Wyznanie matki: Jak zachorowałam na ciele by ozdrowieć na umyśle?

15:34 Mama Muffin 1 Comments


Zaczęło się od pociągu widmo i znaku drogowego, który tam wcześniej nie stał. Seria wpadek matki. Po roku macierzyńskiego wypuszczona w tłum, do ludzi. Za kierownicę i do wielkiego miasta. Wraca do życia takiego jak było przedtem, ale... hola hola. Nic już nie jest takie samo i właśnie w tym rzecz. 

12 miesięcy opieki nad dzieckiem szybko mija. Nagle zdajesz sobie sprawę, że dawne życie Cię dogoniło, postawiło w starej roli... tylko ty jakoś nie możesz wcisnąć się już w tamten kostium. Jak zapanować nad rzeczywistością, która nagle przerasta? 

O moich problemach wspominałam w moim wpisie opublikowanym tuż po powrocie do pracy pt. Ma(ma)trix: Ratunku! Obiecałam też, że jeśli tylko dojdę do siebie to dam znać. I wiecie co się stało? Potem było tylko gorzej! No na przykład, w swoim mającym już trzy dekady życiu podróżowałam PKP tysiące razy. I nie wiem jak to możliwe, że stałam przez 20 min koło pociągu, który miał zabrać mnie do domu, nie widziałam go i jak gdyby nigdy nic o wyznaczonym czasie pociąg odjechał? Albo, że jako przykładny kierowca przez ponad 10 lat bez mandatu nagle tłumaczyłam się ile sił przed policją, żeby nie dostać 200 zł kary i całej masy punktów karnych? Swoją drogą wykazałam się chyba niezłą kreatywnością lekko koloryzując rzeczywistość, bo Panowie puścili mnie bez mandatu i nawet zaeskortowali do najbliższego szpitala… położniczego (Oj, będę się za to smażyć, wiem, wiem...). 

Lekka masakra, rummel-bummel, pomieszanie z poplątaniem. Mijały tygodnie a ja wciąż nie ogarniałam przypisując sobie zaszczytny tytuł niedorajdy. I wreszcie wiecie co się stało? Łupnęło na dobre! Zwaliło mnie z nóg. I wcale nie była to sterta mokrych ciuszków niesionych do rozwieszenia na suszarce, ani lista obowiązków w pracy. Pierwszy raz w życiu do tego stopnia zaskoczyła mnie choroba, że każde podniesienie z łóżka i próba jako takiego funkcjonowania kończyła się łzami z niemocy wykonania czegokolwiek. Przewinięcie dziecka to był wyczyn na miarę wspinaczki na wysoki szczyt. Momentami leżałam na podłodze a nade mną stało płaczące dziecko, które błagało o zainteresowanie matki. Pierwszy raz żałowałam że wciąż karmię piersią moją kilkunastomiesięczna już córeczkę. Każde karmienie to był straszny wysiłek, nie mówiąc już o wycieńczeniu organizmu, który resztki zapasów oddawał dziecku. Moja gehenna żołądkowo-jelitowa trwała zaledwie cztery dni, ale to wystarczyło, by w tym krótkim, choć wykańczającym czasie wyleczyć się nie tylko z jelitówki, ale i z problemów, które sprawiały wrażenie, że przestaję nadążać za własnym życiem. 

Moja fizyczna choroba zaowocowała spisaniem listy 6-ciu cudownie uzdrawiających faktów, które od teraz będę nosić w swojej głowie, żeby trzymać psychiczny ład w moim matczynym życiu:

1. Czas spędzony z dzieckiem chcę traktować jak odpoczynek. Bez względu na wszystko, bo po pierwsze na inną formę odpoczynku raczej na co dzień nie będę mieć czasu. A po drugie, o wiele ważniejsze, przecież czas spędzony z dzieckiem to jest przede wszystkim jednak dla mnie przyjemność. Nie bez powodu, gdy nie ma dziecka w moim zasięgu to zaczynam tęsknić. Przekonałam się o tym najbardziej, gdy zewnętrzne okoliczności takie jak choroba ten cudowny czas dla dziecka zaczęły mi Ci ograniczać. 

