Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noworodek. Pokaż wszystkie posty

Co za ambaras! Dwie kupy naraz!... czyli o początkach podwójnego macierzyństwa


- Robi ci jeszcze kupy w nocy?
- yyyyy, to może tak być, że nie będzie robiła?

Takim pytaniem zaskoczyła mnie znajoma, gdy urodziło mi się pierwsze dziecko. Wtedy nie wiedziałam o niemowlaku w zasadzie nic, oprócz kilku teoretycznych informacji ze szkoły rodzenia. Miałam taką instrukcję obsługi, jak do pralki. Tu wcisnąć, wybrać taki program, jeśli piorę to, taki jeśli piorę tamto, do tego temperatura i play. Podobny był mój start z niemowlakiem. Przewijać co trzy godziny, układać na brzuchu, wietrzyć pupę, a gdy kąpiel to myć oczka, smarować kremem tu i tu, pudrem tam i siam i dziecko przeżyje. Przeżyło, ma się nawet dobrze, w wieku już ponad dwóch lat. A gdy urodził się synek, nawet nie miałam czasu odkurzyć tych starych zapisek, leciałam na free stajlu. Tym razem wszystko jest inaczej. Ten niemowlak sprezentował mi nie robienie kupy przez dobre 1,5 tygodnia w miesiąc po narodzinach. A ja jestem dużo spokojniejsza, bardziej wyluzowana i wreszcie czująca się mamą na serio.

Pierwsze dziecko to wielkie extra-przeżycie, drugie - wielka radość. Za każdym razem jest eksplozja miłości, ale pierwsze dziecko zmienia życie tak bardzo, że jego pojawienie się przytłacza. Za drugim razem nie ma już tego zaskoczenia. Twoje życie wygląda w zasadzie tak samo, tylko ty biegasz dwa razy szybciej. Momentami z turbotorpedą w tyłku - jak zwykłam myśleć sobie czasem w duchu.

Na początku był szok. Gdy wróciłam ze szpitala moje starsze dziecko wydało mi się olbrzymem. Na prawdę wielkim  o l b r z y m e m. Zostawiłam w domu maleńką Córeczkę. Wszystko było tyci u tej mojej dwulatki. Drobniutkie rączki, króciutkie nóżki. Po prostu kruszynka. W ciągu kilku dni, gdy byłam w szpitalu, urosła. Choć to oczywiście tylko moje wrażenie optyczne. Wiedziałam to doskonale, ale gdzieś w głębi towarzyszyło mi poczucie, że coś nieuchronnie minęło i już nie wróci. Że nie jestem już tą samą matką co byłam. Nie wiedziałam, jak mam się podzielić. Dwoje dzieci, jedno, które kochałam od ponad dwóch lat, drugie, które pokochałam zaledwie trzy dni temu. Do tej pory każdemu poświęcałam 100 procent uwagi i siły. I nagle, od momentu powrotu z niemowlakiem do domu, te dwie rzeczywistości zetknęły się ze sobą. Gdy byłam z córką, myślałam o tym, że nie przytulam dopiero co urodzonego synka, gdy byłam z synkiem myślałam, że powinnam być z córką i spędzać z nią czas, tak jak to było do tej pory. Rozsypałam się jako matka. Ale zaraz potem pozbierałam i to szybko i ze śmiechem, nie płaczem. A właściwie płaczem ze śmiechu, pewnego wieczoru przy okazji czytania bajki córce na dobranoc...

- ... i wtedy Kubuś wpadł do dołu, razem z resztą przyjaciół - przeczytałam mniej więcej tak brzmiące zdanie z książki i zamknęłam ją, przekonana, że córka śpi już od jakiegoś czasu bardzo smacznie. Już zabierałam się, by wyjść z jej pokoju gdy...
- ŁUBUDUBUDUBUDUB!!! - usłyszałam nagle okrzyk. Córeczka wydając go usiadła na łóżku, z oczami wlepionymi we mnie, czekając jak gdyby nigdy nic na dalszą część całej historii.

Wybuchnęłam śmiechem, przy okazji którego uroniłam chyba tonę łez. Miałam świadomość, że płyną te, na które miałam ochotę od chwili powrotu do domu, ale nie starczyło mi czasu ani też odwagi, by sobie na nie pozwolić. Przyszły wraz z katastrofą Kubusia Puchatka :) i pomogły, bo dalej było już tylko lepiej. Wzięłam się w garść. Trochę dyscypliny wobec siebie, rutyny w opiece nad dziećmi, łaskawość synka, który pozwalał mi się wysypiać i córki, która nadzwyczaj mądrze podchodziła do spraw codziennych. Od tej pory było już tylko lepiej.

Jestem teraz matką na pełen etat. Pierwsze dziecko mnie dowartościowało, ale drugie dało takiego życiowego kopa, że czuję się jak supermenka. Cały czas na turbodoładowaniu. Ogarnę to! Ta myśl towarzyszy mi teraz najczęściej każdego dnia. Także, gdy na skutek zduplikowanego płaczu, który dochodzi do uszu z dwóch różnych stron mieszkania, mam delikatne wrażanie, że sąsiedzi pomyślą: "dom wariatów". Ja sobie poradzę! Nawet, gdy muszę (a właściwie do niedawna - zanim odpieluchowała się córka - musiałam) zmieniać pieluchy po dwóch kupach jednocześnie. Matka supermenka. Dam radę. Zorganizowałam się, zebrałam do kupy ;) i co najważniejsze: nauczyłam się kochać moje dzieci jednocześnie. Bo pojedynczo kochałam je od zawsze, ale dwoje na raz okazało się pewną sztuką. Teraz gdy patrzę na Córeczkę, jak się krząta po domu, słucham co opowiada, miłość moja bucha do niej rozpalana przez blask oczu młodszego Brata. To one mi się wydają najpiękniejsze, bo takie malutkie, niewinne, bliskie sercu matki, doładowanemu hormonami. A z drugiej strony cały czas myślę i nie mogę się doczekać, kiedy mój mały, nieporadny synek będzie już tak duży jak jego siostra, taki rezolutny i cudowny jak ona. Mam dwoje dzieci a kocham je jak jedno. Tylko mocniej i mają rację ci, co mówią, że miłość się mnoży a nie dzieli. W przypadku dzieci, to chyba do kwadratu :)

My chustomamy tak mamy - wywiad z Agnieszką Osinską


To była jedna z większych niespodzianek w początkach mojego macierzyństwa. Trzeci miesiąc życia mojego nieodkładalnego z rąk Maleństwa. Bezsenne noce, płacz który zdawał się nie ustawać i absolutny brak czasu dla siebie, nie mówiąc już o domowych obowiązkach. Dodające niesamowitej macierzyńskiej mocy hormony wciąż buzowały, ale potworne zmęczenie dawało już się powoli we znaki. Docierało do mnie to, czego dotychczas starałam się nie zauważać. Jeśli nic z tym nie zrobię, będzie bardzo źle. 

I wtedy, jak w pięknej bajce pojawiła się ONA :) W moich drzwiach stanęła Agnieszka z zachustowaną córeczką na plecach. A mi w głowie wirowała tylko jedna myśl: skąd mama czwórki dzieci tak ochoczo znalazła czas, by pomóc mi w moim problemie? 

Na prawdę jeszcze chwilę wcześniej nie uwierzyłabym, że tacy ludzie istnieją tak blisko mnie :) Dziś już wiem, że trafiłam w dziesiątkę i szukałam pomocy tam, skąd w moim przypadku mogła dotrzeć w najlepiej podanej formie! Najlepszej zarówno dla mnie jak i dla mojego Dziecka. Niedawno spotkałam się na kawie z moją chustową mamą. O czym rozmawiałyśmy? Zapraszam serdecznie do lektury.

Agnieszko, z wykształcenia jesteś położną. Niedawno skończyłaś profesjonalny kurs chustonoszenia i podpowiadasz mamom jak prawidłowo chustować maluszki. Czy myślałaś może kiedyś o tym co robisz, że tam na sali porodowej nie raz towarzyszyłaś przy odcinaniu pępowiny, a teraz odwiedzając mamy zawiązujesz ją na nowo… Czy chusta jest jak pępowina?

To akurat trochę niebezpieczne porównanie. Bo pępowinę musimy odciąć. Ona nie jest już dziecku po porodzie zupełnie potrzebna. A noszenie tak. Jak najbardziej. Często pomija się fakt, że dzieci rodząc się są już nauczone noszenia. Stąd dużo zarzutów względem chust, że przyzwyczajamy dziecko do tego. Często pokutuje u nas babciny sposób na tak zwany zimny chów. Jak dziecko płacze to niech się wypłacze. Za dużo nie można nosić. A już tym bardziej nie przytulać, nie głaskać, nie całować. Dlatego czasem o mamach noszących myśli się ze zgorszeniem. Myśli się, że dziecko zniewala mamę, nie daje wolności.

Rozumiem... a używając analogii do pępowiny tylko możemy dostarczyć argumentów przeciw. Bo pępowina kojarzy się w potocznym rozumieniu z nadmiernym przywiązaniem do matki, czy też szerzej - do rodziców. 

Tak. Podczas gdy poród jest odcięciem zbędnej pępowiny, chusta jest dopełnieniem tego czego dziecko bardzo potrzebuje. Tak właśnie traktuję chustowanie. Chcę ukierunkować mamy, żeby nie bały się, że te dzieci noszą. To nie jest tak, że dziecko coś na nich wymusza. To nie tak, że urodziło się i teraz powinno być daleko ode mnie. Bo dziecko instynktownie i tak szuka mamy i chce być na niej.

Czyli miałam jednak dobrą intuicję, choć szukałam złej analogii. Bo chustonoszenie to w pewnym sensie powrót do bliskości z okresu ciąży. Rzec można, że to jej ciąg dalszy, ale już nie fizyczny tylko bardziej emocjonalny. Jak to jest z tymi emocjami w chuście?

Wystarczy, że dziecko się przytula a mamie robi się ciepło na sercu. Myślę, że chustowane dzieci mają pewną wyjątkową cechę. Widzę to po mojej najmłodszej chustowanej córce, że są związane z rodzicem, ale nie tak, że trzymają się za nogę, tylko tak emocjonalnie. Niby się bawi, ale ma taką potrzebę, żeby jednak przyjść i się przytulić. Wtedy mama czuje, że to jednak coś dało. Mój drugi syn, Tymek to był typowy egzemplarz dziecka odkładalnego. Jego się nakarmiło on leżał i sam zasypiał. Nawet gdybym go chciała nosić, to nie wiem czy by mu to odpowiadało. Przypuszczam, że tak, ale nawet nie próbowałam. Teraz widzę jaka jest ta moja noszaczka a jaki był on. Taki niedotykalski, nie chciał, żeby wnikać w to, co on robi. Zresztą do dzisiaj taki jest. Nie wiem, na ile to jest kwestia charakteru a na ile to niedopieszczenie w dzieciństwie. Chusta daje więc mamie też poczucie, że dziecko będzie bardziej empatyczne.

No tak… moja córeczka bardzo dużo się uśmiecha do ludzi na ulicy. Zastanawiam się, czy to właśnie jest ten efekt chuściocha.  Bo dziecko czuje się bezpiecznie będąc przy mamie…

Tak. I do tego jest na wysokości wzroku innych ludzi a nie leży w wózku i widzi chmurki i drzewka. To daje mamie też poczucie radości, dumy. Widzę jak moja córka przez to, że była noszona w chuście w domu i poza nim, bardzo szybko przyswoiła sobie wiele umiejętności. Często zaskakuje nas, że rozumie i potrafi zareagować na nasze prośby. Nawet nie muszę mówić. Gdy zobaczy, że coś się wysypało to idzie i przynosi zmiotkę zupełnie o to nie proszona. Po prostu zamiatała będąc ze mną nie raz w chuście i wie, że trzeba to zrobić.

Tyle pięknych słów, ale ty jako doradca pewnie wiesz najlepiej, że przygoda z chustowaniem zaczyna się najczęściej bardziej prozaicznie. Powiedz, kto się do Ciebie z reguły zgłasza po pomoc?

Najczęściej są to mamy w kryzysowej sytuacji. Mamy, których dziecko kolkuje, ząbkuje. Wtedy zaczynają zastanawiać się nad alternatywą. Albo mamy dzieci, które są strasznie nieodkładalne. Czyli one by chciały żeby ono w tym łóżeczku leżało a dziecko robi wszystko, żeby i tak być na rękach. I wtedy się mówi, że ono wymusza, co też jest nieprawdą. Tak jest najczęściej. Chociaż są też mamy, które zaraziły się ideą noszenia jeszcze w ciąży. Ale to są na razie pojedyncze. Jest ich na pewno mały procent. Najwięcej jest takich mam, które z potrzeby się zainteresowały.

Czyli nie jestem wyjątkiem od reguły. Jesteś, rzecz można, moją chustową mamą.  I też spotkałyśmy się, gdy miałam kryzys w opiece nad córeczką. Powiedz, co czujesz, gdy mamę taką jak ja, taką którą uczyłaś, widzisz potem z chustą z dzieckiem na ulicy?

Ostatnio gdy uczyłam mamę świeżo urodzonego maluszka to rodzice stwierdzili, że widać po mnie że się bardzo angażuję. Zależy mi na tym, żeby osoba, którą uczę nie poprzestała na jednej lekcji tylko faktycznie zaczęła nosić. Taka jest moja idea. Chcę zrobić wszystko, żeby ta mama faktycznie wzięła się za to noszenie. A jeszcze jak dostanę jakieś zdjęcie, albo gdzieś spotkam to na prawdę się cieszę. Traktuję to jako swój sukces i też cieszę się, że im się udało nawiązać tą relację i że będą z tego czerpać radość. Nie umiem się od tego odciąć. Nawet jak nie przyślą żadnego zdjęcia, nie mam od nich sygnału, to często myślę czy wiążą się. My chustomamy chyba już tak mamy. Przywiązujemy się do siebie taką niewidzialną więzią. Tak jak nasze dzieci są przywiązane do nas chustami.

W naszej okolicy byłaś jedną z pierwszych mam chustujących. Jak chustowanie jest odbierane w takim jak nasze, niedużym mieście?

Gdy ja zaczynałam noszenie to czułam na sobie zdziwione spojrzenia. Było też dużo nie zawsze miłych komentarzy. Porównań w stylu, że naśladuję Murzynki. Słyszałam je na ulicy, głównie od starszych osób. Gdy zdarzało mi się wiązać w plenerze, to było dużo osób przerażonych. Że to dziecko mi zaraz wyleci. Gdzieś mi zaczynali chustę wyszarpywać: Ja tu pomogę. Na widok samego wiązania pojawiała się panika. Założenie, że mogę zrobić dziecku krzywdę. Kiedyś zapytano mnie nawet o to, w co ja zawiązałam moje dziecko, w prześcieradło czy obrus. Pytano mnie też widząc, ze idę z czwórką dzieci, czy może nie trzeba mi zorganizować wózka. Teraz, gdy minął już rok, słyszę coraz częściej komentarze, że zaczęła panować taka moda. I wzbudza to już coraz mniejszą sensację. Być może ciężko dlatego jest zarazić chustonoszeniem mamy z okolicy. Z jednej strony ze względu na przekonanie, że dziecko nauczy się noszenia i będzie to potem nadmiernie wykorzystywać. A drugie to zdziwienie, jakie wywołuje się wśród ludzi. Jak mama jest nieśmiała, to jest problem.

Powiedz Agnieszko, jak to jest mieć wolne ręce? Czego ty mama czwórki dzieci nie zrobiłabyś, gdyby nie chusta?

Miałam już trudną sytuację z moim trzecim dzieckiem. I żałuję. Bo już wtedy moja chustomama nosiła swoje dzieci. Kiedyś usłyszałam, że jest bariera w noszeniu i jest to masa ciała mamy. Że nie może być za szczupła. A ja zawsze byłam chuda, wtedy nawet jeszcze bardziej niż teraz. Zapadło to na tyle w moją świadomość, że chustowania nie wzięłam pod uwagę. A synek już był takim typowo nieodkładalnym egzemplarzem. Moje siostry wtedy śmiały się, że nabyłam umiejętności oburęcznej. Jego trzymałam w prawej ręce, a wszystko robiłam lewą. I gotowanie i sprzątanie. Wszystko z nim na tej jednej ręce. Przez to ucierpiał mój kręgosłup. Bo pod tym względem lepsze jest dobre noszenie w chuście, niż jakiekolwiek na rękach. W chuście ciężar się rozkłada, odejmuje dziecku kilogramów. Ja dostałam wtedy w kość. Bo dla pozostałej dwójki wszystko robiłam z nim na ręku. I na spacerze też nie chciał siedzieć w wózku. Pchałam brzuchem pusty wózek. Dziecko na ręku a obok jeszcze dwójka starszych dzieci. Bardzo żałuję, że już wtedy nie zaraziłam się chustowaniem. Uratowałoby mnie to w tamtej sytuacji. Dlatego też, gdy urodziła się Kornelka, miałam już czwórkę dzieci i wiedziałam, że może być różnie to zaczęłam szukać. Nie odpuściłam. Koleżanka (dziś mama szóstki dzieci), gdy była u mnie w odwiedzinach zobaczyła, że mała zaczyna być podobnie jak jej starszy brat nie do odłożenia. Wtedy powiedziała mi, że mi tę chustę załatwi. I wtedy się zaczęło. Córka miała 5 tygodni. Ten czas, który poświęciłabym na nerwy, że tu noszę na rękach i nie mogę uspokoić, a tam czeka masa pracy... I jeszcze te wszystkie burze hormonów, które są w kobiecie po porodzie, to już w ogóle pewnie bym usiadła i ryczała. Nic bym nie była w stanie zrobić.

Faktycznie zauważyłaś różnicę w opiece nad dziećmi?

Mała potrzebowała czasu. Dopiero po dobrych trzech, czterech tygodniach zaczęła w pełni akceptować to, że ją noszę. I wtedy był taki czas, że siedziała non stop. To był właśnie ten egzemplarz. Tylko na karmienie i przewijanie wychodziła z chusty. To trochę trwało. A potem jak już przeszła ten swój kryzysowy czas, zaczęła samodzielnie siadać, to już domagała się bycia poza chustą. Ale nie wyobrażam sobie tych 3-4 pierwszych miesięcy, kiedy faktycznie dawała w kość, żeby tej chusty nie mieć. Korzystałam i w domu i na zewnątrz. Mogłam dzieci odprowadzić do szkoły i do przedszkola z nią wygodnie bez wózka. I nie było problemu 6 czy 7 rano, żebym musiała ją włożyć do wózka i taszczyć w zimę. Zawiązana pod kurteczką spała a ja po drodze załatwiłam wszystko co chciałam. Dzięki chuście często ogranicza się lub zupełnie omija nas etap irytacji, który często jest nieuchronny. Przyczyną jest brak wolności. Bo to nie jest normalne dla człowieka, że poświęca sto procent swojego czasu komuś innemu. Podświadomie szukamy swojej neutralnej strefy. I wtedy, gdy dziecko jest typem, który zwykło się niesłusznie określać jako “wymuszający”, to niestety rodzice się podłamują. A po co ładować się w depresję, wyrzucać sobie brak miłości, jak można sobie inaczej pomóc...

... I to tak pięknie z korzyścią dla dziecka.

Tak. I dla siebie i dla dziecka.

Aga, czy ty jesteś chustoświrką?

(Śmiech) Jestem, ale nie mówcie o tym mojemu mężowi. Chusty na pewno nie są tanią inwestycją, bynajmniej te już związane ze świrstwem. Więc chyba stąd to się bierze, że z jakiś swoich tajnych pokładów się te chusty kupuje a mąż niekoniecznie zna cenę. Jak się zaczyna nosić i się poczuje tę magię, to się drąży i szuka. Media społecznościowe to ułatwiają. Ja dłuższy czas nosiłam i nie wiedziałam, że takie środowiska istnieją i trafiłam na grupy na Facebooku zupełnie przez przypadek. No i wtedy się wszystko rozhulało. Zaczęłam zmieniać chusty.

I ile do tej pory miałaś chust na pokładzie?

Przez moje ręce przewinęło się już może przeszło setka. W ciągu półtora roku, bo tyle liczy sobie moja najmłodsza córeczka. Ile mam na stanie to nawet nie odpowiem. Ale to jest tak, że sobie potem świrki tłumaczą, że to jest inwestycja (śmiech), bo chusty nie tracą na wartości. Nawet jak je się kupi, to się sprzeda potem w tej samej cenie. No i potem zaczynają się kombinacje. I ze składami chust i ze wzorami. Można sobie dopasować do stroju, do butów. To już jak to u kobiety. Jedna zbiera torebki, inna okulary, a jeszcze inna świrka zbiera chusty.

Czyli pierwsza chusta pojawia się, żeby sobie poradzić, ale druga i kolejna…

...to już bardziej z zamiłowania.

I - zaryzykuję - z babskiej próżności?

Trochę tak (śmiech). Coś w tym jest. Ja nigdy nie miałam swoich upodobań pod kątem zbieractwa. Dopiero przy chustach się mi to objawiło. Nawet jak sprzedam swoją chustę to śledzę jej historię. Gdzie trafiła? Kto ją nosi? Komu sprzedał? Gdzie jest? Żeby tak nie leżała nie kochana. Mało tego, ja spisuję sobie informacje o wszystkich chustach, które miałam. Jaki miały skład itd. Bo też nie byłabym w stanie wszystkich spamiętać.

A masz już na składzie tą swoją wymarzoną?

Miałam na chwilę pożyczoną. To chusta Natibaby Scarlett. Jest na niej czwórka dzieci i kobieta. Jedno z dzieci niesie w chuście. A więc widziałam w niej siebie i swoje dzieci. I cały czas na nią poluję. Może się kiedyś uda. Jest jeszcze kilka takich miłości, które bym chciała zdążyć chociaż zawiązać. Też w tym świrstwie potem jest tak, że chustomamy - bo najczęściej są to mamy, mają zaufanie do tych innych chustomam. Nawet jeśli są z innego miasta, czy kraju. Tak jak to było w przypadku mojej wymarzonej chusty. Znalazła się mama, która ją ma i zaraz mi wysłała, żebym sobie ponosiła. Nie chcą nawet pieniążków za wysyłkę. Chodzi im o to, żebyś i ty miała okazję sobie zawiązać. Nawiązuje się taka prawdziwa, nieudawana relacja. Nie do pomyślenia w innym wypadku. Bo wyobraźmy sobie, że chodziłoby o torebkę. Nie sądzę, że znalazłybyśmy kogoś w internecie, kto wysłałby nam do ponoszenia swoją torebkę wartą nawet 1000 zł.

Niesamowite. Czyli jednak chustują ludzie o specyficznym nastawieniu do ludzi i świata?

Tak. Bardziej otwarci na relacje międzyludzkie. Mówię tu o tych, którzy ocierają się lub wpadają we świrstwo. To są kobiety, które nawet ubierają się specyficznie. Trochę inaczej jest z mamami, które wiążą tylko przez pewien czas z bardziej praktycznych powodów. Ale chyba rzadko jest tak, że jak ktoś się wkręci to go ominie cała reszta.

Ty jeszcze nie kupiłaś sobie ostatniej chusty?

Zawsze sobie wmawiam, że tak. Ale no cóż… jedyna chusta, która jest ze mną od początku to jest ta, na której się uczyłam. Mam do niej sentyment, dlatego jej nie ruszam. A cała reszta się ciągle zmienia. 

Ach, mówisz o tym żółtym Girasolku. A chciałam od Ciebie wyciągnąć deklarację, że jak go będziesz odsprzedawać to będę miała prawo pierwokupu. Bo myślę, że tak jak ja niejedna mama z okolicy też się na nim uczyła. Też mają do niego sentyment.

No właśnie nie sprzedam. Ona cały czas jest i będzie, choć jest już zmarnowana. Już kilkoro dzieci było na niej wychowanych. 

Myślisz czasem, że przyjdzie taki moment, że nie będziesz nosić?

No już teraz coraz częściej. Kornelka zaczyna uciekać. Ja wyciągam ręce i mówię chodź do chusty a ona ucieka. Aczkolwiek chciałam powiedzieć, że (śmiech) chustowanie sprzyja wielodzietności. Coś w tym jest. W środowisku mam chustujących pojawia się stwierdzenie, że jak ktoś już raz spróbował no to potem jak przychodzi czas, że dziecko zaczyna uciekać to zaczyna myśleć, żeby sobie skombinować chyba nowego chuściocha (śmiech). Na pewno odwlekamy moment kiedy dziecko nie daje się nosić i jakby nie chcemy przyjąć tego do wiadomości, że dziecko się nie daje i chyba same siebie oszukujemy. Ale dziewczyny sobie z tym sprytnie radzą. Szyją sobie z chust torebki, portfele, żeby jednak gdzieś pamiątkę mieć. Więc to jest chyba to świrstwo. Ale ja jeszcze nie kupiłam ostatniej chusty. Choć zawsze się oszukuję, że ta to już na pewno będzie ostatnia. Ale już myślę o kolejnej… póki się da to jeszcze będę próbować.

A czy nie jest tak, że  skończyłaś kurs profesjonalnego noszenia w celu przedłużenia sobie przygody z chustą?

Tak. Chyba po to go zrobiłam. Jakby się okazało, że ta mała się już nie chce nosić, to zawsze będzie okazja, żeby tę lalę zawiązać jak rodzicom się pokazuje. I też będę miała cały czas kontakt z rodzicami malutkich dzieci, którzy są jeszcze entuzjastycznie nastawieni.

Życzę Ci zatem powodzenia na Twojej nowej chustowej drodze.

Dziękuję!

Ja również dziękuję za wywiad.

Chcesz także porozmawiać z Agnieszką? Jej stronę na Facebooku znajdziesz tutaj. 

Regulamin konkursu "Zniżka od Małej Muffinki"

Chcesz poznać moją autentyczną historię z chustą w tle? Pozwól, że powiadomię Cię o nowym wpisie. Zostaw mi swój e-mail:

Foto dzięki Jaskółkowa Fotografia

Wyprawka dla noworodka: 7 zaskakujących i bardzo praktycznych przedmiotów, o których być może nawet byś nie pomyślała...


To nie jest kolejny post, który ma na celu jedynie przekazanie informacji, ile pieluszek i jakiego rodzaju ubranka do szpitala (i nie tylko) powinnaś przygotować dla swojego jeszcze nie narodzonego dziecka. Owszem, są to rzeczy must have i nie możesz ich pominąć przygotowując się na przyjście na świat maleństwa. Ale takich list pod hasłem wyprawka dla niemowlaka w internecie znajdziesz sporo. Wystarczy odpowiednia selekcja i wyprawka gotowa. Ja na przykład przed narodzinami Córeczki skorzystałam z tej oto listy podesłanej przez koleżankę:

Lista tradycyjnych rzeczy, które powinny znaleźć się w wyprawce dla noworodka i jego mamy.

Dziś, gdy mogę nazwać się już z dumą doświadczoną młodą mamą ;) chciałabym podpowiedzieć młodszym stażem rodzicom, o jakie przedmioty warto uzupełnić wyprawkę dla dziecka. Będzie Ci nieco łatwiej, bo ja musiałam je wykombinować sama. Z perspektywy dnia dzisiejszego myślę, że bez tych 7 rzeczy przetrwanie pierwszych miesięcy opieki nad Córeczką byłyby znacznie trudniejsze.

Tradycyjne listy tego typu skupiają się na higienie i zdrowiu niemowlaka, ubiorze, pojawia się na nich też szereg niezbędnych, choć oczywistych przedmiotów typu wózek, fotelik samochodowy czy łóżeczko. Gdy przygotowywałam się do narodzin Małej Muffinki miałam nawet wrażenie, że często tworzone są z automatu. Bardzo pomocne, a jednak brakuje w nich pewnego małego szczegółu... Chodzi po prostu o fakt, że oprócz wykonywania szeregu czynności, które będą składały się na rutynową opiekę nad Twoim dzieckiem, będziesz jeszcze potrzebować prostych wynalazków, które sprawią, że opieka ta stanie się łatwiejsza i bardziej przyjemna dla Ciebie i dla Dziecka. Z korzyścią dla dwojga!

Oto lista 7 "czasoumilaczy" i "opiekoułatwiaczy", które w ciągu pierwszych kilku miesięcy życia mojej Córeczki przydały mi się niesamowicie, a których nie znalazłam wcześniej na żadnej innej liście z wyprawką dla noworodka.

1. Wielokolorowa żarówka na... pilota

To takie istnieją? O tak! W moim domu znalazła się zupełnie przez przypadek w okolicach narodzin dziecka i na długie miesiące stała się naszym najlepszym przyjacielem :) Niezastąpiona nocą, gdy nawet nie chciałam słyszeć o zgaszeniu światła w naszej sypialni. Pewnie też będziesz mieć taką potrzebę, by swojego dziecka nie spuścić z oka ani na moment. Ja na moją śpiącą Córeczkę mogłam patrzeć godzinami, nawet nocą. Ale też bałam się, by nie przydusiła się kocykiem, nie odwróciła w beciku główką do materacyka itp., itd. Takich scenariuszy w głowie młodej mamy rodzi się tysiące. Nie ma więc sensu zasypiać w ciągłym niepokoju, albo bez ustanku wstawać, by zapalić światło i zerknąć na dziecko. Pilot do lampki, która stoi nieco w oddali (i dzięki temu nie bije swoim blaskiem po oczach ani Tobie ani dziecku), to świetna sprawa! Tylko po co kupować nową lampkę, albo szukać jakiejś specjalnej z pilotem? Wystarczy kolorowa, ledowa żarówka z odpowiednim gwintem i po sprawie :) Gdy już nie będziesz jej potrzebowała, wymienisz sobie ją na zwykłą i lampka kupiona kiedyś do sypialni odzyska swoje dawne funkcje. Ale bezprzewodowe włączanie to nie jedyna zaleta takiego urządzenia. Bardzo przydaje się też funkcja rozjaśniania i ściemniania światła oraz zmiany koloru. Po pierwsze w sypialni nie jest już tak nudno, choć przy niemowlaku na brak atrakcji nawet nocą raczej narzekać nie będziesz. Funkcja ta przydaje się, gdy chcesz zasnąć i nie wyłączać światła. Zmieniasz kolor na ciemniejszy, dodatkowo możesz też zmniejszyć jego intensywność. Gdy dziecko się wybudza, przychodzi czas karmienia lub zmiany pieluchy włączasz kolor biały/żółty (w zależności od preferencji), rozjaśniasz na maksa i gotowe. Nie musisz zapalać górnego światła i rozbudzać przy tym siebie i dziecko. Ja przy tej ekonomicznej żaróweczce (LEDy nie zużywają tak dużo energii jak tradycyjne żarówki) spałam przez długie 5 miesięcy. Teraz włączam ją w innym celu - dla zabawy! Córeczka bardzo lubi obserwować zmiany kolorów a pilot ma taką fajną funkcję, że robi to automatycznie.

