Co za ambaras! Dwie kupy naraz!... czyli o początkach podwójnego macierzyństwa

21:23 Mama Muffin 7 Comments


- Robi ci jeszcze kupy w nocy?
- yyyyy, to może tak być, że nie będzie robiła?

Takim pytaniem zaskoczyła mnie znajoma, gdy urodziło mi się pierwsze dziecko. Wtedy nie wiedziałam o niemowlaku w zasadzie nic, oprócz kilku teoretycznych informacji ze szkoły rodzenia. Miałam taką instrukcję obsługi, jak do pralki. Tu wcisnąć, wybrać taki program, jeśli piorę to, taki jeśli piorę tamto, do tego temperatura i play. Podobny był mój start z niemowlakiem. Przewijać co trzy godziny, układać na brzuchu, wietrzyć pupę, a gdy kąpiel to myć oczka, smarować kremem tu i tu, pudrem tam i siam i dziecko przeżyje. Przeżyło, ma się nawet dobrze, w wieku już ponad dwóch lat. A gdy urodził się synek, nawet nie miałam czasu odkurzyć tych starych zapisek, leciałam na free stajlu. Tym razem wszystko jest inaczej. Ten niemowlak sprezentował mi nie robienie kupy przez dobre 1,5 tygodnia w miesiąc po narodzinach. A ja jestem dużo spokojniejsza, bardziej wyluzowana i wreszcie czująca się mamą na serio.

Pierwsze dziecko to wielkie extra-przeżycie, drugie - wielka radość. Za każdym razem jest eksplozja miłości, ale pierwsze dziecko zmienia życie tak bardzo, że jego pojawienie się przytłacza. Za drugim razem nie ma już tego zaskoczenia. Twoje życie wygląda w zasadzie tak samo, tylko ty biegasz dwa razy szybciej. Momentami z turbotorpedą w tyłku - jak zwykłam myśleć sobie czasem w duchu.

Na początku był szok. Gdy wróciłam ze szpitala moje starsze dziecko wydało mi się olbrzymem. Na prawdę wielkim  o l b r z y m e m. Zostawiłam w domu maleńką Córeczkę. Wszystko było tyci u tej mojej dwulatki. Drobniutkie rączki, króciutkie nóżki. Po prostu kruszynka. W ciągu kilku dni, gdy byłam w szpitalu, urosła. Choć to oczywiście tylko moje wrażenie optyczne. Wiedziałam to doskonale, ale gdzieś w głębi towarzyszyło mi poczucie, że coś nieuchronnie minęło i już nie wróci. Że nie jestem już tą samą matką co byłam. Nie wiedziałam, jak mam się podzielić. Dwoje dzieci, jedno, które kochałam od ponad dwóch lat, drugie, które pokochałam zaledwie trzy dni temu. Do tej pory każdemu poświęcałam 100 procent uwagi i siły. I nagle, od momentu powrotu z niemowlakiem do domu, te dwie rzeczywistości zetknęły się ze sobą. Gdy byłam z córką, myślałam o tym, że nie przytulam dopiero co urodzonego synka, gdy byłam z synkiem myślałam, że powinnam być z córką i spędzać z nią czas, tak jak to było do tej pory. Rozsypałam się jako matka. Ale zaraz potem pozbierałam i to szybko i ze śmiechem, nie płaczem. A właściwie płaczem ze śmiechu, pewnego wieczoru przy okazji czytania bajki córce na dobranoc...

- ... i wtedy Kubuś wpadł do dołu, razem z resztą przyjaciół - przeczytałam mniej więcej tak brzmiące zdanie z książki i zamknęłam ją, przekonana, że córka śpi już od jakiegoś czasu bardzo smacznie. Już zabierałam się, by wyjść z jej pokoju gdy...
- ŁUBUDUBUDUBUDUB!!! - usłyszałam nagle okrzyk. Córeczka wydając go usiadła na łóżku, z oczami wlepionymi we mnie, czekając jak gdyby nigdy nic na dalszą część całej historii.