2. Chcę wyznaczać sobie realne cele i zadania, w ilości możliwej do wykonania. “Dziś wieczorem zrobię prasowanie” - tak lepiej zamiast myślenia o wieczorze w perspektywie 10-ciu spraw, które są do załatwienia. I tak nie zrobię ich jednego dnia. Nawet w przypływie supermocy. Po prostu czas nie jest z gumy.

3. Nie będę przejmować się pierdołami. Nawet jeśli wszyscy wokół to robią! Ja w mojej matczynej roli i towarzyszących jej innych obowiązkach czuję się czasem jak perfekcjonistka na odwyku. Z tym, że wszędzie wokół niestety rozlewają wino po kropelce. Albo wręcz folgują sobie na całego wyprawiając suto zakrapiane uczty. Myją okna, bo spadł deszcz i widać kropelki. Siedzą w pracy po godzinach, bo lepiej rozesłać te maile teraz a nie z samego rana. Dla mnie, dawnej perfekcjonistki, granica pierdół wyraźnie się przesunęła. Te wszystkie sprawy i im podobne wrzucam właśnie do takiego worka. 

4. Jeśli już robię coś poza opieką i miłością do swojego dziecka, to chcę robić to z pasją. Być może jestem szczęściarą, że umiem i mogę tak podchodzić do innych obowiązków, w tym do pracy zawodowej. Nie wiem. W każdym razie zaczęłam przeprowadzać w swoim życiu solidny rachunek sumienia. Co ma, a co nie ma sensu. W końcu poświęcam już na to nie tylko swój czas, ale też troszkę wykradam dziecku ten, który mogłoby spędzić z matką.  

5. Muszę pogodzić się z tym, że odpoczynek w postaci siedzenia albo leżenia i nic nie robienia przynajmniej na razie nie będzie istniał. Nauczyć się wypoczywać spędzając czas z dzieckiem. Poza tym pamiętać, że będą sytuacje w życiu (oby takich było jak najmniej!), że zdążę się jeszcze przymusowo wyleżeć. (Tu jednak mała dygresja - w realizacji tej zasady córeczka przyszła mi z pomocą. Zaczęła zasypiać już nie na moich rękach, ani w trzy minuty po karmieniu, a po półtoragodzinnej sesji łóżkowego szaleństwa na dobranoc. Więc teraz i czas na łóżko mam w swoim grafiku, choć raczej nie o takie "łóżkowanie" z lokatorem chodzącym po głowie i skaczącym po brzuchu mogło mi chodzić ;)

6. Będę wracać do punktów od 1 do 5 jak najczęściej. Bo wiem, że o nich w natłoku codziennych problemów łatwo zapomnieć. I wreszcie, pewnie gdy znów porządnie zachoruję (choć oby więcej nie!), ale tak, że zwali mnie z nóg, to znów pewnie przyjdzie otrzeźwienie i totalny reset. 

Bo dopiero wtedy zauważa się jak wszystko się sypie, gdy problemem staje się brak sił fizycznych, który nie daje szansy, by okazać miłość dziecku tak, jak się tego w danej chwili pragnie.

P.S. Zapomniałabym: Drogie Mamy! Wszystkiego najlepszego na Dzień Matki. Pozostańcie zdrowe. Na ciele i umyśle :)

1 komentarze:

Mój pierwszy RWF, czyli rozsądnie wybrany fotelik

12:44 Mama Muffin 1 Comments


Nie chodzi o markę, walory użytkowe, typu: czy posłuży też jako nosidełko albo zastąpi gondolę w wózku. Ba, nie chodzi nawet o liczbę gwiazdek w testach wyspecjalizowanych instytucji. Te są ważne, ale jakby się zagłębić w sprawę, to okazuje się, że niektóre gwiazdki są przyznawane na przykład za zalety tapicerki. 

