Świadoma mama, czyli jaka? Moje trzy najważniejsze przykazania.

10:24 Mama Muffin 2 Comments


Przychodzi matka do specjalisty:
- Panie doktorze, przeczytałam już chyba wszystkie poradniki, a wciąż nie wiem wszystkiego o moim dziecku. Aż boli mnie od tego głowa.
- Mam dla Pani doskonałe lekarstwo. Taki poradnik w minipigułce.
- Niemożliwe. Co to za książka?
- Ma ją Pani w swojej głowie!

No i problem bólu głowy z głowy :) Bo matka wie najlepiej prawda? Nie macie czasem wrażenia, że za dużo tych mądrości wokół nas? Blogi (mój oczywiście też :), vlogi, serwisy parentingowe, poradniki, programy telewizyjne itp., itd. Jak odsiać to, co na prawdę wartościowe i mądre od tego, na co nie warto tracić naszego cennego czasu? Bo bez wątpienia, skądś wiedzę czerpać trzeba. Pomijając przypadki kluczowe dla zdrowia dziecka, kiedy udajemy się prosto do lekarza są jeszcze tysiące innych sytuacji, w których potrzebujemy wiedzy związanej z opieką nad dzieckiem. Ja, zanim nie urodziła się moja Córeczka nie zmieniłam nigdy pieluszki żadnemu dziecku, nie mówiąc już o kąpieli, ubieraniu itd. Cieszyłam się, że jest Youtube i że są mamy, którym chce się nagrywać filmiki pod hasłem zmiany pampersa! Chociaż nie oszukujmy się, tak na prawdę nauczyłam się to robić dopiero na sali poporodowej na "prawdziwym egzemplarzu" :) Podobnie było z kąpielą i wieloma innymi rzeczami. Zdałam sobie wtedy sprawę, że wszystko czego się naoglądałam, naczytałam i nasłuchałam w ciąży pełniło raczej rolę skutecznego "uspokajacza". Bardzo cennego, ale jednak prawdziwe życie jak zawsze pokazało różnice między teorią a praktyką.

No ale jak to mówią, im dalej w las tym więcej drzew. Bo zmiana pieluchy to są absolutne podstawy. Z każdym dniem, gdy dziecko jest na świecie pytań, wątpliwości, obaw jest coraz więcej. Tymczasem napisano przecież opasłe poradniki poświęcone opiece nad niemowlęciem. Czy bez zawartej w nich wiedzy można dobrze zaopiekować się dzieckiem?

Jeden z takich poradników znalazł się przy łóżku w mojej sypialni. I wiecie co... Po urodzeniu Córeczki nie zajrzałam do niego ani razu. A taki mi się wydawał niezbędny. Tyle wiedzy o dziecku w opasłym tomie! Nie zajrzałam! I na początku wyrzucałam trochę sobie, że idę na łatwiznę. Przy surfowaniu po internecie więcej czasu poświęcam na przegląd ciuszków z drugiej ręki, niż na zapoznanie się z listą rzeczy, które już powinno umieć moje dziecko. Gdy mała była niespokojna przy piersi ja dalej nie szukałam, nie wertowałam. Wbiłam sobie do głowy trzy przykazania świadomej dobra swojego dziecka matki i uparcie się nich po dziś dzień trzymam. Czy słusznie? Ciekawa jestem Waszych opinii. Oto one:

Po pierwsze: SŁUCHAJ SIEBIE.  To Ty i twoje Dziecko a nie nikt inny będziecie ponosić konsekwencje podjętych decyzji. Tak sobie to wykombinowałam. Ale uwaga! Uzbrój się do tego w cierpliwość. Na rozwiązanie wielu problemów potrzeba nie tyle złotej rady, co po prostu czasu. W końcu zrozumiesz swoje Dziecko i znajdziesz własny, najlepszy sposób na ich rozwiązanie.