Wybuchnęłam śmiechem, przy okazji którego uroniłam chyba tonę łez. Miałam świadomość, że płyną te, na które miałam ochotę od chwili powrotu do domu, ale nie starczyło mi czasu ani też odwagi, by sobie na nie pozwolić. Przyszły wraz z katastrofą Kubusia Puchatka :) i pomogły, bo dalej było już tylko lepiej. Wzięłam się w garść. Trochę dyscypliny wobec siebie, rutyny w opiece nad dziećmi, łaskawość synka, który pozwalał mi się wysypiać i córki, która nadzwyczaj mądrze podchodziła do spraw codziennych. Od tej pory było już tylko lepiej.

Jestem teraz matką na pełen etat. Pierwsze dziecko mnie dowartościowało, ale drugie dało takiego życiowego kopa, że czuję się jak supermenka. Cały czas na turbodoładowaniu. Ogarnę to! Ta myśl towarzyszy mi teraz najczęściej każdego dnia. Także, gdy na skutek zduplikowanego płaczu, który dochodzi do uszu z dwóch różnych stron mieszkania, mam delikatne wrażanie, że sąsiedzi pomyślą: "dom wariatów". Ja sobie poradzę! Nawet, gdy muszę (a właściwie do niedawna - zanim odpieluchowała się córka - musiałam) zmieniać pieluchy po dwóch kupach jednocześnie. Matka supermenka. Dam radę. Zorganizowałam się, zebrałam do kupy ;) i co najważniejsze: nauczyłam się kochać moje dzieci jednocześnie. Bo pojedynczo kochałam je od zawsze, ale dwoje na raz okazało się pewną sztuką. Teraz gdy patrzę na Córeczkę, jak się krząta po domu, słucham co opowiada, miłość moja bucha do niej rozpalana przez blask oczu młodszego Brata. To one mi się wydają najpiękniejsze, bo takie malutkie, niewinne, bliskie sercu matki, doładowanemu hormonami. A z drugiej strony cały czas myślę i nie mogę się doczekać, kiedy mój mały, nieporadny synek będzie już tak duży jak jego siostra, taki rezolutny i cudowny jak ona. Mam dwoje dzieci a kocham je jak jedno. Tylko mocniej i mają rację ci, co mówią, że miłość się mnoży a nie dzieli. W przypadku dzieci, to chyba do kwadratu :)

7 komentarze:

Nie karm mojego dziecka takimi głupotami, please! (Post nie o diecie, bynajmniej!)

11:20 Mama Muffin 2 Comments


Czasem mam wrażenie, że dzieci traktuje się niczym pieska w eksperymencie Pawłowa. Przypomnę, że chodzi o ćwiczenie na zwierzęciu bodźców warunkowych. Wspomniany uczony, na bazie wielu prób przeprowadzonych z psem doszedł do wniosku, że zwierzę wykazuje pewne odruchy warunkowe, którymi można sterować, ale też, jak się domyślam, jeśli są raz nabyte, trudno je potem wyeliminować. I tak jeśli pies ślini się na kiełbaskę, to gdy w towarzystwie podawania tej kiełbaski kilka razy zapalisz jednocześnie światło albo pokażesz mu jakiś przedmiot, z czasem pies będzie ślinił się też już tylko na samo zapalenie światła lub na widok rzeczonego przedmiotu. Nie będzie trzeba nawet wyciągać z lodówki jego ulubionego smakołyku. Tak działa jego mózg i biologiczne uwarunkowania.

Do dzieci często podchodzi się jak Pawłow do pieska. Nie rób tego lub tamtego, bo przyzwyczaisz. W domyśle chyba bardzo często, nauczysz odruchów, których już za nic w świecie u dziecka nie wyeliminujesz. Jakby zapominało się, że dziecko jest istotą po stokroć bardziej rozumną od prostego zwierzęcia domowego. I oprócz zwykłych odruchów, ma też umysł, którym myśli i przyjmuje tłumaczenia rodziców. Rozumie i wciela to, co podpowiada mu rozum w życie.