Jeśli nie masz pomysłu, gdzie dostać taką żarówkę, możesz skorzystać z mojej podpowiedzi. Mąż dostał ją w jednym z popularnych dyskontów, ale to była raczej tylko oferta czasowa. Nie ma więc sensu, żebyś przygotowując się na przyjście na świat maluszka traciła czas i biegała od sklepu do sklepu. Polecam mój sprawdzony sposób w takich sytuacjach - zerknij na oferty sprzedaży takich kolorowych żarówek led z pilotem na stronie jednej z popularniejszych porównywarek (tutaj). Cena, jak zauważysz jest wcale nie wygórowana w zamian za tyle funkcji i wygodę dla mamy i maluszka. Żarówkę z pilotem można bowiem dostać już za około 30 zł. Koniecznie zwróć uwagę na dobór odpowiedniego gwintu, pasującego do Twojej lampki (kinkietu lub żyrandola) w sypialni.

2. Czarno-biały obrazek

Sklepy dziecięce pełne są kolorowych i pięknych zabawek. Ale muszę Cię zmartwić, Twojego malca na starcie wcale nie będą one interesowały. Przynajmniej przez pierwsze miesiące dziecko woli oglądać kontrastowe obrazki, niż podziwiać pięknie uszyte misie. Grzechotek nie potrafi chwytać, dlatego trudno skupić na nich na dłużej uwagę nowo narodzonego maluszka. Ten pomysł, który chciałabym Ci zaproponować, podpowiedziała mi moja położna jeszcze zanim Mała Muffinka przyszła na świat. I sprawdził się znakomicie! Mało tego, dostarczył mi wiele radości. Gdy będziesz już miała swojego maluszka przy sobie zrozumiesz te słowa. Pewnie jak ja będziesz z niecierpliwością wyczekiwała na każdy jego ruch, czy gest - przejaw świadomego rozumienia świata. Nowo narodzone dziecko żyje bowiem troszkę w swoim świecie i dopiero z upływem czasu zaczyna kontrolować ruchy gałek ocznych, rączek czy wydawane dźwięki. Pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy ustawiłam "pierwszą czytankę", jak nazwałam ten przedmiot przed oczami kilkudniowej Córeczki. Przechyliła główkę na bok i wyraźnie zainteresowała się przedmiotem. Wpadłam w zachwyt, bo to był pierwszy raz, kiedy skupiła na czymś swój wzrok. Potem czytanka w formie zwykłej kartki papieru wydrukowanej na domowej drukarce przydawała mi się jeszcze wielokrotnie. Także w celach uspokajających, gdy dziecko stawało się już lekko niecierpliwe i marudne. Zaletą takiej "czytanki" jest też to, że zupełnie nie przejmujesz się, że może się zniszczyć. W końcu w każdej chwili możesz wydrukować następną. Mało tego! Możesz z łatwością taką książeczkę samodzielnie dla swojego dziecka napisać :) Wystarczy tylko troszkę "pogrzebać" np. w Wordzie z kształtami i gotowe.

Jeśli nie masz na to czasu, ochoty lub po prostu obawiasz się, że nie potrafisz mam dla Ciebie prezent. Taką pierwszą czytankę przygotowaną przeze mnie możesz pobrać stąd.

3. Zestaw kołysanek

Zanim urodziłam dziecko wydawało mi się, że na kołysanki przyjdzie czas dopiero później. Będę nucić Córeczce do snu, jak trochę podrośnie. Ale traf chciał, że na mojej nocnej szafeczce znalazła się pożyczona od koleżanki płyta z kołysankami jeszcze zanim stałam się mamą. Jaki to był świetny pomysł! Zaczęłam śpiewać je Córeczce zanim jeszcze się urodziła, a potem nuciłam praktycznie od pierwszych dni, gdy pojawiła się na świecie. Zdążyłam już kilku nauczyć się wcześniej na pamięć. I wiecie co? Nie żałuję! Na początku myślałam, że to może bez sensu. Przecież Córeczka i tak nic nie rozumie. A jednak. Jakie było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia po tym jak zaczęłam nucić pierwsze słowa kołysanki Mała Muffinka będąc na moich rękach spojrzała na mnie, uśmiechnęła się od ucha do ucha, pomachała swoją rączką wokół moich ust a potem słodko zasnęła. Chwilo trwaj wiecznie :) Teraz śpiewam jej codziennie. 

Oto kilka moich ulubionych kołysanek:

- Od tej zaczynałyśmy, taki połogowy wyciskacz łez, piękne słowa o pierwszym kochaniu w rytmie stukającego matczynego serducha (kołysanka: "Mamo żywa kołysko")
- Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga - taka króciutka historia o oszukanym Wojtusiu, to właśnie tę kołysankę Mała Muffinka polubiła tak bardzo, że uspokaja się i uśmiecha na dźwięk pierwszych słów ("Bajka iskierki" w wersji wykonywanej przez Grzegorza Turnaua i Magdę Umer)
- O Dorotce. To kołysanka, którą zainspirował mnie mąż, gdy byłam jeszcze w ciąży i graliśmy ją Małej Muffince do brzuszka (Kołysanka Dorotka)
- I moje najnowsze odkrycie - kołysanka do Słoneczka (Zachodźże Słoneczko)

I jeszcze mała rada. Na początku usypianie niemowlaka może trwać bardzo długo, dlatego dobrze jest mieć kołysanki zgrane na przykład na płycie. Muzyka z nośnika będzie wspierać rodzica, gdy zaschnie mu w gardle ;) i można zostawić ją grającą w tle, gdy maluszek już słodko śpi.

Oto kilka takich zestawów, które mogę polecić:

Kołysanki usypianki - płyta z tradycyjnymi kołysankami na pokładzie
Tata śpiewa kołysanki - bo niby dlaczego tata nie może zaśpiewać na dobranoc?
Mini mini kołysanki - dla tych, którzy lubią śpiewać wspólnie z gwiazdami

4. Piłka fitness

Na tym sprytnym i jakże prostym w obsłudze urządzeniu do ćwiczeń spędzałam podczas pierwszych czterech miesięcy dzień w dzień po kilka godzin. Pomyślisz może, że stałam się namiętną fanką Ewy Chodakowskiej, czy też Ani Lewandowskiej? Nie, nie wynikało to z mojej chęci zrzucenia zebranych po ciąży kilogramów. Był to raczej ratunek dla mojego kręgosłupa i jednocześnie bardzo skuteczny uspokajacz dla Córeczki. O odkrytej przeze mnie metodzie uspokajania płaczliwego niemowlęcia pisałam już tutaj (Przeczytaj koniecznie, bo może i dla Ciebie będzie ona jak zbawienie w najtrudniejszych chwilach!) Piłka była doskonałym narzędziem, dzięki któremu udało się odtworzyć efekt bujania z matczynego brzuszka. Nie musiałam dźwigać godzinami Małej Muffinki na rękach i nadwyrężać i tak doświadczonego po ciąży kręgosłupa. Może pomyślisz, że nie warto wykorzystywać piłki, bo dziecko się przyzwyczai? Moim zdaniem nie trzeba się tego obawiać. Ja na prawdę często wykorzystywałam piłkę a dziś, gdy Córeczka ma już ponad pół roku potrafię ją uspokoić i usypiać bez tego. Chociaż mimo wszystko chętnie siadam z nią na piłce, zwłaszcza w nocy, gdy nie może spać (choć na szczęście zdarza się to już tylko okazjonalnie). Blisko 8-kilowy maluszek, gdy jestem zaspana, wydaje się ważyć co najmniej 10 kilogramów więcej! Nie wyobrażam sobie opieki nad Córeczką bez tego prostego urządzenia fitness.

Polecam zakup piłki z pompką. Jeśli będziesz ją eksploatować tak jak ja swoją, na pewno Ci się przyda możliwość szybkiego uzupełnienia powietrza ;) Tu znalazłam dla Ciebie kilka ciekawych ofert odnośnie piłki fitness.

5. Kwadratowy cienki kocyk/pieluszka

Wiem, że i kocyki i pieluszki znajdują się zawsze na liście z wyprawką dla niemowlaka. Ale rzadko się zdarza, by ich autorzy zwracali uwagę na kształt tych przedmiotów. A zapewniam Cię, że ma on niemałe znaczenie! Na pewno każdy kocyk, czy pieluszka Ci się przyda. Bez dwóch zdań. Ale aby zapewnić malutkiemu dziecku poczucie maksymalnego bezpieczeństwa i jak to było w moim przypadku, zagwarantować spokojny sen oraz szybko i sprawnie utulić w płaczu (Tu jeszcze raz odeślę Cię do wpisu pt. "Nie popełnij mojego błędu tuląc swojego maluszka!"), niezbędny jest właśnie cienki (nie śliski!) kocyk lub pieluszka w kształcie możliwie maksymalnie zbliżonym do kwadratu. Zapewniam Cię, że tradycyjny becik, który też często pojawia się w wyprawce dla niemowlaka, nie spełni tego zadania. Owszem, też go używałam, bo wygodnie jest trzymać w nim dziecko. Natomiast w sytuacjach najbardziej kryzysowych sięgałam zawsze po mój ulubiony pomarańczowy kocyk. Bo tylko on umożliwiał wystarczająco ciasne spowijanie maleństwa. Z każdego innego (prostokątnego, czy grubszego) Córeczka potrafiła wygrzebać się w kilka minut i zaczynała płakać na nowo. Wiem, że to rozwiązanie sprawdza się też doskonale przy kolkowych problemach niemowlaków. Jeśli masz wątpliwości, śmiało zapytaj swoją położną. Każda z nich, jeśli tylko ma wystarczające doświadczenie korzystała z powodzeniem z tego rozwiązania. To, czy powinnaś kupić kocyk czy raczej pieluszkę uzależnione jest od pory roku, w której przyjdzie na świat Twoje maleństwo.

Duży wybór ślicznych muślinowych pieluszek i kocyków o wymiarach 90 x 90 cm i 120 x 120 cm (te większe starczą też dla ciut większego dziecka) znajdziesz na przykład tutaj.

6. Smoczek, który świeci w ciemności

Zanim nie zaszłam w ciążę, nie wiedziałam że takie istnieją. Chodzi o smoczki fluorescencyjne. Pod wpływem naświetlenia (światłem dziennym lub zwykłą żarówką) świeci albo smoczkowy "guziczek" albo uchwyt smoczka. Na prawdę fajna rzecz dla mamy, która karmi nocą. Świecąca funkcja mojego smoczka uratowała mnie już dziesiątki razy od konieczności ponownego usypiania malucha. Z nocnymi karmieniami w moim wypadku wygląda mniej więcej tak, że Mała Muffinka wybudza się w środku nocy 2-3 razy, po tym jak w trakcie snu wypuści z buzi smoczek. Zaczyna czuć wtedy głód i wierci się szukając piersi. Gdybym pozwoliła jej tak "rozwiercić" się na dobre rozbudziłaby się otwierając oczy. A wtedy po karmieniu czekało by mnie minimum 15-20 minut lulania, żeby zasnęła na nowo. Działam więc bardzo szybko. Chwytam dziecko i smoczek, który świecąc sygnalizuje mi swoje położenie. A światło w sypialni jest słabe i gdyby nie jego fluorescencyjność na prawdę trudno by mi go było odnaleźć, bo jestem wtedy baaaaaardzo zaspana. Po karmieniu mam dzięki temu smoczek w gotowości i wkładam go w celach uspokajających i usypiających do budzi od razu Córeczce. Inaczej znów mogłoby mieć miejsce nagłe rozbudzenie (Mała Muffinka jest niestety przy karmieniu, czasem też i po jego zakończeniu bardzo nerwowa - pisałam o tym we wpisie Moje cycostory cz. 1). Teraz, gdy Córeczka ma ponad pół roku dostrzegłam też inną zaletę smoczka. Zaczęłam bowiem stopniowo gasić światło w sypialni, ale wciąż mam kontrolę nad tym co moje dziecko wyrabia w łóżeczku. Czy nie śpi przypadkiem buzią do poduszki, czy odwróciła się w tą czy tamtą stronę. Wszystko oczywiście dzięki świecącemu smoczkowi, który trzyma w ustach ;)

Fajny wybór smoczków świecących nocą znajdziesz na przykład tutaj.

7. Rolety okienne typu "dzień noc"

Ten ostatni punkt na mojej liście to inwestycja obarczona lekkim ryzykiem. Ale ostatecznie ileż można poświęcić w zamian za kilka chwil błogiego snu - Twojego i maluszka! A jeśli byłaby szansa, że powtarzałby się one codziennie, to można rzec, że wygraliśmy los na loterii. Nie wiem, czy każdemu pomogą, stąd to ryzyko. Nie wiem też, na ile faktycznie miały wpływ w przypadku usypiania mojego maluszka. Ale faktem jest, że od pierwszych dni, gdy w domu pojawiła się Mała Muffinka spuszczałam je przy wieczornym usypianiu. Na początku trwało to nawet do godziny, teraz Córeczka zasypia w moment. I zapada w głęboki sen, znacznie głębszy niż te przy drzemkach w ciągu dnia. Wiadomo, fizjologia. Wydaje mi się jednak, że spuszczanie rolet bardzo przyspieszyło naukę wieczornego zasypiania. Pomaga też często o poranku, gdy udaje się nieco "oszukać" ;) dziecko co do pory dnia. Oboje z mężem nie lubimy pobudek o 5.30... więc gdy się zdarzają, to korzystam z faktu, że dziecina dzięki zasłoniętym roletom nie do końca wie, że już wstał dzień. Zazwyczaj jeszcze udaje się nam po krótkiej chwili usypiania skraść około godzinki drzemki. Dlatego za nic w świecie nie dałabym ściągnąć z okna naszych rolet :) Czasem wykorzystuję je również do drzemek w ciągu dnia, gdy dziecko jest wyjątkowo "nakręcone", a wiem, że sen przydałby się mu jak zbawienie. Przyciemnione światło w pokoju pomaga mi Córeczkę wyciszyć.

Polecam oczywiście, by rolety były jak najciemniejsze. Najlepsze wydają się takie zewnętrzne, bo one są w stanie całkowicie zablokować dopływ światła. Ale to spory wydatek, poza tym nie każdy może sobie take zamontować ze względu na elewację budynku. Myślę jednak, że rolety typu: dzień noc czarne - sprawdzą się znakomicie.

A może Ty też masz kilka oryginalnych pomysłów na uzupełnienie wyprawki dla maluszka? Śmiało podziel się nimi w komentarzach! Zapraszam.

Podobał Ci się artykuł? Daj mi o tym znać klikając w "Polub tę stronę" poniżej. Na prawdę bardzo się z tego ucieszę!

6 rzeczy, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej



Karmienie piersią to dla mnie trochę taki rejs na pełnym morzu. Piękne widoki, niezapomniane wrażenia, ale jednocześnie jeśli chcesz tego doświadczać jak najdłużej nie ma odwrotu, nie możesz dobijać do brzegu. Nie ma kompromisów. Mam tu na myśli wszystkie dni, kiedy jestem umęczona nieprzespanymi z powodu karmienia nocami, albo chcę wyjść z domu bez małej, ale nie ma chętnych by z nią zostać. Bo a nuż zrobi się głodna i nie będzie chciała jeść z butelki. Co najbardziej zaskoczyło mnie w tej przygodzie na morzu pełnym mleka? To już druga część mojej historii o karmieniu piersią, którą publikuję pod hasłem "moje cycostory". (Tu zapraszam do przeczytania części pierwszej historii). 

A oto 6 rzeczy, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej:

1. Wysiłek fizyczny. Od pierwszych dni. Być może wynika to z mojej nieporadności. Ale fakt jest taki, że słyszałam o zasadzie, że podczas karmienia wygodnie ma być nie tylko dziecku ale i mamie. Święta prawda. Z tym że od teorii do praktyki jak zawsze długa droga. Zwłaszcza gdy robi się coś po raz pierwszy w życiu. Albo gdy pojawiają się problemy i najważniejszym celem staje się nakarmienie dziecka. Nie ważne jak, choćby na rzęsach ;) byleby zjadło. Początki karmienia w moim wypadku wiązały się więc z bólem. Czasem mniej, czasem bardziej dotkliwym. Zaczęło się od totalnie zdrętwiałej ręki z powodu nieruchomego leżenia przy dziecku na szpitalnym łóżku. Potem było tylko trudniej, bo po powrocie ze szpitala do domu samopoczucie w pierwszych dwóch tygodniach nie najlepsze. Felerne, choć konieczne nacięcie sprawiało, że gimnastyka - szczególnie nocna - przy dziecku to było nie lada wyzwanie. Czasami aż łezka zakręciła się w oku, gdy wyjmowałam i wkładałam ją do łóżeczka a tu akurat nieszczęsne szwy zaczynały doskwierać. Do tego doszedł jeszcze klasyczny problem z poranionymi brodawkami. Na szczęście szybko kłopot z bólem ustąpił, bo leczenie maścią i własnym mlekiem pomogło a i dziecko zaczęło z czasem pewnie sprawniej ssać. Ale to wszystko było i minęło. Każdy dzień przynosił poprawę a z czasem i ja mogłam skorzystać z wygód, dzięki niezawodnej poduszce do karmienia.

2. Nieprzespane noce. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że nie mam pojęcia jak by się przedstawiała sytuacja, gdybym karmiła córeczkę mlekiem sztucznym. Ale w przypadku karmienia piersią na żądanie w zasadzie od narodzin córeczki jestem takim całodobowym barem szybkiej obsługi ;) Są wręcz momenty, że mój ulubiony Klient puka do niego nawet co 1,5 godziny w nocy. A zasadą jest, że są to trzy godziny, nie dłużej bez karmienia. W dzień czy w nocy (z jedną, może czasem dwiema dłuższymi przerwami za dnia). Dochodzi do tego, że czasem czuje się jak lunatyk. Zapytana o to, jak wyglądała miniona noc na prawdę nie jestem w stanie opowiedzieć jej dokładnie. Wstawania, karmienia, odbijania, usypiania. To wszystko zlewa mi się w jedno. I pomyśleć, że do tej pory byłam osobą, która bardzo lubiła się wysypiać i twardo spała całą noc. Nawet w ciąży nie miałam większych problemów z zasypianiem. A tu proszę taka niespodzianka. Cały czas mam przed oczami SMS od mojej przyjaciółki otrzymany tuż po urodzeniu Córeczki "Gratulacje. Wyśpisz się za rok". Racja. Pełne nadziei odliczanie trwa zatem nadal ;)

3. Brak mobilności. Na taką sytuację w pewnym sensie byłam oczywiście gotowa. Rodzi się malutkie dziecko, biorę roczny urlop i będę zajmować się nim całymi dniami. Rzecz dla mnie oczywista, że w tym okresie z wyjazdów we dwoje albo całodniowych wypadów na zakupy wolałam zrezygnować. Ale i w tym zakresie zostałam nieco zaskoczona. Musiałam przywyknąć do tego, że z domu bez dziecka wychodzę na czas nie dłuższy niż 1,5 godziny. Tak było przynajmniej do końca trzeciego miesiąca, kiedy córeczka jadła nawet w dwugodzinnych odstępach a głodna nie dała się uspokoić w żaden sposób. Teraz gdy ma już pięć miesięcy nie reaguje tak gwałtownie na głód. Dlatego przynajmniej nie wracam biegiem, gdy tylko się obudzi, bo wiem że wytrzyma. Nie mogę natomiast polegać na butelce, bo poddenerwowana głodem odmawia jedzenia, gdy nie ma mnie w zasięgu wzroku. Choć tu przyznaję, że pewnie gdybym bardzo chciała mogłabym ją przyzwyczaić do jedzenia z butelki pod moją nieobecność. Ale brak mi do tego samozaparcia. Odciąganie mleka, gdy mała je bardzo dużo, w tej chwili zajmuje mi bardzo dużo czasu (pięć wieczorów na jedną porcję!). A mleka modyfikowanego jakoś nie chcę jej podawać. Tak po prostu - nie bo nie, bo po co? Opcja wyjścia z Małą Muffinką też nie zawsze jest szczęśliwa, gdy w trakcie wypada karmienie. Muszę liczyć się z tym, że będę wracała z płaczącym dzieckiem do domu. Jakoś nie idzie nam jedzenie poza domem. Chyba dziecko za dużo rozprasza, a i ja prawdopodobnie mając w głowie minione doświadczenia jestem za bardzo poddenerwowana i mała to wyczuwa. Mleko mamy najlepiej smakuje w domu. Dlatego też w tym domu spędzamy bardzo dużo czasu.

4. Natura rządzi. Tu muszę się przyznać szczerze - nie wierzyłam we własne ciało. Ba, nawet teraz, gdy karmię dzień w dzień od miesięcy łapię się na tym, że mu nie ufam. Na szczęście moje dziecko nie ma takich zahamowań jak ja i je smacznie nie zdając sobie sprawy z mojego niedowierzania. O ile w początkach karmienia widziałam wypływające samoczynnie mleko, tak teraz ile razy sięgnę po laktator to poddaję się po 20-30 ml. Nie raz przyłapałam się na sytuacji, gdy odwlekam karmienie choćby o pół godzinki, bo wydaje mi się, że przecież tam nic jeszcze nie ma. Przymuszona przez dziecko już wielokrotnie przekonałam się, że brew mojemu złudnemu wrażeniu córeczka się najada. Mało tego ssie jak szalona z piersi, w której jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że nie ma mleka. Dzielna mała. Opanowała po prostu sztukę ssania do perfekcji. A matka natura pomaga jej w tym nawet lepiej niż jej rodzicielka.

5. Czekolada smakuje tak długo... dopóki Cię porządnie nie zemdli. To takie moje pociążowe odkrycie. Pół żartem, pół serio ;) Co to ma wspólnego z karmieniem piersią? W moim wypadku chodzi po prostu o to, że karmiąc wróciłam do wagi z czasów licealnych. 47 kilo, przy moich tradycyjnych 53. Mogę więc się bezkarnie objadać i zupełnie nie przejmować stopniowo okalającym mnie tu i ówdzie tłuszczykiem. No bo go zupełnie nie ma. A jem jak smok! Najbardziej objadając się na noc. I nic, waga ani drgnie, a nawet spada proporcjonalnie do tego, ile przybyło mojej córeczce. Chwilo trwaj, rzec by się chciało ;) Wreszcie mogę najeść się muffinów do woli i bez ograniczeń. Zwłaszcza tych moich ulubionych podwójnie czekoladowych (tu zapraszam po przepis).

6. Może być tak pięknie. Wiem, że to, co napisałam powyżej, jak i w poprzednim wpisie na temat mojej historii karmienia piersią wcale na to nie wskazuje. Jednak tak właśnie jest - pięknie! Po tym, jak już mamy za sobą pierwszy (mam nadzieję ostatni) kryzys, pozostaje nam tylko cieszyć się naszą mleczną przygodą. Dla mnie jako matki są to przede wszystkim chwile niesamowitej naturalnej bliskości. Patrzę na moje już siedmiokilowe "maleństwo" i jestem z siebie dumna. Przecież ona cała jest ze mnie. Dosłownie! W jej ciałku nie ma jak na razie ani grama, który wziąłby się z zewnątrz. A przecież ciąża skończyła się już parę ładnych miesięcy temu. Karmienie to takie przedłużenie chwil, które już nigdy nie powrócą. Przed oczami mam obrazek, gdy moja córeczka odrywa się nagle od cyca, patrzy w górę na moją twarz cała umorusana mlekiem i zaczyna się do mnie uśmiechać. Jestem pewna, że to wspomnienie pozostanie ze mną do końca życia jako jedno z tych najpiękniejszych.


Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec mojej historii o karmieniu piersią. Jeśli nie chcesz przegapić kolejnych wpisów z serii "Moje cycostory" koniecznie daj mi o tym znać, wypełniając poniższy formularz:

Moje cycostory cz.1


To będzie opowieść o mojej przygodzie z karmieniem piersią. Bez happy endu... ale to dlatego, że ten end szczęśliwie jeszcze nie nastąpił. I mam nadzieję, że jeszcze długo tak się nie stanie! Wpis powstaje, bo zainspirowała mnie do tego inna blogerka, matka karmiąca, Hafija - dziękuję :). W minionym niedawno Tygodniu Karmienia Piersią zainicjowała akcję społecznościową pod hasłem #umiemwesprzeć. Tak, by mamy karmiące wspierały inne, które karmią i te które chcą karmić w przyszłości po narodzinach dziecka. Pomyślałam, że warto opisać moją historię blisko już pięciomiesięcznego karmienia. Skoro los był dla mnie tak łaskawy, że karmić mogę i mimo różnych trudności i przeszkód nie poddałam się do tej pory, to może moje zapiski będą wsparciem dla innej mamy. I w ten sposób liczba dzieci wykarmionych najlepszym, maminym mlekiem wzrośnie choć o jedno. Ja tuż przed porodem przeczytałam książkę, która uświadomiła mi, że z karmieniem czasem jest trochę pod górkę. A moja położna dodała do tego jeszcze zasadę, że właściwie zawsze jakiś mniejszy czy większy problem wystąpi. I świadomość tego to pierwszy krok do sukcesu na mlecznej drodze życia Twojego dziecka.

Trzeba liczyć się z trudnościami, wiedzieć gdzie zwrócić się o pomoc, bo gdy problemy z karmieniem piersią wystąpią prawdopodobnie orędowników przerzucenia się na mleko modyfikowane będzie wokół Ciebie wielu. Bo dziecko się nie najada. Mo po co dziewczyno tak się męczysz. Bo przecież na pewno nie masz już mleka.

Nie chcę nikogo straszyć. Wręcz przeciwnie. Chcę opowiedzieć o jednej z najwspanialszych przygód mojego życia i tym samym pomóc swoim doświadczeniem każdej mamie, która takiej pomocy będzie potrzebowała.

Bajka czy thriller?

Na początku było jak w bajce. Mimo wielu moich obaw to córeczka nauczyła mnie karmić piersią, nie ja ją. Przyniesiona do mojego łóżka zaraz po porodzie zaczęła ssać. Jakby robiła to już setki razy. To ja znieruchomiałam z przejęcia, że jakikolwiek mój ruch przerwie tą ważną chwilę. Ona ssała i ssała. Z przerwami całą noc i kolejny dzień. Byłam przeszczęśliwa, zwłaszcza że w tej samej sali leżała dziewczyna, której dziecko niestety bardzo buntowało się przed karmieniem piersią. Na własne oczy widziałam, że może być różnie. Ale fakt, że początek miałam jak w bajce chyba zobowiązał mnie w pewnym sensie, żeby być dzielną. Na szczęście. Bo drugiej nocy i kolejnego dnia zaczęły się problemy. Córeczka dostała żółtaczki. Stała się marudna. Właściwie to zaczęła się mocno denerwować, płakała i nie umiałam już sama przystawić jej do piersi. Nie chciała chwycić. Musiałam liczyć na pomoc personelu, który na szczęście okazał się niezawodny. Przystawianie do piersi wyglądało trochę brutalnie. Pielęgniarki nie robiły oczywiście córeczce krzywdy, ale trzymały jej główkę bardzo zdecydowanym ruchem, nie pozwalając na odchylanie na boki. Dzięki temu zaczynała ssać. Ja tak nie potrafiłam, brakowało mi odwagi i zwinności w jednej tylko ręce, którą leżąc na boku miałam do dyspozycji. Z godziny na godzinę było gorzej, bo poziom bilirubiny rósł, ja wiedziałam, że powinnam jak najczęściej dziecko przystawiać do piersi. Po pierwsze, żeby się nie odwodniło. Po drugie, żeby pomóc córeczce w ten sposób w walce z osłabieniem. Ale dziecko przystawiane do piersi wpadało w histerię, a jak już zaczynało ssać to w moment usypiało a ja bałam się ją wybudzać, żeby znów nie być świadkiem płaczu, nad którym nie umiem zapanować. To nie były łatwe chwile. Zmęczenie, hormony i do tego ta nieporadność skumulowały się do tego stopnia, że płakałam w przerwach pomiędzy karmieniami. Bardzo pomogło mi wtedy wsparcie męża. I pielęgniarki, które były w sali obok na każde zawołanie, a słysząc w nocy płaczące dziecko przychodziły same. Zaczęłam cieszyć się, że z powodu lekkiej żółtaczki u córeczki zostałyśmy w szpitalu o jeden dzień dłużej. Po prostu do dziś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądałaby moja przygoda z karmieniem piersią, gdybym w tym najtrudniejszym momencie znalazła się już w domu. Czy nie sięgnęłabym zdesperowana po butelkę? Na prawdę nie wiem... Warto wykorzystać szpitalną pomoc, żeby poczuć się pewniej w pierwszych chwilach po narodzinach. Pamiętam mój strach czwartego dnia po porodzie, gdy przyszedł czas, by za kilka godzin już być w domu. Numer telefonu do położnej był w tej sytuacji ważnym wsparciem. Szczęśliwie, wraz z lepszym samopoczuciem córeczki powróciły błogie chwile przy piersi. Przez kilka tygodni ich ssanie było dla Małej Muffinki najlepszą drogą do uspokojenia. To było dla mnie, jako młodej i niedoświadczonej mamy takie koło ratunkowe. Pewnik, że poradzę sobie z moim dzieckiem. Bajka powróciła. Do czasu...