Po drugie: INTERNET TAK, ALE Z DYSTANSEM. Tu jako blogerka strzelam sobie w stopę? E!!! Raczej nie, bo nie uzurpuję sobie roli rodzicielskiego autorytetu. Piszę to, co dla mnie jest ważne, czym chciałabym się podzielić z innymi, bo moim zdaniem też może ich to zainteresować. Jeśli ktoś znajdzie w moich wpisach inspirację dla siebie - to super! Bardzo się ucieszę :) Reszta mam nadzieję uzna mój blog za całkiem fajny czasoumilacz... Do tego przede wszystkim powinien służyć rodzicom Internet. Trudno bowiem oczekiwać od wujka Google, że rozwiąże problemy związane z naszym dzieckiem. Zazwyczaj, gdy go odwiedzamy mętlik w głowie jest jeszcze większy a pierwotnie lekki niepokój związany chociażby ze zdrowiem maluszka urasta do poziomu paniki totalnej. O tym, jak warto wykorzystywać Internet będąc rodzicem pisałam we wpisie pt. Mamo, ta funkcja Facebooka ułatwi Ci życie. Wkrótce napiszę na ten temat nieco więcej, bo zbiera mi się całkiem spora ilość przemyśleń na temat parentingu w Internecie.

Zapraszam do śledzenia najnowszych wpisów na moim blogu przez Facebook!

Po trzecie: ZNAJDŹ BLISKO SIEBIE KILKORO NAPRAWDĘ MĄDRYCH LUDZI (z naciskiem na k i l k o r o). Specjalistów, ale nie tylko. Już tak jesteśmy skonstruowani, że bardziej ufamy osobom znanym nie tylko z imienia i nazwiska, ale też kilku bliskich nam życiowych faktów. Nie macie czasem wrażenia, że lepiej zapadają w pamięć słowa mamy z placu zabaw, od tych, które usłyszymy w programie TV? Nic nie zastąpi spotkania i rozmowy w cztery oczy. Jak to z tymi ludźmi było u mnie? Zaczęło się od położnej, której w pierwszych tygodniach życia ufałam bezgranicznie. Nawet bardziej niż mojemu własnemu rozumowi. Potem rzeczywistość kilka spraw zweryfikowała (patrz przykazanie nr 1), ale na ten czas, kiedy było bardzo ciężko odnaleźć się w nowej roli była to z pewnością niezastąpiona pomoc. Potem przyszedł czas na samodzielne poszukiwania osób, które mogłyby rozwiązać inne problemy. Pojawił się na przykład doradca laktacyjny. Choć w tym wypadku mimo profesjonalnego podejścia i niewątpliwie wielkiej wiedzy nie udało się znaleźć złotej rady. Musiałam zawalczyć o rozwiązanie problemów z karmieniem sama, metodą prób i błędów (przykazanie nr 1 znów się kłania ;). A i tak najbardziej chyba pomogła cierpliwość, bo były to problemy z natury "cóż, niektóre dzieci tak po prostu mają". Nie żałuję jednak czasu poświęconego na to spotkanie. Powiedzmy, że pozwoliło mi ono złapać oddech, nabrać dystansu i uwierzyć w siebie. Potem w moim telefonie przybyły też dwa inne kontakty, które traktuję jako cenne zdobycze. To namiary do instruktorki masażu Shantala oraz fizjoterapeutki. Obie niesamowicie zaangażowane w pracę z dziećmi, doświadczone i jak się sama przekonałam zdolne do tego, by czynić cuda :) No i w końcu do tego grona dołączyła też moja chustomama, z wykształcenia również położna a w życiu prywatnym mama czwórki dzieci (wywiad z Agnieszką pt. "My chustomamy tak mamy" możesz przeczytać tutaj). Grono tych osób wraz z upływem czasu się zmienia, wszytko zależy od etapu rozwoju, na jakim aktualnie znajduje się moje dziecko.