A po co jest dziecięcy fotelik samochodowy? Aby dziecko siedziało w nim w samochodzie i było bezpieczne. A dlaczego RWF? Jak kto woli, z powodu praw fizyki, zasad anatomii, albo po prostu z miłości. Albo też ze wszystkich na raz. 

Dla niewtajemniczonych, czym jest RWF wyjaśniam, że chodzi o fotelik montowany tyłem do kierunku jazdy. Ale uwaga! Nie tylko o ten pierwszy, który kupujemy dla noworodka i towarzyszy mu mniej więcej do wagi 13 kg. Chodzi także o fotelik dla starszego dziecka, do wieku 4 czy też 6 lat.

Od razu muszę przyznać, że nie uzurpuję sobie w tej sprawie miana eksperta. Jestem po prostu rodzicem, jak każdy zatroskanym o zdrowie i życie swojego dziecka. Jak każdy jestem też zmuszona podejmować decyzje przebijając się przez masę komunikatów marketingowych, dobrze wypozycjonowanych stron internetowych i wywracając oczami na widok wyboru, jaki jest w sklepach z artykułami dziecięcymi. Logiczne myślenie jest w takich wypadkach na wagę złota. Ale nawet ono nie pomoże, jeśli po prostu do pewnej wiedzy nie mamy dostępu. Mam wrażenie, że tak właśnie jest z fotelikami RWF. W sklepach, czy to internetowych, czy to tych stacjonarnych jest ich nadal jak na lekarstwo. Sprzedawcy też raczej o takich fotelikach nie wspomną, jeśli klient zdecydowanie nie zaznaczy, że jest zainteresowany takim rozwiązaniem. W takim wypadku logiczne myślenie podpowiada: jeśli czegoś nie ma lub jest, ale tego nie polecają, to znaczy, że ludzie tego nie kupują, a jeśli tego nie kupują, to coś się za tym kryć musi. No i odpuszczamy, by szukać, drążyć dalej. Niestety, bo w tym wypadku akurat warto.

Ja bym pewnie też odpuściła. Jeśli czytaliście mój wpis pt. Ma(ma)trix: Ratunku! to wiecie, że w okolicach pierwszych urodzin Córeczki przeżyłam małe życiowe zamieszanie. W tym czasie niestety wypadła konieczność podjęcia decyzji o nowym foteliku. Na dedukowanie, wertowanie dziesiątek stron, internetowych for, jak to było przed narodzinami dziecka nie miałam absolutnie czasu. Jeden sklep, jedna decyzja. Tak się to musiało odbyć. Na szczęście w przestrzeni realnej i wirtualnej napotkałam na mojej drodze mądre osoby, które co nieco o RWFach wiedziały. Słowem, coś już tam mi w głowie świtało.

To świtanie wystarczyło, bo jak już na wstępie napisałam, RWF mnie przekonał ze względu na prawa fizyki, zasady anatomii i prawo miłości do własnego dziecka.

Prawa fizyki? Gdy dochodzi do zderzenia czołowego (a te są w zdecydowanej większości przyczyną najpoważniejszych i najtragiczniejszych w skutkach dla dzieci wypadków samochodowych), na pasażerów działa siła, która powoduje gwałtowne szarpnięcie ich bezwładnie poddanych tej sile ciał do przodu. Tym większa, im większa jest prędkość auta. Dorosłych chronią skutecznie pasy. Z dziećmi nie jest to takie oczywiste. Nawet przy niedużej prędkości, z którą jeździmy na przykład po mieście.