Najtrudniejszy moment

Kryzys przyszedł około szóstego tygodnia. Z tego co zdążyłam się już zorientować (między innymi dzięki fejsbookowym grupom, o których to nieocenionej roli pisałam tutaj), tak zdarza się często. Jakby natura chciała powiedzieć: "Sprawdzam" i zmusić nas do wykazania się prawdziwą determinacją, by utrzymać laktację i nadal karmić piersią. Słyszałam, że w tym momencie wiele z mam rezygnuje. Nie dziwię się. Akurat w tym czasie zakończyły się wizyty położnej. W fatalnym momencie, bo przez pierwsze sześć tygodni wszystko szło ok. Nie zdążyłam więc zahartować się w pokonywaniu problemów. Mała Muffinka przybierała na wadze, nie miała kolek. Po prostu dziecko idealne. Ja też czułam się coraz pewniej w opiece nad nią. Byłam dumna z siebie jako z mamy karmiącej. W końcu każde dodatkowe sto gram mojego dziecka to była poniekąd moja osobista zasługa ;) I nagle wszystko zaczęło się sypać... Dziecko wyło przeraźliwie z głodu a przystawiane do piersi odwracało główkę, prężyło całe ciało, jakby kategorycznie mówiąc: "Nie, nie chcę!". A tymczasem wiedziałam przecież, że jest głodna. Miała cyca w buzi a zachowywała się tak, jakby nie miała o tym zielonego pojęcia. W stresie i rozpaczy po prostu nie zdawała sobie z tego sprawy. Porady, które uzyskałam od położnej już tylko przez telefon okazały się skuteczne tylko czasowo. Próbowałam wstrzykiwać do buzi odrobinę pokarmu. Kończyło się na tym, że byłyśmy oblane mlekiem my i wszystko dookoła. Często bez pozytywnego skutku. Próbowałam też na smoczek (żeby pobudzić ssanie i wymienić go szybko na cyca) i o zgrozo na słodzoną wodę podawaną przez butelkę. Ten ostatni pomysł, choć mało godny pochwały, skutkował najczęściej. Ale z czasem i to przestało pomagać, poza tym w obawie o przyzwyczajenie małej do butelki przestałam go nagminnie stosować. Musiałam radzić sobie inaczej. Kończyło się więc na karmieniu na piłce fitness (z bujaniem góra-dół w pakiecie), a jak to nie pomagało to także na stojąco z pozycji spod pachy (chyba już bardziej akrobatycznego sposobu wymyślić nie można). Z czasem oswoiłam się z sytuacją na tyle, że niekiedy decydowałam się te najtrudniejsze chwile po prostu przeczekać. Mała dostawała smoka a ja po upływie kilku, kilkunastu minut próbowałam raz jeszcze. Te wszystkie metody, stosowane na zmianę, w różnej kompilacji i kolejności pomagały. Choć bardzo się namęczyłam. Nie mówiąc już o moim psychicznym stanie, gdy zbliżała się godzina karmienia (mała jadła wtedy co dwie - trzy godziny a trzeba było wliczyć w ten pakiet trwające zawsze około pół godziny próby przystawiania). Najtrudniej było w nocy, bo wtedy najbardziej zmęczenie dawało mi się we znaki. Córeczka też przez paniczną histerię nad cycem rozbudzała się totalnie. W efekcie miałam pół godziny próby nakarmienia, potem mała jadła i usypiałam ją około 40 minut. Sama spałam po pół godziny, do następnej pobudki i walki o chwycenie cyca. Jakoś przetrwałyśmy ten trudny okres. Dziś już wiem, że prawdopodobnie zawdzięczałam go skokom rozwojowym mojego dziecka. Po kilku dniach takiej walki nagle następował z czasem dzień, dwa przerwy a ja widziałam jak córeczka staje się coraz bardziej kontaktowa. Potem te szczęśliwe okresy się wydłużały, żeby wreszcie (mam nadzieję) minąć na dobre pod koniec trzeciego miesiąca. 

Jaki wniosek z tej pierwszej, zwycięskiej walki o pozostanie na mlecznej drodze? Kluczem do sukcesu często bywa cierpliwość, poświęcenie i ufność, że w końcu przyjdą lepsze chwile, które są w stanie wynagrodzić po stokroć to, co działo się wcześniej. Ale najpierw trzeba wiedzieć, że ten lepszy dzień kiedyś nadejdzie. Stąd właśnie moja opowieść. Ja to przeżyłam i się o tym przekonałam. Na szczęście :)

C.d.n..

W kolejnej części tej opowieści napiszę o 6 rzeczach, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej. Jeśli nie chcesz przegapić nowego posta koniecznie daj mi o tym znać. Skorzystaj z tego formularza:

I spraw Boże, by wyrosły mi jeszcze dwie ręce...


Matka po porodzie powinna doświadczyć mutacji cielesnej. Chociaż na pierwsze trzy miesiące stać się czterorękim stworem. Albo... nabyć umiejętność wyciągania przynajmniej jednej ręki na odległość minimum kilku metrów. Świat byłby wtedy piękniejszy, nieprawdaż? No, przynajmniej z subiektywnego punktu widzenia świeżo upieczonych mam. Chwilowo z takiej właśnie perspektywy mierzę się z otaczającą mnie domową rzeczywistością. A nie jest łatwo. Moje dziecko, pewnie jak 50% albo i więcej innych maludów należy do grona tych cudownie niezdejmowalnych z rąk. Na rękach je, zasypia, wpatruje się w otaczającą (i coraz bardziej ciekawą) rzeczywistość. Próba pozbawienia jej tego przywileju kończy się nieuchronnie awanturą.

Tak było od urodzenia. Pamiętam ten sądny dzień w szpitalu, dwa dni po porodzie, gdy Mała Muffinka wreszcie pokazała swój charakterek. Objawił się on trudnym do ukojenia płaczem. Mimo przerażenia całą sytuacją, instynktownie wiedziałam co jej pomoże. Owinęłam, wzięłam na ręce i zaczęłam nasz pierwszy wspólny bujany spacer. W jedną i drugą stronę szpitalnej sali. Aż do wyczerpania - mamy oczywiście. Ale wreszcie pomogło. Z tym, że sytuacja ta powracała często także po powrocie do domu. Nie ma co ukrywać. Ręce matki leczą. Gdy dziecina została brutalnie wypchnięta z brzucha, jest to w zasadzie jedyny sposób, by zachować ten fizyczny kontakt, przypominający jej nieuchronnie minione, cudowne dziewięć miesięcy. Obok piersi, ręce matki to najlepsze ukojenie. Zatem moja Mała Muffinka niejako zarezerwowała sobie je do swoich celów. Nie zważając na to, że w czasach ją poprzedzających miały także wiele innych praktycznych funkcji. Sprzątały, gotowały, robiły mamie kawę czy herbatę, czy też po prostu otwierały przed nią drzwi tak, by ocalić jej jakże ważny czubek nosa przed niemiłym zderzeniem z szybką.

Problem polega na tym, że mama rąk nadal potrzebuje. A jeśli już mają być notorycznie zajęte, to musi zorganizować rzeczywistość wokół siebie tak, by nie zginąć z głodu, nudów, czy też po prostu nie rozbić sobie nosa o drzwi w pędzie po smoczek do sypialni. Modlitwy tu raczej nie pomogą, wystarczy odrobina sprytu i garść doświadczeń, którymi postanowiłam się z Wami właśnie podzielić.

Oto krótki poradnik o tym, jak sobie poradzić przy wymagającym ciągłego noszenia dziecku bez "nadludzkich" atrybutów.

To nie logika, a logistyka
Jadłyście kiedyś kotleta... łyżką? Ja robię tak już prawie od trzech miesięcy. Łyżka sprawdza się lepiej, bo łatwiej nią "ganiać" po talerzu wszystkie inne obiadowe dodatki, jak ziemniaki, surówka itd. Z wąskiego widelca nieuchronnie spadały zawsze na kocyk, którym była otulona córeczka. Taki mój nowy przystołowy savoir vivre. To cena za to, by móc zjeść ciepły obiad bez akompaniamentu płaczącej do granic możliwości Córeczki. I może jedzenie obiadu łyżką jest nielogiczne, to na pewno sprawdza się z punktu widzenia logistyki. Ona ma kluczowe znaczenie w przypadku, gdy małe dziecko nie opuszcza Twoich rąk. Warto korzystać wtedy z praktycznych rozwiązań, nawet jeśli z punktu widzenia logiki są one troszkę odstające od normy.

Cudze ręce wyręczają
To rada cenna, choć zdaję sobie sprawę, że w wielu wypadkach nie do skorzystania. Niewiele z nas, młodych mam ma bowiem przywilej korzystania z pomocy drugiej osoby - męża, mamy, teściowej, czy opiekunki. Będą jednak na pewno chwile, choćby w weekend, kiedy koło Was pojawi się druga osoba. Nie wahajcie się wykorzystywać jej do granic możliwości! Owszem, w pierwszych miesiącach życia dziecka nie zastąpią matki przy dziecku, ale pomogą we wszelkich innych obowiązkach. Przynieś, podaj, pozamiataj, Dosłownie! Ważna jest tu umiejętność delegowania zadań. Ja przed narodzinami Małej Muffinki nie byłam dobra w te klocki. Wydawało mi się zawsze, że jak czegoś nie zrobię sama, to nie będzie dobrze zrobione. Obecność Córeczki na rękach skutecznie mnie z tego wyleczyła. Już mi nie przeszkadza krzywo zaścielone przez męża łóżko. Po prostu cieszę się, że w ogóle jest zaścielone ;)

Efekt notoryczny - bałagan praktyczny
Zamiłowanie do porządku to kolejna cecha, z której szybko przyszło mi się wyleczyć. Zasadą naczelną, z którą musiałam się pogodzić stało się: "wszystko pod ręką". W efekcie oznacza to po prostu bałagan, choć kontrolowany. Gdy jeszcze będąc w ciąży czytałam różne porady odnośnie macierzyństwa, szczególnie spodobała mi się jedna z nich. Otóż, jakoby czas karmienia dziecka był czasem relaksu dla mnie. Doskonałą okazją do poczytania książki, lub obejrzenia filmu na tablecie. I tak właśnie wyobrażałam sobie te pierwsze tygodnie spędzone z Córeczką. Będę karmić cierpliwie, choćby trwało to godzinami, a przy okazji wykorzystam ten czas dla siebie. Rzeczywistość okazała się inna. Córeczka przy karmieniu stawała się z tygodnia na tydzień coraz bardziej nerwowa. W efekcie, gdy tylko zauważyłam pierwsze symptomy głodu przystawiałam ją do piersi natychmiast. Tam gdzie się akurat znajdowałyśmy. W salonie, sypialni, kuchni, pokoju dziecka. Na nic zdała się zakupiona wcześniej wygodna sofka z myślą o karmieniu. I oczywiście w tych okolicznościach wszelkie gadżety służące rozrywce mamy. Gdy przychodziło co do czego orientowałam się, że wszystko jest poza zasięgiem, za ścianą lub na drugim końcu pokoju. Musiałam zadowolić się patrzeniem w sufit i marzeniem, co by było gdyby akurat pod moją ręką znalazł się tablet. Nauczona kilkoma takimi przygodami zorganizowałam sobie w każdym pokoju liczne "punkty rozrywki". Znalazły się tam najpotrzebniejsze rzeczy (kartka do zapisywania godzin karmień, pieluszka, poduszka do karmienia itd) oraz przedmioty, które zapewniały mi zajęcie podczas czasu spędzonego na karmieniu (książka, pilot tv, laptop, komputer). Dzięki temu rozwiązaniu zawsze miałam coś pod ręką, dzięki czemu uniknęłam zanudzenia się na śmierć.

Obudź w sobie talent cyrkowy
Do czego jeszcze może służyć... głowa? Można nią na przykład włączyć/wyłączyć światło. Bo zamykanie nogą zmywarki lub pralki można pewnie uznać za standard sprytnej gospodyni domowej. Gdy na twoich rękach wisi maluszek codzienne czynności domowe są trudniejsze, niektóre nieosiągalne, choć jak pokazało mi życie ćwiczenia czynią mistrza. Nigdy przedtem nie myślałam, że jestem tak zwinna. Choć gdybym mogła cofnąć czas, to z pewnością do ćwiczeń wykonywanych w czasie ciąży dodałabym jeszcze te wzmacniające ręce. Powiedzmy, kilka razy dziennie podnoszenie hantelek w górę i w dół.

Łam zasady, choć z rozsądkiem
Lepiej, żeby tego fragmentu nie czytała babcia Małej Muffinki. Są pewne zasady, których dla dobra dziecka warto przestrzegać. W myśl powiedzenia "dmuchać na zimne", by nie stała się maluszkowi krzywda. To właściwa i godna pochwały postawa. Jak każda matka staram się wdrażać ją na wszystkich frontach. Chcę przecież dla Małej Muffinki jak najlepiej. Z upływem czasu zauważyłam jednak, że stałam się w tych zasadach nieco bardziej liberalna. Powód jak zwykle ten sam. Trzymając ją nieustannie na rękach nie byłabym w stanie bez tego normalnie funkcjonować. Przykłady?
- Na początku nie wchodziłam z dzieckiem do kuchni. Twarda posadzka przyprawiała mnie o drżenie serca na myśl, co mogłoby się stać gdyby... (nawet tego nie napiszę). Teraz zaglądam jednak w te okolice, chociażby po to, by sięgnąć po wodę mineralną, zaparzyć coś ciepłego, sięgnąć po jakąś przekąskę do lodówki.
- Piję kawę i herbatę nad dzieckiem. Wcześniej z podobnych powodów co zaglądanie do kuchni unikałam tego. Teraz pozwalam sobie na tego typu przyjemności, bo inaczej nigdy napić bym się nie mogła. Znalazłam jedno małe kompromisowe rozwiązanie - dolewam do kawy zimnego mleka, a do herbaty odrobinę zimnej wody. Nie piję więc wrzątku.
- Jem nad dzieckiem trzymanym na ręku obiad. Oczywiście ze skutkiem czasem opłakanym, typu sos na kocyku albo kawałek marchewki za kołnierzem dziecka. Cóż, czego nie robi głodna matka...
- Gdy usypiam dziecko zdarza mi się rozmawiać przez telefon. Czasami, bo z reguły jak przykładna matka śpiewam jej kołysanki. Ale są dni, gdy po prostu muszę to zrobić. Bo mam wtedy chwilę ciszy i spokoju. Bo jak ją wreszcie wypuszczę z rąk to będę miała czas na inne sprawy, niż rozmowę przez telefon. 
- Siedzę z komputerem nad dzieckiem. Myślicie, że jak powstają wpisy na tym blogu? Pisze je jednoręka matka! I nabieram w tym coraz większej wprawy. Czasem nawet w desperacji myślę, czy nie dałoby się klawiatury obsługiwać czubkiem nosa ;)

Pokochaj seriale
Przy wieczornym usypianiu dziecka na ręku można umrzeć z nudów. Albo gdy dziecko w trakcie drzemki w ciągu dnia też jest "nieodkładalne", bo w innym wypadku oczy otworzą mu się jak tylko pomyślisz, że chciałabyś je zostawić w łóżeczku (Wasze dzieci też tak mają?!) Czytanie książki też nie zawsze wchodzi w grę (Mała ma wbudowany radar, gdy po nią sięgam zaczyna się wiercić niemiłosiernie). Był więc moment, kiedy namiętnie oglądałam całymi seriami telewizyjne tasiemce. Chwała temu, kto wymyślił smart TV i kanały dostępne w internecie! Czas ten powoli mija, bo ileż można odcinków fundować sobie każdego dnia. Jeśli jednak sytuacja mnie do tego zmusi, na pewno wrócę do mojego przymusowego "hobby".

Odpuść sobie, pofolguj!
To już ostatnia moja rada, choć czuję, że ten wpis mógłby się ciągnąć kilometrami. Ale to, co teraz napiszę chyba zawiera w sobie wszystko powyższe i wystarczy za kolejne porady. Otóż, nie wszystko musi być zrobione tu i teraz. Nie wszystko musi być w ogóle zrobione. Po prostu, gdy dziecko wisi na Twoich rękach trzeba czasem odpuścić. Żeby nie zwariować. Ja należę do osób, które mają w sobie potrzebę "ciągłego robienia". Nawet, gdy opiekuję się dzieckiem wydaje mi się, że powinnam jeszcze jakoś inaczej spożytkować ten czas. A przecież już sama opieka jest wystarczająco ambitnym zajęciem.
Nieprawdaż?

Manifest matki dziwaczki


Zdziwaczałam... Tak właśnie odbiera mnie świat i ja siebie samą odkąd Mała Muffinka pojawiła się na tym świecie. Właśnie zdałam sobie z tego sprawę, gdy dotarł do mnie prawdziwy powód, dla którego nie chcę na razie wracać do "starego" życia. Pewną ręką podpisałam się pod rocznym wnioskiem urlopowym i nie zawahałam się ani na moment. Tyle że dotąd tłumaczyłam się na różne sposoby. A bo hormony, a bo zmęczenie i niewyspanie, a bo karmienie piersią i wiele, wiele innych... Nie spodziewano się tego po mnie. Gdy wniosek stał się faktem odkryłam, że w oczach niektórych miałam być mamą tylko na krótki moment. Gdy córeczka okrzepnie na tym świecie, to po dwóch, trzech, może (przy dużej już tolerancji) czterech miesiącach miałam wrócić w stare tryby. W końcu zanim zaszłam w ciążę byłam nieźle nakręconym elementem tego świata, który szedł jak burza sprawnie realizując obowiązki w domu i w pracy. Owszem, byłam z tego powodu szczęśliwa. Był to bardzo ważny element mojego dotychczasowego życia. Perfekcyjna pani domu i niezawodny pracownik. A tu proszę, taki wniosek wyszedł spod mojej ręki. Chcę "siedzieć w domu" przez cały rok! I jeszcze zadeklarowałam, że kurze, niewyprane firany, niewymyte okna i inne tego typu dyrdymały chwilowo mnie tak bardzo nie będą zajmowały. Chyba postradałam zmysły. Nie poznaję sama siebie, nie mówiąc już o zaskoczeniu, jakie wywołałam wokół siebie. Do tej pory bałam się przyznać, jaki jest prawdziwy powód tej mojej zaplanowanej na cały rok "bezczynności". Wyłączam się czasowo nie dlatego, że muszę, ale dlatego że chcę. Robię to nie tylko, bo potrzebuje tego moja Córeczka, ale ja też mam wyjątkowo silną potrzebę bycia chwilowo matką na cały etat. I nie interesuje mnie, jak nigdy dotąd, jak to wygląda w oczach innych.

Chcę nosić, tulić, głaskać, całować, gugać i patrzeć całymi godzinami. Wbrew radom, zaleceniom - "bo przyzwyczaisz", "bo potem nie będziesz mogła zostawić w domu", "bo się zasiedzisz i zanudzisz na śmierć". Zaryzykuję. Jakoś trudno mnie dziś przekonać do tego, że kiedyś będę żałować. I... że będę przez ten czas umierać z nudów.

Już taka jestem, że nie umiem ważnych zadań wykonywać połowicznie. Angażuję się całą sobą i dlatego wychodzi mi w życiu wiele rzeczy. Nie dziwi więc, że gdy los postawił mnie w roli matki postępuję dokładnie tak samo. Niedawno koleżanka przypomniała mi moje słowa, które wypowiedziałam jeszcze będąc w ciąży. To co, jak przyznała, dla niej było lekkim zbzikowaniem, dla mnie należało do stwierdzeń tak naturalnych, że dawno wymazałam je z mojej pamięci. Powiedziałam wtedy (a było to w końcówce ciąży), że muszę przystopować i zaszyć się w domowym zaciszu, bo czuję że za mało czasu poświęcam mojemu nienarodzonemu jeszcze dziecku. Tak właśnie wtedy czułam. Bo kto miał o nim myśleć, jeśli nie ja! Kto miał ją kochać, jeśli ja przytłoczona codziennymi obowiązkami zapominałam, że noszę w sobie ten Cud. Teraz, gdy już się urodziła też potrzebuje mojej miłości. Chociaż ma wokół siebie także kilka innych osób, które się o nią zatroszczą, gdybym chwilowo nie była obecna. Ale wtedy, w ciąży czułam właśnie, że to małe Istnienie nie zasługuje na to, by pojawiać się w moich myślach tylko w charakterze ciążącego z każdym dniem coraz bardziej brzucha. Gdy byłam w ciąży chciałam jej dać w pewnym momencie sto procent swojej uwagi. Nie inaczej jest teraz, tyle że robię to poniekąd z dwóch powodów. Dla Niej i dla siebie, bo teraz gdy już jest na świecie oddaje mi dokładnie tyle samo, co ja jestem w stanie jej dać. To jak się rozwija i jakie są między nami relacje to moje lustrzane odbicie jako matki.

Wiem, że są różne pomysły na macierzyństwo a w zasadzie na jego początek, bo o tym traktuje ten wpis. Nie każda świeżo upieczona matka będzie dobrze czuła się w takiej roli, którą ja dla siebie wybrałam. Ale manifestując swoje "dziwactwo" chciałabym po prostu zaznaczyć, że taki wybór jest możliwy i dodać odwagi tym z Was, które się wahają. Najważniejsze, by być w zgodzie z samą sobą. Czerpać z macierzyństwa to, co naszym zdaniem pomoże nam wzbogacić naszą osobowość. Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko i tym mottem warto się kierować od pierwszych dni życia dziecka. Też tak myślicie? Zachęcam Was do pozostawienia w komentarzach swojego "małego" manifestu drogie mamy. 

Fot. Źródło Flickr