Świadoma mama - warsztaty

Na koniec tej mojej krótkiej listy przykazań chciałabym Wam jeszcze o czymś wspomnieć. Wprawdzie sama nigdy nie uczestniczyłam w tego rodzaju imprezach, to jednak wiem, ile znaczą dla mnie spotkania w gronie chustomam i innych mam z najbliższej okolicy w klubie "Cafe mama". Tymczasem w najbliższym czasie w różnych miastach w Polsce odbędzie się szereg spotkań pod hasłem "Świadoma mama". To projekt, który ma już udokumentowaną historię sprzed kilku kolejnych lat. Ja z oczywistych względów (w tym roku zostałam mamą po raz pierwszy), nigdy wcześniej się tym wydarzeniem nie interesowałam. Ale przyciągnęło moją uwagę ze względu na wysiłek jaki organizatorzy włożyli w przygotowanie programu spotkań. Konkretnie mam tu na myśli obecność lokalnych specjalistów i lekarzy z okolicy na każdej z nich. Myślę, że dla każdego rodzica, który poszukuje - jak ja - wartościowych kontaktów, będzie to doskonała okazja do ich nawiązania. Zarówno jeśli chodzi o spotkanie ze specjalistami, jak i również innymi rodzicami z okolicy. Jeśli uda mi się dotrzeć na jedno z nich na pewno Wam o tym doniosę!

Co mnie szczególnie kusi?
- spotkanie ze specjalistą ds. bezpieczeństwa dzieci w samochodzie (szykuje nam się zmiana fotelika, a sprzedawcy wiadomo... powiedzą co trzeba oby sprzedać)
- zajęcia fitness dla mam z dzieckiem (czemu nie :) Mała Muffinka uwielbia podrygiwać na moich rękach w rytm muzyki)


Od siebie mogę też polecić pokaz chustonoszenia - sama chętnie zaczerpnę jeszcze raz wiedzy na temat poprawnego wiązania dziecka :) i spotkanie z doradcą laktacyjnym.

Spotkania są organizowane w dwóch cyklach odbywających się zazwyczaj tego samego dnia: dla rodziców spodziewających się dziecka oraz dla rodziców dzieci do lat trzech. W tym roku zaplanowane są jeszcze warsztaty w Kaliszu, Warszawie, Poznaniu i Gdańsku. Szczegóły na temat terminów oraz programów w poszczególnych miastach znajdziecie na stronie projektu Świadoma Mama.

Tu znajduje się plakat z programem na najbliższe spotkanie w Kaliszu w dniu 27. października.

2 komentarze:

Chrrrrrup muffin, czyli muffinki super chrupiące

09:54 Mama Muffin 3 Comments


Jestem po prostu muffinouzależniona... Jakie są tego objawy? A no takie, że gdy w moje ręce wpada przepis na muffiny po prostu nie mogę, nie mogę ich nie upiec :) I całe szczęście! Gdyby nie to, nie spróbowałabym tych muffinów, najbardziej chrupiących na świecie. Wystarczy napisać, że po ich spróbowaniu Tata Muffin rzekł tak: "To drugie w kolejności najlepsze muffiny, jakie upiekłaś". Dla niewtajemniczonych wyjaśnię: pierwsze i bezkonkurencyjne już chyba na zawsze będą muffiny podwójnie czekoladowe, na które przepis znajdziecie tutaj. Z tego wyciągnąć można jeden, bardzo ciekawy wniosek. Im prościej i szybciej wykonuje się muffiny, tym lepiej smakują. No, przynajmniej mojemu mężowi :)

Te ekstra chrupiące muffiny robi się w nieprzyzwoicie szybkim tempie. W jeszcze szybszym się je zapieka a potem... zjada :) Gdyby jednak zdarzyło się komuś nie skonsumować ich zaraz po wypieczeniu to warto wspomnieć, że jak mało które te nie tracą na smaku ani troszkę także na dzień następny.