Zasady anatomii? Spójrzcie na swoje małe pociechy. Dlaczego są takie śliczne i możemy patrzeć się na nie godzinami? Bo różnią się pod pewnymi wyglądami od dorosłych. Małe rączki, krótkie nóżki, śliczne oczka... i co jeszcze? Duża główka to jeden z ważniejszych atrybutów dziecięcego ciała. Dzięki niej maluszki uczą się baaaardzo szybko. Nieco przeszkadza przy ubieraniu bluzeczek. Ale w naszych samochodach bywa poważnym problemem. Jest znacznie większa i cięższa w stosunku do reszty ciała dziecka, jeśli weźmiemy pod uwagę analogiczne porównanie proporcji u osoby dorosłej. Gdy wydarza się wypadek ze zderzeniem czołowym, głowa dziecka siedzącego przodem do kierunku jazdy jest poddawana ogromnej sile. Nie wykształcone jeszcze w pełni mięśnie szyi nie są w stanie jej utrzymać. Pasy trzymają jego malutkie ciałko, ale głowy już nie! Dzieją się wtedy prawdziwe tragedie, o których, nie będąc specjalistką, nie będę też pisać. W foteliku RWF, czyli odwróconym tyłem do kierunku jazdy, ciężar czołowego uderzenia przyjmuje tenże właśnie fotelik, jego plecy i zagłówek. Główka jest bezpieczna.

Prawo miłości? Sprowadza się mniej więcej do tego, że mi ta wiedza plus wrażliwa w takich wypadkach wyobraźnia matki w zupełności wystarczy. Nie mam odwagi narażać mojego dziecka na podobne niebezpieczeństwo.

Efekt? Mój względny spokój podczas jazdy autem. Bo oczywiście nic nie zastąpi sprawnego auta, zdrowego rozsądku na drodze i umiejętności kierowcy. A jeśli chodzi o Córeczkę? Zmiana podejścia do jazdy autem o 180 stopni! Odkąd przesiadła się na swój nowy tron, podróże są o niebo bardziej przyjemne. Siedzi wyżej, a więc widoki za oknem są teraz dla niej prawdziwym odkryciem. Wreszcie zrozumiała o co chodzi w jeździe samochodem, bo jak dotąd to mogła kojarzyć ją jedynie z włożeniem do warczącej puszki, do której wsiada się w jednym miejscu a wysiada w drugim. Na dodatek foteliki RWF mają jeszcze jeden gadżet, o którym raczej nie myślimy montując fotelik przodem do kierunku jazdy. Mam na myśli lusterko, które zaczepia się o zagłówek siedzenia pasażera tuż naprzeciwko dziecka. Gdy wkładałam Córeczkę pierwszy raz do fotelika spodziewałam się wielkiego buntu, jak to było dotąd w foteliku 0-13kg. Jakie było moje dziwienie, gdy zamiast tego dziecko posadzone "na tronie" uśmiechnęło się radośnie wtórując sobie przy tym okrzykiem podziwu. Po prostu zobaczyła siebie w lusterku. Nawet nie zauważyła, że ja zdążyłam zapiąć jej pasy. I ruszyliśmy w podróż! No i tak sobie jeździmy w okrzykach zachwytu przemierzając od czasu do czasu kraj wzdłuż i wszerz ;)

Ponieważ już na wstępie odmówiłam sobie tytułów eksperckich w dziedzinie fotelików, pozwolę sobie Wam zalinkować do paru miejsc w internecie. Tak żebyście sami mogli wyrobić sobie zdanie na temat RWFów. W zależności od tego, jaki rodzaj informacji sobie cenicie:

- blogowe doświadczenia innej mamy: zapraszam po nie do Budującej Mamy, doświadczonej w temacie, bo ma już "na składzie" dwa RWFy. Bogate w treści wpisy na temat fotelików znajdziecie tutaj

- również blog, ale tym razem tworzony przez specjalistę - jednego z pierwszych (jeśli nie pierwszego), sprzedawcę RWFów w naszym kraju: tu poznacie Pana Proste

- sklep internetowy, który zwrócił moją uwagę tym, że ma bardzo praktyczną wyszukiwarkę modeli RWFów (trochę mi to pomogło uporządkować sobie wszystko w głowie) oraz chat, na którym można szybko wyjaśnić podstawowe wątpliwości. Tu znajdziecie sklep.

- a dla fanów wszystko wiedzących i pomocnych społeczności ciekawe grupy na Facebooku tutaj i tutaj.



1 komentarze: