Nie popełnij mojego błędu tuląc swojego maluszka!

21:37 Mama Muffin 10 Comments


Ten wpis powstaje, bo chcę pomóc innym początkującym mamom, tak jak jedna z mam pomogła mi. Po dziś dzień żałuję, że ta pomoc przyszła zbyt późno, by przynieść ukojenie dla mnie i dla mojego malutkiego dziecka w pierwszych chwilach naszego wspólnego życia. Z pewnością wpłynęłoby to na nasze lepsze samopoczucie. I co najważniejsze, mogłabym jako matka zgotować mojej Małej Muffince nieco lepsze powitanie na tym świecie. A tak, przez pierwsze półtora miesiąca zmagałyśmy się z naszymi nowymi rolami Mamy i Córeczki dosyć niezgrabnie. Rzec można, w moim przypadku było to trochę niczym słoń w składzie porcelany.

Twoje dziecko być może nie należy/nie będzie należało do grona tych maluchów, wśród których znalazła się moja Córeczka. Być może od momentu przyniesienia ze szpitala przesypia grzecznie całe dnie, gdy się przebudzi to je a potem znów śpi. Gdy zabierasz się do kąpieli od samego rozpoczęcia tego rytuału aż po szczęśliwy finał zachowuje się, jakby odwiedziło luksusowe spa. Pełen relaks i wdzięk golutkiego niemowlaka. Jeśli tak jest, to moje doświadczenia prawdopodobnie Ci się nie przydadzą. Ale jeśli jest zgoła odwrotnie, a zatem Twoje dziecko, choć kochane i urocze, poprzez swój porywczy charakterek zamienia dom dniami i nocami w poligon walki z jego histerycznym płaczem, to myślę, że masz sporą szansę ugasić ten ogień. Rzuć okiem na ten wpis, żeby nie popełnić mojego błędu i nie pogubić się wśród licznych, tylko połowicznie słusznych porad odnośnie rozwiązywania tego typu problemów.

Rzecz oczywista, że gdy dziecko płakało to tuliłam. Na moich rękach już od drugiego dnia w szpitalu spędzało niemal całe dnie przez pierwsze trzy miesiące życia. O niekiedy trudnych, innym razem zabawnych skutkach tej sytuacji pisałam tutaj ("I spraw Boże, by wyrosły mi jeszcze dwie ręce"). Robiłam też pokornie to, co poradziła mi położna i czego dowiedziałam się w szkole rodzenia. Zawijałam w becik, a w najtrudniejszych sytuacjach kokonowałam. Robiłam to wbrew niektórym, godzącym w moją pewność siebie głosom, że przyzwyczaiłam dziecko do noszenia i dlatego jest teraz takie płaczliwe. Po prostu logika nie pozwalała mi w to wierzyć, w końcu moje dziecko płakało od drugiego dnia życia. A płacz pojawił się zanim jeszcze wzięłam ją na ręce i zaczęłam nosić po szpitalnej sali. Ani ja nie miałam więc w tym swojej winy, ani moja malutka Córeczka, ucząca się dopiero oddychać i jeść z piersi nie mogła być już tak wyrachowana w swoich zachowaniach, by wymuszać na mnie cokolwiek dla własnej wygody. 

Na czym polegał mój błąd? Byłam dzielna, miałam dobre intencje i słuszną intuicję matki, by tulić płaczące bez przerwy dziecko, ale zabrakło mi wiedzy o bardzo prostej metodzie. Tak skutecznej, że po półtoramiesięcznych męczarniach moich i Małej Muffinki ukojenie przyszło za pierwszym razem, pewnego pięknego wieczoru. 

Zaczekaj! Zanim przeczytasz dalej dołącz do moich fanów na FB. Obiecuję, że będzie ciekawie :)


Co się stało? W moje ręce wpadła bowiem książka Harvey'a Karpa "Najszczęśliwsze niemowlę w okolicy". I to właśnie jej przeczytanie pragnę dziś gorąco polecić każdej mamie małego płaczliwca-wrażliwca. Nie opisuje żadnych cudownych metod uspokajania dziecka. Wręcz przeciwnie, nawiązuje do sposobów, które znane są na całym świecie od dawien dawna i są stosowane w plemionach pierwotnych. U nas też się o tych metodach mówi, ale klucz do sukcesu polega na tym, w jaki sposób je zastosujemy. Używając kulinarnej analogii, która na tym blogu jest jak najbardziej na miejscu, z tuleniem płaczącego dziecka jest trochę tak jak z przygotowywaniem ciasta. Składniki trzeba mieszać ze sobą w odpowiedniej kolejności i nie można zapomnieć o żadnym z nich. W moim wypadku rzec można, że nie tylko dodawałam mąkę po wyjęciu z piekarnika, ale też "wypiek" nie doświadczał cudownego działania proszku do pieczenia. Wystarczyło posłuchać mądrego kucharza i z piekarnika wyjęłam ciasto marzeń :)

Harvey Karp to mądry człowiek i doświadczony położnik. Przekonuje o skuteczności działania tzw. "metody pięciu S". W maksymalnym uproszczeniu polega ona na wykonaniu w odpowiedniej kolejności następujących czynności wobec Twojego Maluszka:

1. Spowijanie - ciasne, ograniczające ruchy rączek i nóżek dziecka na dłuższy czas.
2. Stabilna pozycja na boku lub brzuszku - w moim wypadku oznaczała po prostu przytulenie do siebie buzi i całego ciała dziecka (jednocześnie dobry sposób na przytrzymanie wciąż wypadającego smoczka).
3. Szszszsz, czyli wyciszanie dźwiękiem - cóż, my próbowaliśmy wszystkiego, nie tylko suszarki, która działała jedynie czasowo (okresowo hitem był np. dźwięk... kosiarki).
4. Skokołysanie - czyli rytmiczne ruchy w górę i w dół, oto prawdziwy powód, dla którego mamy piłkę fitness w każdym pokoju (nie zaś mój zapał do ćwiczeń, jakby mogło się z pozoru wydawać).
5. Ssanie - smoczka, piersi, paluszka.

I już! Nic dodać, nic ująć! Zanim przeczytałam książkę robiłam podobne rzeczy, ale nie w tej kolejności. I co najważniejsze, nie rozumiałam istoty spowijania dziecka. Używałam becika lub kocyka, ale tak, że Mała Muffinka wygrzebywała rączki w ciągu kilku minut. Myślałam, że tak ma być, że widocznie ma taką potrzebę i nie da się nic na to poradzić. Ale się myliłam. Im bardziej ruszała rączkami, tym bardziej stawała się niespokojna. A w szale płaczu bardzo trudno dawała się okiełznać. Taki był efekt. Poszukałam więc w książce informacji o tym, jak prawidłowo kokonować malca i czemu właściwie to służy. I to była moja pierwsza droga do sukcesu. Reszta była już tylko pokornym posłuchaniem rad człowieka, który pomógł mi zrozumieć istotę problemu. Od siebie dodałam do całego przedsięwzięcia piłki fitness, by ratować mój kręgosłup przed katastrofą. Z dnia na dzień nabierałam coraz większej wprawy w zastosowaniu metody, a moja córka coraz szybciej zasypiała. Nie mówiąc już o uspokajaniu w chwili płaczu, które od tej pory zajmowało mi dosłownie jakieś 30 sekund. Urosłam w swoim oczach jako matka co najmniej na wysokość Pałacu Kultury ;) A moje dziecko zaczęło z większym spokojem chłonąć otaczający świat i zaskakiwać nas skokowym rozwojem z dnia na dzień.

Nie chcę streszczać w tym wpisie książki, bo nie taki jest mój cel. Chciałam tylko zasygnalizować, że z mojego punktu widzenia jest to jedna z bardziej wartościowych pozycji dla świeżo upieczonych i niedoświadczonych rodziców. A do tego napisana prostym językiem. Tak, że nawet zajmując się dzieckiem można ją "wchłonąć" w kilka dni. Karp tłumaczy po kolei każdy z elementów swojej metody 5 "S", co pozwala uniknąć błędów i rozczarowań. Wcześniej wyjaśnia, dlaczego niemowlęta płaczą i dlaczego niektóre potrafią robić to niemal bez ustanku. I serwuje miód na moje uszy. Wychodzi bowiem z założenia, że malutkiego dziecka nie można rozpieścić nosząc i przytulając, nie można też do noszenia przyzwyczaić. Ono wysysa to z mlekiem, a raczej z łonem matki. Przez pierwsze trzy miesiące swojego życia jest jeszcze tak niedojrzałe, że za wszelką cenę pragnie powrócić do warunków, które mu czas przebywania w brzuchu mamy przypominają. Gdy Karp uzbroił mnie w tą mądrość, nikt więcej nie odważył się już zwrócić mi uwagi, że za bardzo przyzwyczajam córkę do dobrego. Zawsze miałam gotową odpowiedź, że jedyną alternatywą w tej sytuacji byłoby cofnięcie się do czasów ciąży i leżenie plackiem przez 9 miesięcy. Wtedy faktycznie najlepszym środowiskiem dla mojej córki być może byłoby nie skokołysanie, a nieruchome spoczywanie w łóżeczku.

Na zakończenie dodam, że razem z Małą Muffinką mamy już za sobą pierwsze 4 miesiące jej życia. Trudny do ukojenia płacz i problemy z nocnym zasypianiem odeszły w tej chwili w zapomnienie. Córka nie uzależniła się od 5 "S", bo dziś potrafi bez nich funkcjonować i cudownie się rozwija. Jest wesołym dzieckiem, które od kilku tygodni dosłownie chłonie cały otaczający świat. Tylko czasami wracamy do naszego ulubionego kokonika, gdy zmęczenie w ciągu dnia daje za wygraną. Mała Muffinka tak bardzo polubiła całą logikę 5 "S", że w takich sytuacjach uspokaja się nawet przy pierwszym moim ruchu przy zawijaniu kocyka. Tak jakby chciała mi powiedzieć: "Tak Mamo własnie dokładnie o to mi chodziło. Dziękuję, że odczytałaś moje potrzeby". Rosnę wtedy już nie tylko na wysokość Pałacu Kultury, ale nawet Wieży Eiffla. Córeczka wygląda wtedy mniej więcej tak słodko, jak zdjęcia bobasów, od przeglądania których ostatnio jako mama jestem na prawdę uzależniona :) P.S. Też tak macie?

Bądź na bieżąco z moimi postami: 

A Ty jakie masz niezawodne sposoby, na tulenie swojego dziecka? Zapraszam do komentowania wpisu i dzielenia się doświadczeniami!

Być może to Cię również zainteresuje:

10 komentarzy:

  1. Najmłodsza córka przez pierwszy miesiąc musiała być owinięta kocykiem i na szczęście to wystarczyło by była spokojna. No i zdecydowanie najlepiej było w ramionach u tatusia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne. Nie ma to jak męskie, silne ramiona. Czasami czynią cuda. Moja córeczka wcześniej wolała jednak mamę, teraz widzę, że u mnie jest marudna. Chyba już wie, że sobie może na to pozwolić. A mąż ją weźmie i jakby uleczona. Zadowolona i szczęśliwa aż się na dobre nie zmęczy. Wtedy znów do mamy oczywiście po ratunek ;)

      Usuń
  2. Nigdy ciasno synka nie spowijałam. Smoczka nie chciał ale i tak spał grzecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak trzymać! Każde dziecko jest inne, wiadomo...

      Usuń
  3. Ja tez nie miałam z powyższym nic do czynienia i w sumie to chyba dobrze bo nie wiem czy podolalabym :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, dałabyś radę. Każda matka jest w stanie przy uruchomieniu swojej intuicji pomóc swojemu dziecku.

      Usuń
  4. Miałam dokładnie takie same zachowanie dziecka. Płakałam razem z nią z bezradności. Stosowałam wszystkie s, choć bez smoczka bo nie podoba mi się ssanie tworzywa sztucznego przez malucha. Za to non stop chciała ssać pierś i tylko wtedy się uspokajała, choć też nie zawsze. Niestety nic mi nie pomagało. Może robiłam coś źle jednak. Nie ta kolejność:/
    Jeśli moje drugie dziecko też będzie takie, to zaopatrzę się w książkę bo uważam, że warto.
    Bardzo pomocny wpis:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wpis okazuje się pomocny. A smoczek można według autora z powodzeniem zastąpić kciukiem dziecka lub piersią mamy, choć dla mnie metoda na smoczek była jednak najbardziej do przyjęcia :)

      Usuń
  5. Na moje pierwsze dziecko 5 s działało pięknie na drugie nie działało nic a i czytałam książkę oglądałam filmy. 4 m-c ryku były ciężkie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale jestem sobie w takim razie w stanie wyobrazić, że nie było lekko. Na szczęście nasze dzieci potem są nam w stanie po stokroć wynagrodzić te najtrudniejsze chwile na początku!

      Usuń