Przepis na Muffiny trafił do mnie dzięki mojej Córeczce, a właściwie zakupowi, który poczyniliśmy specjalnie dla niej. Znalazłam go pod tacką nowego krzesełka do karmienia z motywem muffinów w roli głównej. Recenzję krzesełka COOKIE Baby Design znajdziecie tutaj, a gwarantujący chrrrrrrrrupiące doznania przepis poniżej.

Składniki na muffinki (przepis oryginalny):

1 szklanka cukru 
1 szklanka masła (ale nie roztopionego!, czyli mniej więcej 2/3 kostki - przyp. MM)
1 szklanka mąki
2 szklanki płatków owsianych błyskawicznych
1 łyżeczka sody (przesianej z mąką)

Wykonanie (z moimi drobnymi uwagami):

W zasadzie prościej być nie może: wrzucamy wszystko do jednej miski a potem ugniatamy ręcznie aż do momentu, gdy z masy będzie można łatwo uformować zwarte kuleczki. Robimy 8 lub 12 sztuk w zależności od foremek. Kulki w foremkach (najlepiej wyłożonych papierowymi papilotkami), lekko przygniatamy. I gotowe. Pieczemy 8-12 minut w temperaturze 250 stopni Celcjusza.

Moje uwagi? Zdecydowałabym się na ciut mniej cukru, zastępując go odrobiną więcej mąki i płatkami. No i uważałabym na temperaturę w piekarniku. 250 to bardzo dużo, rzadko trafia się wypiek, który tego wymaga. Ale chrupiąca konsystencja ma swoje wymogi, stąd pewnie w przepisie tak wysoka temperatura. Ja zdecydowałam się na 220 stopni i 2-3 minuty dłużej. Ale przy takim eksperymencie pierwszy wypiek warto mieć pod bacznym okiem, zaglądając za szybkę piekarnika i kontrolując stopień przyrumienienia muffinków.

To wszystko :) Smacznego!

3 komentarze:

Ale ciacho! Krzesełko Baby Design COOKIE - moje opinie

18:17 Mama Muffin 8 Comments



Gdy wybieraliśmy się z Tatą Muffin po ten zakup, nie myślałam, że spotka mnie tak miła niespodzianka. Muffinkowe krzesełko do jedzenia to przecież coś w sam raz dla Małej Muffinki. Znalazłam je w katalogu, potem krótki research w internecie i jest! A gdy mąż złożył je po wyjęciu z kartonika a ja zabrałam się za czyszczenie, mile zaskoczyłam się po raz drugi :) Pod tacką ukryty był przepis na muffiny :) Chyba nie muszę pisać, że długo nie czekał na wypróbowanie. 

Ale po kolei, dlaczego Mała Muffinka dostała właśnie to krzesełko? Bo design, choć z uwagi na moją pasję bardzo kuszący, nie był tu decydujący. Jestem raczej bardzo praktyczną osobą, dlatego przy wyborze krzesełka kierowały mną pewne kluczowe założenia dotyczące funkcjonalności:

Po pierwsze: kółka
Po drugie: łatwo zmywalne, zdejmowane (!) pokrycie siedziska
Po trzecie: barierka między nogami dziecka, dla większego bezpieczeństwa
Po czwarte: nie duża waga
Po piąte, choć wcale nie najmniej ważne: niewygórowana cena

Zacznę może od ceny, bo ta pewnie spędza sen z powiek wielu rodzicom. W końcu, gdy się ma w domu maluszka, zwłaszcza jeśli jest to pierwsze dziecko, wydatków jest bardzo dużo. A krzesełka do karmienia nie wiedzieć czemu potrafią kosztować niebotyczne pieniądze! Od pewnej kwoty w górę płaci się moim zdaniem już głównie za markę i design. Krzesełko do karmienia COOKIE można kupić w przyzwoitej kwocie, poniżej 300 zł. Niekiedy trudno o wybór koloru w sklepie, ale tu na przykład (przynajmniej na dzień publikacji wpisu) krzesełko COOKIE  jest dostępne jeszcze we wszystkich wariantach kolorystycznych. Za starsze modele, które nie mają kółek (te producent dodał w tym foteliku po 2015 roku), można kupić nawet taniej (za ok. 230 - 240 zł). Jeśli koniecznie zależy Ci na kółkach i kupujesz przez Internet uważaj. Najlepiej najpierw dowiedzieć się mailowo od sprzedawcy, który model ma w ofercie. Tu znajdziesz przegląd ofert w różnych cenach.



Krzesełko COOKIE jest stosunkowo lekkie w sensie wagowym, ale też pod względem designu - nie zagraca mieszkania. Przy takim wyborze kolorów z powodzeniem można dobrać wariant, który dobrze wtopi się w pozostałe elementy wyposażenia domu. Wydaje się, że sposób złożenia, jaki przygotował producent jest najbardziej optymalny z możliwych. Zsuwają się nie tylko nóżki, ale też można odpowiednio zaczepić z tyłu tackę, tak żeby po złożeniu szerokość była nie większa jak 40 cm. Tym samym krzesełko można sprytnie ustawić gdzieś w kącie kuchni czy pokoju, albo za drzwiami, nawet gdy mamy tam mało miejsca. Dodatkowo w załączonym koszyku można trzymać wszelkie niezbędne do jedzenia gadżety.

Teraz słów kilka o tapicerce i pasach. Tak, są w większości białe, co zresztą widać na pierwszy rzut oka. Ale są to elementy zdejmowalne i z możliwością prania w pralce (swoje pasy w tym celu właśnie zdjęłam, dlatego wybaczcie, że nie widać ich na zdjęciach). Na razie piorę, bo wiem, że będą szczególnie ulubionym smakołykiem ;) Nie zdążyły natomiast jeszcze przeżyć kulinarnego armagedonu, ze względu na stosunkowo nieufne podejście do rozszerzania diety u mojego piersiowego maluszka. Myślę jednak, że nie powinno być najgorzej. Już kupując byłam pogodzona z tym, że nie znajdę produktu na wieki. W sprzedaży są krzesełka całkowicie plastikowe lub z silikonowymi elementami w siedzisku. To jednak, wyłożone ceratką wydaje mi się po prostu bardziej przyjemne dla dziecka, bo mięciutkie. W końcu sami z mężem też wolimy jadać w salonie, gdzie mamy tapicerowane krzesła a w kuchni na plastikach zasiadamy tylko na chwilę. No i nie wspomnę już o walorach ceraty w obliczu ząbkowania. Gryzie się znakomicie :)

Element zabezpieczający między nóżkami: zależało mi, żeby się pojawił w krzesełku. Przyznam się dlaczego, choć pewnie nie powinnam tak publicznie. Zdarza mi się nie zapiąć małej pasami. Po prostu widzę, że nie jest jeszcze na tyle zwinna i na dzień dzisiejszy nie potrafi zmienić pozycji w krzesełku. Na widok pasów dostaje natomiast białej gorączki. Tak jest póki co szybciej, wygodniej i mniej emocjonalnie. Na pewno, gdy zauważę, że nabierze sprytu i zacznie się w krzesełku wiercić nóżkami zmienię tę politykę. Tym bardziej, że mam wątpliwość, czy z powodu "przegródki" między nogami nie przyjdzie pewnego dnia chwila, kiedy przed moim małym pulpecikiem nie będę mogła już zasunąć tacki. Wtedy pasy mogą być bezwzględną koniecznością. Ale pewnie się mylę, w końcu jak grubiutkie mogą być nóżki maleństwa ;) Raczej Mała Muffinka będzie teraz rosnąć wzwyż i trochę gdzieniegdzie wysmukleje. Jeśli Ty też masz "na składzie" małego pulpecika przed zakupem weź pod uwagę, że pod tacką jest mniej więcej 11 x 11 cm miejsca na każdą z nóżek.

No i wreszcie rzecz o kółkach i wadze nowego nabytku. Troszkę przestraszyłam się, gdy zobaczyłam, że kółka są plastikowe. Spodziewałam się raczej gumowych lub silikonowych. W każdym razie plastiki wydają mi się w tym przypadku ryzykownym rozwiązaniem. No ale wiadomo - z czegoś musiała wyniknąć nieco niższa cena za produkt. Na razie moje obawy okazują się zbyteczne. Kółka wytrzymują mimo, że w ciągu dnia krzesełko przemierza mniej więcej taką trasę: kuchnia - salon - łazienka - salon - kuchnia - salon - kuchnia ;) Czasem z dzieckiem, czasem bez. Panele nie są porysowane a ja na prawdę cieszę się, że mogę sobie tym pojeździć a nie muszę dźwigać. Bo jak się okazało nawet waga niespełna 8 kg (czyli aktualnie ciut mniej od mojej córeczki) przy takim rozstawie nóżek stwarza problemy przy podnoszeniu. Już przed zakupem byłam nastawiona na wykorzystanie tego krzesełka nie tylko do posiłków, ale i do zabawy. Stąd zależało mi na mobilności. Żeby postawić w tej kwestii "kropkę nad i" to napiszę tylko, że trochę brakuje mi jakiegoś sprytnego uchwytu, który mi - mamie o stosunkowo małych gabarytach - ułatwiłby przemieszczanie tego pojazdu najlepiej jedną ręką :) Bo muszę się przy tym nieźle nagimnastykować. No ale pomarzyć zawsze można, bo nie sądzę żeby znalazł się taki model na rynku...

Poza wymienionymi przeze mnie aspektami krzesełko Baby Design COOKIE jak na dobre ciasteczko przystało kryje w sobie parę ekstra niespodzianek. Mam tu na myśli regulowany na trzech poziomach stolik (co umożliwia dosuwanie go do brzuszka dziecka) i odpinaną na zatrzaski tackę z wgłębieniem na kubeczek. Do tego dochodzi możliwość rozłożenia oparcia (mimo, że córeczka dobrze już siedzi to uzyskany tą metodą dodatkowy "luz" przydaje się przy wkładaniu i wyjmowaniu jej z krzesełka). Producent przewidział też możliwość ustawienia krzesełka aż na sześciu poziomach wysokości, choć w sumie nie wiem dlaczego aż tyle. Osobiście wydaje mi się, że wykorzystamy tylko dwa: ten najwyższy teraz, bo mi jest tak wygodniej i najniższy, gdy córeczka zechce wykorzystać krzesełko do własnych zabaw i tyle. Ale pewnie projektant wyszedł z założenia, że od przybytku głowa nie boli. Lepiej więc dać więcej poziomów regulacji, niż za mało. Aha! jest jeszcze regulacja podnóżka, ale moja dziecina uwielbia machać nogami, dlatego podnóżek od razu poszedł do pozycji pionowej i pewnie już tam tak zostanie na dobre.

To tyle na temat moich osobistych wrażeń, jeśli chodzi o krzesełko Baby Design COOKIE. Każdego kto planuje zakup tego lub podobnego krzesełka zachęcam do zadawania pytań. Chętnie podzielę się wiedzą i doświadczeniem w temacie. Najlepiej pytać na dole w komentarzach, tak żeby potem odpowiedzi mogły zobaczyć też inne osoby.




A deser zostawiłam na koniec. Tu zapraszam po prawdziwe ciacha, czyli przepis na muffinki od Baby Design w wykonaniu Mamy Muffin :) Chrrrrupiące doznania gwarantowane!




8 komentarze: