Biało-czarne muffinki

21:08 Mama Muffin 12 Comments


Chciałoby się napisać "prosimy nie regulować odbiorników". Efekt czarno-biały zamierzony :) Te muffinki to owoc mojej miłości do czekolady (o której pisałam przy okazji przepisu na podwójnie czekoladowe muffiny) oraz tęsknoty za waniliowym smakiem, która to obudziła się wraz ze mną pewnego poranka. Powstał wypiek idealnie kontrastowy, ciekawy wizualnie nie tylko z wierzchu, ale także po wgryzieniu się w czarno-białą masę.

Jeśli chcesz zobaczyć, jak te muffinki wyglądają po upieczeniu i przekrojeniu koniecznie zajrzyj na mój Instagram. Nie zapomnij dodać mnie do obserwowanych ;)

Zaletą tego przepisu jest stosunkowo jasna "biała" część masy i mocno ciemna "czarna". A do tego względnie wilgotna. Szukałam sposobu na uzyskanie w pieczeniu właśnie takiego efektu. Dotychczas znane mi jasne ciasto biszkoptowe byłoby tutaj zbyt suche a do tego miało tendencję do nadmiernego zarumieniania.

Składniki:

250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
80 g margaryny
50 g cukru pudru
2 jajka
50 ml maślanki
50 ml wody
2 laska wanilii (lub ewentualnie aromat waniliowy)
1 tabliczka gorzkiej czekolady
sól

Do dekoracji: białe i czarne draże lub (nawet lepiej) kawałki białej i czarnej czekolady.

Przygotowanie:

W mniejszym naczyniu wymieszaj składniki suche tj. mąkę, proszek do pieczenia, sodę i pół łyżeczki soli. Odstaw na bok.

Teraz czas na składniki mokre, które należy wymieszać w trochę większej misce. Najpierw utrzyj dobrze margarynę z cukrem (mikserem). Mieszaj dobrze kilka minut aż masa stanie się puszysta. Dodaj maślankę, wodę. Dobrze wymieszaj. Na końcu dodaj jajka. Wymieszaj. Nawet jeśli całość nieco się zważy nie ma co się przejmować. Po dodaniu składników suchych ciasto będzie ok.

Dodaj wymieszane wcześniej składniki suche. Masa będzie dosyć gęsta, dlatego trzeba się przygotować na mieszanie na początku mikserem a potem być może łyżką (jeśli łopatka miksera będzie się nadto oblepiać). Dobrze wymieszaną masę rozdziel po połowie w dwa osobne naczynia. Dodaj wanilię do jednej części i rozpuszczoną, gęstą (ale nie gorącą!) czekoladę.

Przygotuj metalową formę na muffinki - 12 szt. Włóż jednorazowe, papierowe foremki. Wypełnij jedną część foremek masą jasną, drugą część masą ciemną. Nie wykładaj więcej jak 1/3 pojemności foremki, ponieważ ciasto na prawdę dobrze rośnie. Nie ma co ryzykować, że "wyjdzie" i popęka ;) Na koniec ułóż na wierzchu kawałki czekolady (białe na ciemnym, ciemne na białym). Ja w wersji z czekoladą najpierw włożyłam kawałki na godzinę do zamrażalnika, wydaje mi się, że dzięki temu opóźniłam ich rozpuszczenie i ładniej wyszły po upieczeniu całości. Jeśli użyjesz draży rekomenduję kupić jak najdrobniejsze i raczej nie wkładać ich z ciastem do piekarnika, ale "poutykać" w gorące jeszcze muffinki tuż po wyjęciu z pieca. Będą smaczniejsze. Sprawdziłam to empirycznie!

Nastaw piekarnik na 180 stopni C. Piecz 15-17 minut aż patyczek wetknięty w ciasto będzie suchy.

Smacznego!



12 komentarze:

Moje cycostory cz.1

13:11 Mama Muffin 8 Comments


To będzie opowieść o mojej przygodzie z karmieniem piersią. Bez happy endu... ale to dlatego, że ten end szczęśliwie jeszcze nie nastąpił. I mam nadzieję, że jeszcze długo tak się nie stanie! Wpis powstaje, bo zainspirowała mnie do tego inna blogerka, matka karmiąca, Hafija - dziękuję :). W minionym niedawno Tygodniu Karmienia Piersią zainicjowała akcję społecznościową pod hasłem #umiemwesprzeć. Tak, by mamy karmiące wspierały inne, które karmią i te które chcą karmić w przyszłości po narodzinach dziecka. Pomyślałam, że warto opisać moją historię blisko już pięciomiesięcznego karmienia. Skoro los był dla mnie tak łaskawy, że karmić mogę i mimo różnych trudności i przeszkód nie poddałam się do tej pory, to może moje zapiski będą wsparciem dla innej mamy. I w ten sposób liczba dzieci wykarmionych najlepszym, maminym mlekiem wzrośnie choć o jedno. Ja tuż przed porodem przeczytałam książkę, która uświadomiła mi, że z karmieniem czasem jest trochę pod górkę. A moja położna dodała do tego jeszcze zasadę, że właściwie zawsze jakiś mniejszy czy większy problem wystąpi. I świadomość tego to pierwszy krok do sukcesu na mlecznej drodze życia Twojego dziecka.

Trzeba liczyć się z trudnościami, wiedzieć gdzie zwrócić się o pomoc, bo gdy problemy z karmieniem piersią wystąpią prawdopodobnie orędowników przerzucenia się na mleko modyfikowane będzie wokół Ciebie wielu. Bo dziecko się nie najada. Mo po co dziewczyno tak się męczysz. Bo przecież na pewno nie masz już mleka.

Nie chcę nikogo straszyć. Wręcz przeciwnie. Chcę opowiedzieć o jednej z najwspanialszych przygód mojego życia i tym samym pomóc swoim doświadczeniem każdej mamie, która takiej pomocy będzie potrzebowała.

Bajka czy thriller?

Na początku było jak w bajce. Mimo wielu moich obaw to córeczka nauczyła mnie karmić piersią, nie ja ją. Przyniesiona do mojego łóżka zaraz po porodzie zaczęła ssać. Jakby robiła to już setki razy. To ja znieruchomiałam z przejęcia, że jakikolwiek mój ruch przerwie tą ważną chwilę. Ona ssała i ssała. Z przerwami całą noc i kolejny dzień. Byłam przeszczęśliwa, zwłaszcza że w tej samej sali leżała dziewczyna, której dziecko niestety bardzo buntowało się przed karmieniem piersią. Na własne oczy widziałam, że może być różnie. Ale fakt, że początek miałam jak w bajce chyba zobowiązał mnie w pewnym sensie, żeby być dzielną. Na szczęście. Bo drugiej nocy i kolejnego dnia zaczęły się problemy. Córeczka dostała żółtaczki. Stała się marudna. Właściwie to zaczęła się mocno denerwować, płakała i nie umiałam już sama przystawić jej do piersi. Nie chciała chwycić. Musiałam liczyć na pomoc personelu, który na szczęście okazał się niezawodny. Przystawianie do piersi wyglądało trochę brutalnie. Pielęgniarki nie robiły oczywiście córeczce krzywdy, ale trzymały jej główkę bardzo zdecydowanym ruchem, nie pozwalając na odchylanie na boki. Dzięki temu zaczynała ssać. Ja tak nie potrafiłam, brakowało mi odwagi i zwinności w jednej tylko ręce, którą leżąc na boku miałam do dyspozycji. Z godziny na godzinę było gorzej, bo poziom bilirubiny rósł, ja wiedziałam, że powinnam jak najczęściej dziecko przystawiać do piersi. Po pierwsze, żeby się nie odwodniło. Po drugie, żeby pomóc córeczce w ten sposób w walce z osłabieniem. Ale dziecko przystawiane do piersi wpadało w histerię, a jak już zaczynało ssać to w moment usypiało a ja bałam się ją wybudzać, żeby znów nie być świadkiem płaczu, nad którym nie umiem zapanować. To nie były łatwe chwile. Zmęczenie, hormony i do tego ta nieporadność skumulowały się do tego stopnia, że płakałam w przerwach pomiędzy karmieniami. Bardzo pomogło mi wtedy wsparcie męża. I pielęgniarki, które były w sali obok na każde zawołanie, a słysząc w nocy płaczące dziecko przychodziły same. Zaczęłam cieszyć się, że z powodu lekkiej żółtaczki u córeczki zostałyśmy w szpitalu o jeden dzień dłużej. Po prostu do dziś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądałaby moja przygoda z karmieniem piersią, gdybym w tym najtrudniejszym momencie znalazła się już w domu. Czy nie sięgnęłabym zdesperowana po butelkę? Na prawdę nie wiem... Warto wykorzystać szpitalną pomoc, żeby poczuć się pewniej w pierwszych chwilach po narodzinach. Pamiętam mój strach czwartego dnia po porodzie, gdy przyszedł czas, by za kilka godzin już być w domu. Numer telefonu do położnej był w tej sytuacji ważnym wsparciem. Szczęśliwie, wraz z lepszym samopoczuciem córeczki powróciły błogie chwile przy piersi. Przez kilka tygodni ich ssanie było dla Małej Muffinki najlepszą drogą do uspokojenia. To było dla mnie, jako młodej i niedoświadczonej mamy takie koło ratunkowe. Pewnik, że poradzę sobie z moim dzieckiem. Bajka powróciła. Do czasu...

Najtrudniejszy moment

Kryzys przyszedł około szóstego tygodnia. Z tego co zdążyłam się już zorientować (między innymi dzięki fejsbookowym grupom, o których to nieocenionej roli pisałam tutaj), tak zdarza się często. Jakby natura chciała powiedzieć: "Sprawdzam" i zmusić nas do wykazania się prawdziwą determinacją, by utrzymać laktację i nadal karmić piersią. Słyszałam, że w tym momencie wiele z mam rezygnuje. Nie dziwię się. Akurat w tym czasie zakończyły się wizyty położnej. W fatalnym momencie, bo przez pierwsze sześć tygodni wszystko szło ok. Nie zdążyłam więc zahartować się w pokonywaniu problemów. Mała Muffinka przybierała na wadze, nie miała kolek. Po prostu dziecko idealne. Ja też czułam się coraz pewniej w opiece nad nią. Byłam dumna z siebie jako z mamy karmiącej. W końcu każde dodatkowe sto gram mojego dziecka to była poniekąd moja osobista zasługa ;) I nagle wszystko zaczęło się sypać... Dziecko wyło przeraźliwie z głodu a przystawiane do piersi odwracało główkę, prężyło całe ciało, jakby kategorycznie mówiąc: "Nie, nie chcę!". A tymczasem wiedziałam przecież, że jest głodna. Miała cyca w buzi a zachowywała się tak, jakby nie miała o tym zielonego pojęcia. W stresie i rozpaczy po prostu nie zdawała sobie z tego sprawy. Porady, które uzyskałam od położnej już tylko przez telefon okazały się skuteczne tylko czasowo. Próbowałam wstrzykiwać do buzi odrobinę pokarmu. Kończyło się na tym, że byłyśmy oblane mlekiem my i wszystko dookoła. Często bez pozytywnego skutku. Próbowałam też na smoczek (żeby pobudzić ssanie i wymienić go szybko na cyca) i o zgrozo na słodzoną wodę podawaną przez butelkę. Ten ostatni pomysł, choć mało godny pochwały, skutkował najczęściej. Ale z czasem i to przestało pomagać, poza tym w obawie o przyzwyczajenie małej do butelki przestałam go nagminnie stosować. Musiałam radzić sobie inaczej. Kończyło się więc na karmieniu na piłce fitness (z bujaniem góra-dół w pakiecie), a jak to nie pomagało to także na stojąco z pozycji spod pachy (chyba już bardziej akrobatycznego sposobu wymyślić nie można). Z czasem oswoiłam się z sytuacją na tyle, że niekiedy decydowałam się te najtrudniejsze chwile po prostu przeczekać. Mała dostawała smoka a ja po upływie kilku, kilkunastu minut próbowałam raz jeszcze. Te wszystkie metody, stosowane na zmianę, w różnej kompilacji i kolejności pomagały. Choć bardzo się namęczyłam. Nie mówiąc już o moim psychicznym stanie, gdy zbliżała się godzina karmienia (mała jadła wtedy co dwie - trzy godziny a trzeba było wliczyć w ten pakiet trwające zawsze około pół godziny próby przystawiania). Najtrudniej było w nocy, bo wtedy najbardziej zmęczenie dawało mi się we znaki. Córeczka też przez paniczną histerię nad cycem rozbudzała się totalnie. W efekcie miałam pół godziny próby nakarmienia, potem mała jadła i usypiałam ją około 40 minut. Sama spałam po pół godziny, do następnej pobudki i walki o chwycenie cyca. Jakoś przetrwałyśmy ten trudny okres. Dziś już wiem, że prawdopodobnie zawdzięczałam go skokom rozwojowym mojego dziecka. Po kilku dniach takiej walki nagle następował z czasem dzień, dwa przerwy a ja widziałam jak córeczka staje się coraz bardziej kontaktowa. Potem te szczęśliwe okresy się wydłużały, żeby wreszcie (mam nadzieję) minąć na dobre pod koniec trzeciego miesiąca. 

Jaki wniosek z tej pierwszej, zwycięskiej walki o pozostanie na mlecznej drodze? Kluczem do sukcesu często bywa cierpliwość, poświęcenie i ufność, że w końcu przyjdą lepsze chwile, które są w stanie wynagrodzić po stokroć to, co działo się wcześniej. Ale najpierw trzeba wiedzieć, że ten lepszy dzień kiedyś nadejdzie. Stąd właśnie moja opowieść. Ja to przeżyłam i się o tym przekonałam. Na szczęście :)

C.d.n..

W kolejnej części tej opowieści napiszę o 6 rzeczach, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej. Jeśli nie chcesz przegapić nowego posta koniecznie daj mi o tym znać. Skorzystaj z tego formularza:

8 komentarze: