy zależne. Choć dziecina już sobie lata po domu samodzielnie, robiąc kilometry na własnych nogach, dzień po dniu niewiele się zmienia. A wręcz przeciwnie. Dziecko już tyle nie wymaga w kwestiach opieki, ale ty wymagasz od siebie coraz więcej. W końcu przypominasz sobie krok po kroku, jak to Twoje życie "przedtem" wyglądało i chciałabyś mu dorównać. Tylko, że w tym starym grafiku nie było punktu pod hasłem "matka". I nagle jest wielki zonk, że tego już identycznie posklejać się nie da. Znacie to uczucie?

Kocham Cię Córeczko.

Istny Mamatrix, jeśli wiecie, co mogę mieć na myśli. Kiedyś byłam fanką tego filmu, a właściwie jego głównego bohatera, w którym się lekko podkochiwałam. Piękny Keanu w skórzanym płaszczu próbował zbawić świat, a właściwie to zapanować nad rzeczywistością opanowaną przez system komputerowy, którą ludzkość dawno przestała ogarniać. Ja tymczasem otrzepuję z moich wyjściowo-służbowych ciuszków resztki pudru do pupy (taka jest właśnie moja mamatrixowa stylizacja) i próbuję poukładać życie rodzinne, zawodowe, nie pogubić w tym wszystkim siebie i przyjaciół. Wszystko oczywiście z jednym podstawowym i jak zawsze niezmiennym celem w tle: być dobrą matką.

Kocham Cię Córeczko.

Na razie wszelkie próby zapanowania na nowo nad każdą z tych czterech rzeczywistości kończą się serią żalu do samej siebie. Dobrze czuję się jedynie w skórze matki. Resztę próbuję postawić na nogi, jakby były połamane po niezłej kraksie. Ale w głębi duszy czuję, że jakoś się poukłada, bo jestem teraz silna, lepiej zorganizowana, bardziej cenię siebie i mam sporo wiary we własne możliwości. Choć... mam też więcej ambicji i w tym pewnie tkwi powód całego mamatrixa.

Jak się ogarnę to dam znać. Na pewno. A jeśli wiecie, w jaki spobób  uwolnić się od mamatrixa, bo za wami podobne przeżycia, to błagam, nie zostawiajcie mnie w tym stanie samej! Tu poniżej jest fajne miejsce, które czeka na Wasze komentarze.

P.S. Wiem, że już Ci to tysiąc razy mówiłam, ale w końcu zawiesił mi się system, więc powtórzę: kocham Cię Córeczko ;)





Cycki i owsianka. 5 powodów, dla których nie mogę skończyć karmić piersią


Przychodzi taki czas w życiu mamy karmiącej, kiedy to karmienie piersią staje się elementem dnia codziennego, takim samym jak chociażby porcja płatków z mlekiem na śniadanie. Owszem, czasem bywa, że smakują gorzej, innym razem coś się niechcący rozleje. Ale w gruncie rzeczy nikt nie opowiada o tych przygodach na prawo i lewo. Pewnie dlatego tak trudno dotrzeć do wiedzy, która może okazać się bezcenna przy długim karmieniu piersią. Wiele mam się na to decyduje. Ale jednak mam wrażenie, że Internet przychodzi z szybką pomocą w początkach karmienia, gdy pojawiają się pierwsze, podstawowe pytania i wątpliwości. A potem jest już cisza... Albo raczej trzeba dobrze się postarać i poszukać. Wiadomo, w miarę oswajania się z rolą matki uczymy się cierpliwości i dystansu do problemów. Życie pokazuje, że wiele z nich rozwiąże się samo z upływem czasu. Tak jest też w przypadku tych cycowych kłopotów u dziecka. Najwięcej jest ich z noworodkiem, potem sytuacja zwykle się stabilizuje. Co nie znaczy, że nie warto o długim karmieniu piersią wspominać. Bo mamy karmiące ponad pół roku i dużo, dużo dłużej to wcale nie kosmitki. Na prawdę istnieją i mają się dobrze. Dlatego śpieszę donieść o codzienności przy piersi w trzeciej już części mojego blogowego cycostory (część pierwsza opowieści o karmieniu piersią tutaj, część druga tutaj).

Oto kilka uzależniających faktów, które sprawiają, że po 10 miesiącach wciąż ani myślę, aby odstawić Małą Muffinkę od piersi. Tym samym mleko z cyca jest i w najbliższym czasie pozostanie w jej menu równie pewnym składnikiem jak owsianka na śniadanie u jej mamy.

Powód nr 1: Jak cudownie, że karmisz, ale...

Żadna sytuacja z mojego życia nie pomogła mi tak zbudować pewności siebie, jak właśnie karmienie piersią. I w pewnym sensie jestem wdzięczna tym wszystkim, którzy wprost lub między wierszami, mniej lub bardziej świadomie chcą mi powiedzieć, że jestem dziwakiem: "...niezły z Ciebie Stachanowiec!", "...przez długie karmienie narażasz się na osteoporozę, a swoje dziecko na ADHD"(sic!), "...Twoje mleko nie ma już wartości odżywczej dla dziecka" itp., itd. Każdy taki argument zapala w mojej głowie czerwoną lampkę i powoduje, że mogłabym rzucić się na rozmówcę niemalże jak byk na torreadora w trakcie hiszpańskiej corridy. Ale spokojnie, do przemocy fizycznej z mojej strony jeszcze nie doszło i z pewnością nigdy nie dojdzie ;) Choć fakt, że przy takich okazjach ćwiczę niezwykle przydatną w życiu umiejętność "strzelania" w rozmówcę argumentami, bądź - jeśli widzę, że logiczna dyskusja nie ma tutaj sensu - odpuszczania w świadomości swojej najświętszej racji. Wzbogaciłam się niedawno nawet, również z racji mojego zapału do chustonoszenia w torbę z napisem: "Karmię, noszę, nie przeproszę". No i tyle w temacie!

Powód nr 2: Mamo zjem Cię, zjem Cię... obedrę ze skóry :)

Karmienie piersią daje okazję do nawiązania z dzieckiem fizycznej, niesamowicie bliskiej i niepowtarzalnej relacji. Tym większej, im dłużej "się karmimy". Zawsze bawi mnie i daje niesamowitą ilość endorfin, gdy moja Córeczka robiąc się głodna zaczyna po mnie chodzić, wtula się w moje ciało, podgryza mnie gdzie bądź i całym swoim malutkim ciałkiem przyklejającym się do mojego daje mi do zrozumienia, że to już ta pora na małe co nie co. Czasem mam wrażenie, że gdyby mogła to by wessała mnie całą :) Gdybym skończyła karmienie piersią na etapie niemowlaka w powijakach nigdy bym tego nie doświadczyła. W początkach bowiem sygnałem do karmienia był przeraźliwy płacz. Z czasem się to jednak zmienia i dzieciaczek staje się takim małym ssakiem-zwierzakiem, który gryzie, na widok cyca syczy, śmieje się w głos, przykleja się do matki i macha ze szczęścia w trakcie jedzenia nóżkami. Boskie! I uzależniające.

Powód nr 3: I nie będziesz mi dawać cyca lewego przed prawym!

Jest strasznie śmiesznie. Gdy dziecko jest coraz starsze ucierają się bowiem pewne cycowe zwyczaje. Trzeba wytrwać w karmieniu, żeby tego doświadczyć. Jakie na przykład są u nas?
- z lewego cyca tylko na dokładkę: raczej nie ma mowy, by zaczynać karmienia z lewej strony. Ot, takie widzimisie małego ssaka... a może i coś więcej. Jak się domyślam po prawej mam nieco sprawniejsze kanaliki, płynie szybciej i więcej, dlatego na lewą pierś Córeczka godzi się dopiero, gdy mleka trochę się już tam naprodukuje. Wiadomo, każdy woli jeść zupę dużą łyżką, gdy jest pod ręką, a po małą sięga dopiero przy deserze, nie??
- w związku z jedzeniem z obu piersi przy jednym karmieniu, na dobre utrwaliła się nam już pozycja do karmienia. Zaczynamy z pod pachy po prawej stronie, kończymy klasycznie po lewej. Dzięki temu nie ma przerzucania dziecka z boku na bok, co mnie niesamowicie cieszy, bo chyba musiałabym chodzić przy tym na siłownię!
- ciąganie mamy za włosy (to nie prawda, że po ciąży włosy masowo wypadają, po ciąży one się po prostu garściami wyrywają a raczej wyrywa je mały piersiowy rozbójnik)
- drapanie za uszami i po główce (rączki Córeczki muszą mieć zawsze zajęcie, więc jeśli nie ma akurat mamy włosów w zasięgu to zawsze zostaje jeszcze własna główka)
- machanie nogam (uwielbiam to!)
- pierdzenie buzią/mówienie do cyca i dmuchanie też - o dziwo! popatrzcie! jak się to robi w tę stronę to mleko nie poleci ;p
- nowa bluzka u mamy? kolczyki w uszach? ręcznik na głowie? Zapomnijcie! Nie ma jedzenia! Nadszedł czas, by odkryć, że oprócz mleka są inne ciekawe rzeczy na tym świecie :)

A tak całkiem serio to zwyczaje przy cycu owszem są fajne. Ale są też niesamowitą ulgą na mlecznej drodze. Gdy wspomnę czasy przystawiania dziecka, gdy maluszek odrywał buzię z przeraźliwym płaczem. Nie wiedziałam o co chodzi, nie było lekko. A teraz? Są jasne sygnały, co jest ok, co nie tak. Rozumiemy się doskonale i lepiej już być nie może.

Powód nr  4: Ja mam to zjeść? No chyba żartujesz!

Cyc służy do jedzenia. A jedzenie? Co najwyżej do zabawy. A i tak słabo wypada w konkurencji z twardym (czyt. świetnym do gryzienia) talerzykiem albo miską. Na pewno o naszej przygodzie z rozszerzaniem diety napiszę jeszcze pewnego dnia więcej. Na razie jesteśmy w trakcie i idzie nam raz lepiej raz gorzej. Zdecydowanie mleko mamy zawsze wygrywa ze wszelkimi innymi propozycjami kulinarnymi. W pierwszych chwilach budziło to mój niepokój, potem wyluzowałam. I szczerze to też trochę zatkałam uszy. Bo w powszechnym przekonaniu, dziecko w wieku mojej Córki powinno zajadać się już dla swojego zdrowia zupkami, mięskiem, owocami i innymi cudami, a mleko mamy to dla niego raczej tylko dodatek. Ja wiem, że jest odwrotnie i nie musimy się śpieszyć. Rozszerzać cierpliwie dietę a i owszem. Ale nic na siłę, bez obaw i nerwów. Gdy moje dziecko będzie gotowe zacznie wcinać co trzeba, aż uszy będą się trzęsły. Karmienie piersią daje mi w tym względzie niesamowity spokój. Nie jest przeszkodą, jak niektórzy sugerują. Jestem pewna, że Córeczka dostaje najważniejsze składniki diety, w najzdrowszej z możliwych postaci prosto z mojej piersi. Mamy więc czas, aby spokojnie, we własnym tempie rozszerzyć dietę.

Powód nr 5: Jeden, dwa, trzy i ZZzzzzz

Nie pozwalaj jej spać przy cycu! To jedna z rad, którą usłyszałam niedługo po powrocie z dzieckiem ze szpitala. W sumie to się nią trochę przejęłam. Na początku. Ale wiecie co? Umęczona bujaniem, noszeniem przed snem coraz większej liczby kochanych kilogramów z radością przyjęłam chwilę, kiedy mała zaczęła zasypiać przy karmieniu. Nie zawsze tak było. Wcześniej nerwowość przy piersi nie pozwalała na takie błogie ululanie do snu.  Ale od 7-8 miesiąca zaczynało się to stawać naszym zwyczajem. I zbawieniem! Teraz przy okazji południowej drzemki albo po kąpieli robimy myk do sypialni i sprawa załatwiona. Po 5-10 minutach (jeśli mam akurat fazę na przyglądanie się błogo śpiącej na moich kolanach Córeczce), wychodzę z miną bohatera i mam troszkę czasu dla siebie.

Co dalej?

Na koniec tego pełnego entuzjazmu wpisu winna jestem dokonać szczerego wyznania. Za niecałe dwa miesiące wracam do pracy. Dlatego pozytywne myśli, których tu jest co nie miara, przeplata od czasu do czasu lekki niepokój. Jak każda matka martwię się o to, czy decyzja, która na dzień dzisiejszy wydaje mi się najlepszą z możliwych dla mojego dziecka, rzeczywiście okaże się tak samo dobra w perspektywie mojego powrotu do zawodowych obowiązków. Intuicja podpowiada mi, że tak. Ale rozum bez ustanku pyta: Czy karmiąc piersią przez tak długie miesiące nie przywiązałam nadto do siebie mojego dziecka? Jak poradzimy sobie z codziennym menu wobec moich kilkugodzinnych nieobecności? Co będzie z usypianiem małej bez cyca, gdy przyjdzie czas na południową drzemkę? Ok. Niby wiem, że dziecko jest mądre i nie da się zagłodzić. Zje, gdy będzie taka potrzeba. Nauczy się też przebywać bez matki, ale żeby posiąść taką umiejętność musi najpierw... bez niej po prostu zacząć przebywać. I że jest jeszcze masa innych sposobów na usypianie dziecka, każdy opiekun musi tylko znaleźć swój w porozumieniu z maluchem. Ale to jest na razie wiedza w teorii i choćby uspokajały mnie wszystkie mamy świata, które przeszły już to, co mnie czeka, to wiem, że pierwsze dni a może i tygodnie nie będą łatwe. Na pewno Wam potem o wszystkim napiszę. Czy po kilku miesiącach tak rewolucyjnych zmian dalej będę karmić piersią? Mam nadzieję... Czytajcie bloga (a najlepiej też obserwujcie go na Facebooku), bo tak czy inaczej ciąg dalszy mojego cycostory na pewno nastąpi... :)

Obserwuj mój blog na FB! Obiecuję, że będzie ciekawie :)


Smak doskonały?! Lepszy niż mleka w tubce, albo najpyszniejszej kawy. Ale nikt go nie jest w stanie zapamiętać...


Lubisz mleko w tubce, albo chociaż kawę z mlekiem? No to wyobraź sobie, że masz za sobą baaardzo ciężki dzień w pracy i nagle znajdujesz się w domowym zaciszu, przy dźwiękach ulubionej muzyki popijasz tę kawę albo lepiej, ciągniesz ulubione mleko z tubki. Z każdym łykiem jest pyszniej i pyszniej - tak jak jeszcze nigdy nie było! Do tego dociera do Ciebie, że wszystkie problemy, które Cię dotąd trapiły przestały istnieć, masz w tej chwili wszystko czego pragniesz w swoim życiu i w tej błogiej świadomości zasypiasz... Cudownie prawda? To teraz pomyśl o dziecku, które pije mleko z piersi swojej mamy. Jeszcze przed chwilą płakało ze zmęczenia, bo każdy dzień jest przecież pełen tylu nowych wrażeń! Ale to jedno jest niezmienne. Mama i jej mleko. Tak smaczne, kojące, że wszystko inne przestaje się liczyć. Maluszek ssie mleko, czuje ciepło Mamy, swoim zwyczajem smyra rączką w jej włosach a wszelkie bodźce znikają aż przychodzi błogi sen... Podobnie jak z tą kawą albo mlekiem w tubce? Tak, tylko, że taka sytuacja zdarza się na prawdę za każdym razem, gdy w domowym zaciszu (choć nie tylko tam) karmione jest dziecko. A ta pierwsza historia z kawą lub mlekiem w tubce? Cóż, jest raczej tylko pięknym, niespełnionym marzeniem o idealnym świecie.

Jestem mamą karmiącą. Od dziesięciu już miesięcy, od kiedy Córeczka jest na tym świecie staram się codziennie wyobrazić sobie to uczucie, które towarzyszy mojemu dziecku podczas, gdy zaspokaja swój głód korzystając z zapasów z mojej piersi. Za każdym razem dochodzę do wniosku, że nigdy się tego nie dowiem, choć bardzo bym chciała. Dlaczego?

Bo mam takie przekonanie, graniczące z pewnością, że to, czym karmi się Moje Dziecko w tej chwili to m i k s t u r a  d o s k o n a ł a. I nie chodzi tu tylko o smak, zdrowotne właściwości, ale też owo błogie uczucie towarzyszące jego ssaniu.

Z jednej strony jest w nim w r o d z o n y  i n s t y n k t, który pamięta czasy jeszcze z brzucha mamy (tak dobrze znany ze zdjęć USG kciuk w buzi trzymany przez płód). A w miarę upływu czasu dołącza nawiązywana stopniowo dzień za dniem więź z matką, za którą idzie (jeszcze nie nazwane, ale jednak!) m i ł o ś ć. I ostatni, równie ważny składnik tej mikstury: to  u l o t n o ś ć  c h w i l i. Gdy dziecko dorasta to zapomina. Może właśnie dlatego, ja postanowiłam spisywać na bieżąco moje cycostory. Jeszcze w tym tygodniu zaproszę Was na trzecią część tej trwającej już 10 miesięcy historii. A tymczasem, jeśli jeszcze nie czytaliście poprzednich moich wpisów pod tym hasłem to serdecznie polecam: Moje cycostory cz. 1 oraz 6 rzeczy, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej.

Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu z tej serii? Koniecznie zostaw mi swój adres e-mail a ja Cię o nim powiadomię!

Świadoma mama, czyli jaka? Moje trzy najważniejsze przykazania.


Przychodzi matka do specjalisty:
- Panie doktorze, przeczytałam już chyba wszystkie poradniki, a wciąż nie wiem wszystkiego o moim dziecku. Aż boli mnie od tego głowa.
- Mam dla Pani doskonałe lekarstwo. Taki poradnik w minipigułce.
- Niemożliwe. Co to za książka?
- Ma ją Pani w swojej głowie!

No i problem bólu głowy z głowy :) Bo matka wie najlepiej prawda? Nie macie czasem wrażenia, że za dużo tych mądrości wokół nas? Blogi (mój oczywiście też :), vlogi, serwisy parentingowe, poradniki, programy telewizyjne itp., itd. Jak odsiać to, co na prawdę wartościowe i mądre od tego, na co nie warto tracić naszego cennego czasu? Bo bez wątpienia, skądś wiedzę czerpać trzeba. Pomijając przypadki kluczowe dla zdrowia dziecka, kiedy udajemy się prosto do lekarza są jeszcze tysiące innych sytuacji, w których potrzebujemy wiedzy związanej z opieką nad dzieckiem. Ja, zanim nie urodziła się moja Córeczka nie zmieniłam nigdy pieluszki żadnemu dziecku, nie mówiąc już o kąpieli, ubieraniu itd. Cieszyłam się, że jest Youtube i że są mamy, którym chce się nagrywać filmiki pod hasłem zmiany pampersa! Chociaż nie oszukujmy się, tak na prawdę nauczyłam się to robić dopiero na sali poporodowej na "prawdziwym egzemplarzu" :) Podobnie było z kąpielą i wieloma innymi rzeczami. Zdałam sobie wtedy sprawę, że wszystko czego się naoglądałam, naczytałam i nasłuchałam w ciąży pełniło raczej rolę skutecznego "uspokajacza". Bardzo cennego, ale jednak prawdziwe życie jak zawsze pokazało różnice między teorią a praktyką.

No ale jak to mówią, im dalej w las tym więcej drzew. Bo zmiana pieluchy to są absolutne podstawy. Z każdym dniem, gdy dziecko jest na świecie pytań, wątpliwości, obaw jest coraz więcej. Tymczasem napisano przecież opasłe poradniki poświęcone opiece nad niemowlęciem. Czy bez zawartej w nich wiedzy można dobrze zaopiekować się dzieckiem?

Jeden z takich poradników znalazł się przy łóżku w mojej sypialni. I wiecie co... Po urodzeniu Córeczki nie zajrzałam do niego ani razu. A taki mi się wydawał niezbędny. Tyle wiedzy o dziecku w opasłym tomie! Nie zajrzałam! I na początku wyrzucałam trochę sobie, że idę na łatwiznę. Przy surfowaniu po internecie więcej czasu poświęcam na przegląd ciuszków z drugiej ręki, niż na zapoznanie się z listą rzeczy, które już powinno umieć moje dziecko. Gdy mała była niespokojna przy piersi ja dalej nie szukałam, nie wertowałam. Wbiłam sobie do głowy trzy przykazania świadomej dobra swojego dziecka matki i uparcie się nich po dziś dzień trzymam. Czy słusznie? Ciekawa jestem Waszych opinii. Oto one:

Po pierwsze: SŁUCHAJ SIEBIE.  To Ty i twoje Dziecko a nie nikt inny będziecie ponosić konsekwencje podjętych decyzji. Tak sobie to wykombinowałam. Ale uwaga! Uzbrój się do tego w cierpliwość. Na rozwiązanie wielu problemów potrzeba nie tyle złotej rady, co po prostu czasu. W końcu zrozumiesz swoje Dziecko i znajdziesz własny, najlepszy sposób na ich rozwiązanie.

Po drugie: INTERNET TAK, ALE Z DYSTANSEM. Tu jako blogerka strzelam sobie w stopę? E!!! Raczej nie, bo nie uzurpuję sobie roli rodzicielskiego autorytetu. Piszę to, co dla mnie jest ważne, czym chciałabym się podzielić z innymi, bo moim zdaniem też może ich to zainteresować. Jeśli ktoś znajdzie w moich wpisach inspirację dla siebie - to super! Bardzo się ucieszę :) Reszta mam nadzieję uzna mój blog za całkiem fajny czasoumilacz... Do tego przede wszystkim powinien służyć rodzicom Internet. Trudno bowiem oczekiwać od wujka Google, że rozwiąże problemy związane z naszym dzieckiem. Zazwyczaj, gdy go odwiedzamy mętlik w głowie jest jeszcze większy a pierwotnie lekki niepokój związany chociażby ze zdrowiem maluszka urasta do poziomu paniki totalnej. O tym, jak warto wykorzystywać Internet będąc rodzicem pisałam we wpisie pt. Mamo, ta funkcja Facebooka ułatwi Ci życie. Wkrótce napiszę na ten temat nieco więcej, bo zbiera mi się całkiem spora ilość przemyśleń na temat parentingu w Internecie.

Zapraszam do śledzenia najnowszych wpisów na moim blogu przez Facebook!

Po trzecie: ZNAJDŹ BLISKO SIEBIE KILKORO NAPRAWDĘ MĄDRYCH LUDZI (z naciskiem na k i l k o r o). Specjalistów, ale nie tylko. Już tak jesteśmy skonstruowani, że bardziej ufamy osobom znanym nie tylko z imienia i nazwiska, ale też kilku bliskich nam życiowych faktów. Nie macie czasem wrażenia, że lepiej zapadają w pamięć słowa mamy z placu zabaw, od tych, które usłyszymy w programie TV? Nic nie zastąpi spotkania i rozmowy w cztery oczy. Jak to z tymi ludźmi było u mnie? Zaczęło się od położnej, której w pierwszych tygodniach życia ufałam bezgranicznie. Nawet bardziej niż mojemu własnemu rozumowi. Potem rzeczywistość kilka spraw zweryfikowała (patrz przykazanie nr 1), ale na ten czas, kiedy było bardzo ciężko odnaleźć się w nowej roli była to z pewnością niezastąpiona pomoc. Potem przyszedł czas na samodzielne poszukiwania osób, które mogłyby rozwiązać inne problemy. Pojawił się na przykład doradca laktacyjny. Choć w tym wypadku mimo profesjonalnego podejścia i niewątpliwie wielkiej wiedzy nie udało się znaleźć złotej rady. Musiałam zawalczyć o rozwiązanie problemów z karmieniem sama, metodą prób i błędów (przykazanie nr 1 znów się kłania ;). A i tak najbardziej chyba pomogła cierpliwość, bo były to problemy z natury "cóż, niektóre dzieci tak po prostu mają". Nie żałuję jednak czasu poświęconego na to spotkanie. Powiedzmy, że pozwoliło mi ono złapać oddech, nabrać dystansu i uwierzyć w siebie. Potem w moim telefonie przybyły też dwa inne kontakty, które traktuję jako cenne zdobycze. To namiary do instruktorki masażu Shantala oraz fizjoterapeutki. Obie niesamowicie zaangażowane w pracę z dziećmi, doświadczone i jak się sama przekonałam zdolne do tego, by czynić cuda :) No i w końcu do tego grona dołączyła też moja chustomama, z wykształcenia również położna a w życiu prywatnym mama czwórki dzieci (wywiad z Agnieszką pt. "My chustomamy tak mamy" możesz przeczytać tutaj). Grono tych osób wraz z upływem czasu się zmienia, wszytko zależy od etapu rozwoju, na jakim aktualnie znajduje się moje dziecko.

Świadoma mama - warsztaty

Na koniec tej mojej krótkiej listy przykazań chciałabym Wam jeszcze o czymś wspomnieć. Wprawdzie sama nigdy nie uczestniczyłam w tego rodzaju imprezach, to jednak wiem, ile znaczą dla mnie spotkania w gronie chustomam i innych mam z najbliższej okolicy w klubie "Cafe mama". Tymczasem w najbliższym czasie w różnych miastach w Polsce odbędzie się szereg spotkań pod hasłem "Świadoma mama". To projekt, który ma już udokumentowaną historię sprzed kilku kolejnych lat. Ja z oczywistych względów (w tym roku zostałam mamą po raz pierwszy), nigdy wcześniej się tym wydarzeniem nie interesowałam. Ale przyciągnęło moją uwagę ze względu na wysiłek jaki organizatorzy włożyli w przygotowanie programu spotkań. Konkretnie mam tu na myśli obecność lokalnych specjalistów i lekarzy z okolicy na każdej z nich. Myślę, że dla każdego rodzica, który poszukuje - jak ja - wartościowych kontaktów, będzie to doskonała okazja do ich nawiązania. Zarówno jeśli chodzi o spotkanie ze specjalistami, jak i również innymi rodzicami z okolicy. Jeśli uda mi się dotrzeć na jedno z nich na pewno Wam o tym doniosę!

Co mnie szczególnie kusi?
- spotkanie ze specjalistą ds. bezpieczeństwa dzieci w samochodzie (szykuje nam się zmiana fotelika, a sprzedawcy wiadomo... powiedzą co trzeba oby sprzedać)
- zajęcia fitness dla mam z dzieckiem (czemu nie :) Mała Muffinka uwielbia podrygiwać na moich rękach w rytm muzyki)


Od siebie mogę też polecić pokaz chustonoszenia - sama chętnie zaczerpnę jeszcze raz wiedzy na temat poprawnego wiązania dziecka :) i spotkanie z doradcą laktacyjnym.

Spotkania są organizowane w dwóch cyklach odbywających się zazwyczaj tego samego dnia: dla rodziców spodziewających się dziecka oraz dla rodziców dzieci do lat trzech. W tym roku zaplanowane są jeszcze warsztaty w Kaliszu, Warszawie, Poznaniu i Gdańsku. Szczegóły na temat terminów oraz programów w poszczególnych miastach znajdziecie na stronie projektu Świadoma Mama.

Tu znajduje się plakat z programem na najbliższe spotkanie w Kaliszu w dniu 27. października.

My chustomamy tak mamy - wywiad z Agnieszką Osinską


To była jedna z większych niespodzianek w początkach mojego macierzyństwa. Trzeci miesiąc życia mojego nieodkładalnego z rąk Maleństwa. Bezsenne noce, płacz który zdawał się nie ustawać i absolutny brak czasu dla siebie, nie mówiąc już o domowych obowiązkach. Dodające niesamowitej macierzyńskiej mocy hormony wciąż buzowały, ale potworne zmęczenie dawało już się powoli we znaki. Docierało do mnie to, czego dotychczas starałam się nie zauważać. Jeśli nic z tym nie zrobię, będzie bardzo źle. 

I wtedy, jak w pięknej bajce pojawiła się ONA :) W moich drzwiach stanęła Agnieszka z zachustowaną córeczką na plecach. A mi w głowie wirowała tylko jedna myśl: skąd mama czwórki dzieci tak ochoczo znalazła czas, by pomóc mi w moim problemie? 

Na prawdę jeszcze chwilę wcześniej nie uwierzyłabym, że tacy ludzie istnieją tak blisko mnie :) Dziś już wiem, że trafiłam w dziesiątkę i szukałam pomocy tam, skąd w moim przypadku mogła dotrzeć w najlepiej podanej formie! Najlepszej zarówno dla mnie jak i dla mojego Dziecka. Niedawno spotkałam się na kawie z moją chustową mamą. O czym rozmawiałyśmy? Zapraszam serdecznie do lektury.

Agnieszko, z wykształcenia jesteś położną. Niedawno skończyłaś profesjonalny kurs chustonoszenia i podpowiadasz mamom jak prawidłowo chustować maluszki. Czy myślałaś może kiedyś o tym co robisz, że tam na sali porodowej nie raz towarzyszyłaś przy odcinaniu pępowiny, a teraz odwiedzając mamy zawiązujesz ją na nowo… Czy chusta jest jak pępowina?

To akurat trochę niebezpieczne porównanie. Bo pępowinę musimy odciąć. Ona nie jest już dziecku po porodzie zupełnie potrzebna. A noszenie tak. Jak najbardziej. Często pomija się fakt, że dzieci rodząc się są już nauczone noszenia. Stąd dużo zarzutów względem chust, że przyzwyczajamy dziecko do tego. Często pokutuje u nas babciny sposób na tak zwany zimny chów. Jak dziecko płacze to niech się wypłacze. Za dużo nie można nosić. A już tym bardziej nie przytulać, nie głaskać, nie całować. Dlatego czasem o mamach noszących myśli się ze zgorszeniem. Myśli się, że dziecko zniewala mamę, nie daje wolności.

Rozumiem... a używając analogii do pępowiny tylko możemy dostarczyć argumentów przeciw. Bo pępowina kojarzy się w potocznym rozumieniu z nadmiernym przywiązaniem do matki, czy też szerzej - do rodziców. 

Tak. Podczas gdy poród jest odcięciem zbędnej pępowiny, chusta jest dopełnieniem tego czego dziecko bardzo potrzebuje. Tak właśnie traktuję chustowanie. Chcę ukierunkować mamy, żeby nie bały się, że te dzieci noszą. To nie jest tak, że dziecko coś na nich wymusza. To nie tak, że urodziło się i teraz powinno być daleko ode mnie. Bo dziecko instynktownie i tak szuka mamy i chce być na niej.

Czyli miałam jednak dobrą intuicję, choć szukałam złej analogii. Bo chustonoszenie to w pewnym sensie powrót do bliskości z okresu ciąży. Rzec można, że to jej ciąg dalszy, ale już nie fizyczny tylko bardziej emocjonalny. Jak to jest z tymi emocjami w chuście?

Wystarczy, że dziecko się przytula a mamie robi się ciepło na sercu. Myślę, że chustowane dzieci mają pewną wyjątkową cechę. Widzę to po mojej najmłodszej chustowanej córce, że są związane z rodzicem, ale nie tak, że trzymają się za nogę, tylko tak emocjonalnie. Niby się bawi, ale ma taką potrzebę, żeby jednak przyjść i się przytulić. Wtedy mama czuje, że to jednak coś dało. Mój drugi syn, Tymek to był typowy egzemplarz dziecka odkładalnego. Jego się nakarmiło on leżał i sam zasypiał. Nawet gdybym go chciała nosić, to nie wiem czy by mu to odpowiadało. Przypuszczam, że tak, ale nawet nie próbowałam. Teraz widzę jaka jest ta moja noszaczka a jaki był on. Taki niedotykalski, nie chciał, żeby wnikać w to, co on robi. Zresztą do dzisiaj taki jest. Nie wiem, na ile to jest kwestia charakteru a na ile to niedopieszczenie w dzieciństwie. Chusta daje więc mamie też poczucie, że dziecko będzie bardziej empatyczne.

No tak… moja córeczka bardzo dużo się uśmiecha do ludzi na ulicy. Zastanawiam się, czy to właśnie jest ten efekt chuściocha.  Bo dziecko czuje się bezpiecznie będąc przy mamie…

Tak. I do tego jest na wysokości wzroku innych ludzi a nie leży w wózku i widzi chmurki i drzewka. To daje mamie też poczucie radości, dumy. Widzę jak moja córka przez to, że była noszona w chuście w domu i poza nim, bardzo szybko przyswoiła sobie wiele umiejętności. Często zaskakuje nas, że rozumie i potrafi zareagować na nasze prośby. Nawet nie muszę mówić. Gdy zobaczy, że coś się wysypało to idzie i przynosi zmiotkę zupełnie o to nie proszona. Po prostu zamiatała będąc ze mną nie raz w chuście i wie, że trzeba to zrobić.

Tyle pięknych słów, ale ty jako doradca pewnie wiesz najlepiej, że przygoda z chustowaniem zaczyna się najczęściej bardziej prozaicznie. Powiedz, kto się do Ciebie z reguły zgłasza po pomoc?

Najczęściej są to mamy w kryzysowej sytuacji. Mamy, których dziecko kolkuje, ząbkuje. Wtedy zaczynają zastanawiać się nad alternatywą. Albo mamy dzieci, które są strasznie nieodkładalne. Czyli one by chciały żeby ono w tym łóżeczku leżało a dziecko robi wszystko, żeby i tak być na rękach. I wtedy się mówi, że ono wymusza, co też jest nieprawdą. Tak jest najczęściej. Chociaż są też mamy, które zaraziły się ideą noszenia jeszcze w ciąży. Ale to są na razie pojedyncze. Jest ich na pewno mały procent. Najwięcej jest takich mam, które z potrzeby się zainteresowały.

Czyli nie jestem wyjątkiem od reguły. Jesteś, rzecz można, moją chustową mamą.  I też spotkałyśmy się, gdy miałam kryzys w opiece nad córeczką. Powiedz, co czujesz, gdy mamę taką jak ja, taką którą uczyłaś, widzisz potem z chustą z dzieckiem na ulicy?

Ostatnio gdy uczyłam mamę świeżo urodzonego maluszka to rodzice stwierdzili, że widać po mnie że się bardzo angażuję. Zależy mi na tym, żeby osoba, którą uczę nie poprzestała na jednej lekcji tylko faktycznie zaczęła nosić. Taka jest moja idea. Chcę zrobić wszystko, żeby ta mama faktycznie wzięła się za to noszenie. A jeszcze jak dostanę jakieś zdjęcie, albo gdzieś spotkam to na prawdę się cieszę. Traktuję to jako swój sukces i też cieszę się, że im się udało nawiązać tą relację i że będą z tego czerpać radość. Nie umiem się od tego odciąć. Nawet jak nie przyślą żadnego zdjęcia, nie mam od nich sygnału, to często myślę czy wiążą się. My chustomamy chyba już tak mamy. Przywiązujemy się do siebie taką niewidzialną więzią. Tak jak nasze dzieci są przywiązane do nas chustami.

W naszej okolicy byłaś jedną z pierwszych mam chustujących. Jak chustowanie jest odbierane w takim jak nasze, niedużym mieście?

Gdy ja zaczynałam noszenie to czułam na sobie zdziwione spojrzenia. Było też dużo nie zawsze miłych komentarzy. Porównań w stylu, że naśladuję Murzynki. Słyszałam je na ulicy, głównie od starszych osób. Gdy zdarzało mi się wiązać w plenerze, to było dużo osób przerażonych. Że to dziecko mi zaraz wyleci. Gdzieś mi zaczynali chustę wyszarpywać: Ja tu pomogę. Na widok samego wiązania pojawiała się panika. Założenie, że mogę zrobić dziecku krzywdę. Kiedyś zapytano mnie nawet o to, w co ja zawiązałam moje dziecko, w prześcieradło czy obrus. Pytano mnie też widząc, ze idę z czwórką dzieci, czy może nie trzeba mi zorganizować wózka. Teraz, gdy minął już rok, słyszę coraz częściej komentarze, że zaczęła panować taka moda. I wzbudza to już coraz mniejszą sensację. Być może ciężko dlatego jest zarazić chustonoszeniem mamy z okolicy. Z jednej strony ze względu na przekonanie, że dziecko nauczy się noszenia i będzie to potem nadmiernie wykorzystywać. A drugie to zdziwienie, jakie wywołuje się wśród ludzi. Jak mama jest nieśmiała, to jest problem.

Powiedz Agnieszko, jak to jest mieć wolne ręce? Czego ty mama czwórki dzieci nie zrobiłabyś, gdyby nie chusta?

Miałam już trudną sytuację z moim trzecim dzieckiem. I żałuję. Bo już wtedy moja chustomama nosiła swoje dzieci. Kiedyś usłyszałam, że jest bariera w noszeniu i jest to masa ciała mamy. Że nie może być za szczupła. A ja zawsze byłam chuda, wtedy nawet jeszcze bardziej niż teraz. Zapadło to na tyle w moją świadomość, że chustowania nie wzięłam pod uwagę. A synek już był takim typowo nieodkładalnym egzemplarzem. Moje siostry wtedy śmiały się, że nabyłam umiejętności oburęcznej. Jego trzymałam w prawej ręce, a wszystko robiłam lewą. I gotowanie i sprzątanie. Wszystko z nim na tej jednej ręce. Przez to ucierpiał mój kręgosłup. Bo pod tym względem lepsze jest dobre noszenie w chuście, niż jakiekolwiek na rękach. W chuście ciężar się rozkłada, odejmuje dziecku kilogramów. Ja dostałam wtedy w kość. Bo dla pozostałej dwójki wszystko robiłam z nim na ręku. I na spacerze też nie chciał siedzieć w wózku. Pchałam brzuchem pusty wózek. Dziecko na ręku a obok jeszcze dwójka starszych dzieci. Bardzo żałuję, że już wtedy nie zaraziłam się chustowaniem. Uratowałoby mnie to w tamtej sytuacji. Dlatego też, gdy urodziła się Kornelka, miałam już czwórkę dzieci i wiedziałam, że może być różnie to zaczęłam szukać. Nie odpuściłam. Koleżanka (dziś mama szóstki dzieci), gdy była u mnie w odwiedzinach zobaczyła, że mała zaczyna być podobnie jak jej starszy brat nie do odłożenia. Wtedy powiedziała mi, że mi tę chustę załatwi. I wtedy się zaczęło. Córka miała 5 tygodni. Ten czas, który poświęciłabym na nerwy, że tu noszę na rękach i nie mogę uspokoić, a tam czeka masa pracy... I jeszcze te wszystkie burze hormonów, które są w kobiecie po porodzie, to już w ogóle pewnie bym usiadła i ryczała. Nic bym nie była w stanie zrobić.

Faktycznie zauważyłaś różnicę w opiece nad dziećmi?

Mała potrzebowała czasu. Dopiero po dobrych trzech, czterech tygodniach zaczęła w pełni akceptować to, że ją noszę. I wtedy był taki czas, że siedziała non stop. To był właśnie ten egzemplarz. Tylko na karmienie i przewijanie wychodziła z chusty. To trochę trwało. A potem jak już przeszła ten swój kryzysowy czas, zaczęła samodzielnie siadać, to już domagała się bycia poza chustą. Ale nie wyobrażam sobie tych 3-4 pierwszych miesięcy, kiedy faktycznie dawała w kość, żeby tej chusty nie mieć. Korzystałam i w domu i na zewnątrz. Mogłam dzieci odprowadzić do szkoły i do przedszkola z nią wygodnie bez wózka. I nie było problemu 6 czy 7 rano, żebym musiała ją włożyć do wózka i taszczyć w zimę. Zawiązana pod kurteczką spała a ja po drodze załatwiłam wszystko co chciałam. Dzięki chuście często ogranicza się lub zupełnie omija nas etap irytacji, który często jest nieuchronny. Przyczyną jest brak wolności. Bo to nie jest normalne dla człowieka, że poświęca sto procent swojego czasu komuś innemu. Podświadomie szukamy swojej neutralnej strefy. I wtedy, gdy dziecko jest typem, który zwykło się niesłusznie określać jako “wymuszający”, to niestety rodzice się podłamują. A po co ładować się w depresję, wyrzucać sobie brak miłości, jak można sobie inaczej pomóc...

... I to tak pięknie z korzyścią dla dziecka.

Tak. I dla siebie i dla dziecka.

Aga, czy ty jesteś chustoświrką?

(Śmiech) Jestem, ale nie mówcie o tym mojemu mężowi. Chusty na pewno nie są tanią inwestycją, bynajmniej te już związane ze świrstwem. Więc chyba stąd to się bierze, że z jakiś swoich tajnych pokładów się te chusty kupuje a mąż niekoniecznie zna cenę. Jak się zaczyna nosić i się poczuje tę magię, to się drąży i szuka. Media społecznościowe to ułatwiają. Ja dłuższy czas nosiłam i nie wiedziałam, że takie środowiska istnieją i trafiłam na grupy na Facebooku zupełnie przez przypadek. No i wtedy się wszystko rozhulało. Zaczęłam zmieniać chusty.

I ile do tej pory miałaś chust na pokładzie?

Przez moje ręce przewinęło się już może przeszło setka. W ciągu półtora roku, bo tyle liczy sobie moja najmłodsza córeczka. Ile mam na stanie to nawet nie odpowiem. Ale to jest tak, że sobie potem świrki tłumaczą, że to jest inwestycja (śmiech), bo chusty nie tracą na wartości. Nawet jak je się kupi, to się sprzeda potem w tej samej cenie. No i potem zaczynają się kombinacje. I ze składami chust i ze wzorami. Można sobie dopasować do stroju, do butów. To już jak to u kobiety. Jedna zbiera torebki, inna okulary, a jeszcze inna świrka zbiera chusty.

Czyli pierwsza chusta pojawia się, żeby sobie poradzić, ale druga i kolejna…

...to już bardziej z zamiłowania.

I - zaryzykuję - z babskiej próżności?

Trochę tak (śmiech). Coś w tym jest. Ja nigdy nie miałam swoich upodobań pod kątem zbieractwa. Dopiero przy chustach się mi to objawiło. Nawet jak sprzedam swoją chustę to śledzę jej historię. Gdzie trafiła? Kto ją nosi? Komu sprzedał? Gdzie jest? Żeby tak nie leżała nie kochana. Mało tego, ja spisuję sobie informacje o wszystkich chustach, które miałam. Jaki miały skład itd. Bo też nie byłabym w stanie wszystkich spamiętać.

A masz już na składzie tą swoją wymarzoną?

Miałam na chwilę pożyczoną. To chusta Natibaby Scarlett. Jest na niej czwórka dzieci i kobieta. Jedno z dzieci niesie w chuście. A więc widziałam w niej siebie i swoje dzieci. I cały czas na nią poluję. Może się kiedyś uda. Jest jeszcze kilka takich miłości, które bym chciała zdążyć chociaż zawiązać. Też w tym świrstwie potem jest tak, że chustomamy - bo najczęściej są to mamy, mają zaufanie do tych innych chustomam. Nawet jeśli są z innego miasta, czy kraju. Tak jak to było w przypadku mojej wymarzonej chusty. Znalazła się mama, która ją ma i zaraz mi wysłała, żebym sobie ponosiła. Nie chcą nawet pieniążków za wysyłkę. Chodzi im o to, żebyś i ty miała okazję sobie zawiązać. Nawiązuje się taka prawdziwa, nieudawana relacja. Nie do pomyślenia w innym wypadku. Bo wyobraźmy sobie, że chodziłoby o torebkę. Nie sądzę, że znalazłybyśmy kogoś w internecie, kto wysłałby nam do ponoszenia swoją torebkę wartą nawet 1000 zł.

Niesamowite. Czyli jednak chustują ludzie o specyficznym nastawieniu do ludzi i świata?

Tak. Bardziej otwarci na relacje międzyludzkie. Mówię tu o tych, którzy ocierają się lub wpadają we świrstwo. To są kobiety, które nawet ubierają się specyficznie. Trochę inaczej jest z mamami, które wiążą tylko przez pewien czas z bardziej praktycznych powodów. Ale chyba rzadko jest tak, że jak ktoś się wkręci to go ominie cała reszta.

Ty jeszcze nie kupiłaś sobie ostatniej chusty?

Zawsze sobie wmawiam, że tak. Ale no cóż… jedyna chusta, która jest ze mną od początku to jest ta, na której się uczyłam. Mam do niej sentyment, dlatego jej nie ruszam. A cała reszta się ciągle zmienia. 

Ach, mówisz o tym żółtym Girasolku. A chciałam od Ciebie wyciągnąć deklarację, że jak go będziesz odsprzedawać to będę miała prawo pierwokupu. Bo myślę, że tak jak ja niejedna mama z okolicy też się na nim uczyła. Też mają do niego sentyment.

No właśnie nie sprzedam. Ona cały czas jest i będzie, choć jest już zmarnowana. Już kilkoro dzieci było na niej wychowanych. 

Myślisz czasem, że przyjdzie taki moment, że nie będziesz nosić?

No już teraz coraz częściej. Kornelka zaczyna uciekać. Ja wyciągam ręce i mówię chodź do chusty a ona ucieka. Aczkolwiek chciałam powiedzieć, że (śmiech) chustowanie sprzyja wielodzietności. Coś w tym jest. W środowisku mam chustujących pojawia się stwierdzenie, że jak ktoś już raz spróbował no to potem jak przychodzi czas, że dziecko zaczyna uciekać to zaczyna myśleć, żeby sobie skombinować chyba nowego chuściocha (śmiech). Na pewno odwlekamy moment kiedy dziecko nie daje się nosić i jakby nie chcemy przyjąć tego do wiadomości, że dziecko się nie daje i chyba same siebie oszukujemy. Ale dziewczyny sobie z tym sprytnie radzą. Szyją sobie z chust torebki, portfele, żeby jednak gdzieś pamiątkę mieć. Więc to jest chyba to świrstwo. Ale ja jeszcze nie kupiłam ostatniej chusty. Choć zawsze się oszukuję, że ta to już na pewno będzie ostatnia. Ale już myślę o kolejnej… póki się da to jeszcze będę próbować.

A czy nie jest tak, że  skończyłaś kurs profesjonalnego noszenia w celu przedłużenia sobie przygody z chustą?

Tak. Chyba po to go zrobiłam. Jakby się okazało, że ta mała się już nie chce nosić, to zawsze będzie okazja, żeby tę lalę zawiązać jak rodzicom się pokazuje. I też będę miała cały czas kontakt z rodzicami malutkich dzieci, którzy są jeszcze entuzjastycznie nastawieni.

Życzę Ci zatem powodzenia na Twojej nowej chustowej drodze.

Dziękuję!

Ja również dziękuję za wywiad.

Chcesz także porozmawiać z Agnieszką? Jej stronę na Facebooku znajdziesz tutaj. 

Regulamin konkursu "Zniżka od Małej Muffinki"

Chcesz poznać moją autentyczną historię z chustą w tle? Pozwól, że powiadomię Cię o nowym wpisie. Zostaw mi swój e-mail:

Foto dzięki Jaskółkowa Fotografia