Na krótko przed pierwszą ciążą miałam okazję zetknąć się z kilkoma tekstami Janusza Korczaka i Marii Montessori. Czytałam je, bo chciałam zrobić drobną przysługę koleżance, która potrzebowała sprawnego streszczenia tych materiałów. Nawet nie wiedziałam, że zrobię tym samym jeszcze większą przysługę sobie samej w postaci zrozumienia istoty filozofii tych dwojga działaczy. Filozofii jakże pięknej, bo bazującej na przekonaniu o wielkości dziecka, które nam dorosłym wydaje się takie małe i nieporadne.

"Budowniczym człowieka jest dziecko. Dziecko jest ojcem człowieka". (M. Montessori)

Infantylizujemy dzieci. Nie doceniamy ich potencjału. Traktujemy jak istoty słabsze i co tu dużo gadać głupsze od nas, bo patrzymy na nie ze złej strony. Z góry, tak jak pozwala nam na to nasza codzienna perspektywa. Tymczasem skłaniając się do poziomu dziecka, jeśli tylko zrobimy to we właściwy sposób, pozbywając się naszej dorosłej perspektywy, dostrzeglibyśmy olbrzyma o potencjale, sile, wielkości znacznie przekraczającej możliwości "dużego" człowieka.

"Dziecko nie może myśleć «jak dorosły», ale może dziecięco zastanawiać się nad poważnymi zagadnieniami dorosłych; brak wiedzy i doświadczenia zmusza je, by inaczej myślało". (J. Korczak)

Dziecko w przelanych na papier myślach Korczaka i Montessori to istota potężna. Utkwił mi w pamięci obraz małego niemowlaka, który maluje M. Montessori. Patrząc na niego widzimy jego nieporadność, ruchy które są nieskoordynowane, ciągły płacz. A tymczasem już w tak małym dziecku drzemie wielka siła życia, upór i umiejętność uczenia się, której my dorośli już dawno nie posiadamy. Mówiąc krótko, gdybyśmy mieli w dorosłym życiu zdolności uczenia się małego dziecka, to byśmy wszyscy byli Einsteinami albo jeszcze lepiej. Po prostu potęga!

Z jednej strony XIX wieczne rozważania o wielkości dziecka. Z drugiej XXI wiek i nasze podstawowe problemy, zachowania, które wołają o pomstę do nieba. Myślę, że wielu rodziców, których sercu bliskie jest takie zrozumienie natury dziecka, może mieć podobnych przykładów na pęczki. Ja osobiście wielokrotnie słyszę na temat mojej Córki, jaka to mądra i sprytna dziewczynka, ile potrafi powiedzieć, mając niespełna dwa latka, ile rozumie. I niejednokrotnie, chwilę później w zachowaniu lub na ustach tej samej osoby pojawiają się sytuacje, słowa, które sprowadzają moje dziecko do poziomu właśnie wspomnianego pieska:

- Choć zobaczysz kotka (powiedziane, by odwrócić uwagę dziecka od przedmiotu, którego bardzo chce a dostać nie może, tymczasem żadnego kotka w okolicy nie ma)
- Co to za lala w lustrze? (powiedziane, by dziecko przestało płakać, choć moim zdaniem już na poziomie co najmniej pół roku moje dziecko zaczynało kojarzyć, że lustro=własne odbicie)

Niedawno przechodziłam z córką etap odzwyczajania od smoczka. To był dopiero temat! Ileż się nasłuchałam o kurach, co go zjadły, żeby za chwilę i tak znalazł się w jej buzi, o tym, że pani nie sprzeda następnego, że się dzieci będą śmiały... itp. itd. Szczerze, to zamknięcie tego etapu przyspieszyłam chyba właśnie z tego powodu, że już miałam dość robienia z mojego dziecka głupiego, a dopiero w drugiej kolejności z przekonania, że to już absolutnie ten moment i czas najwyższy. Po prostu chciałam zaoszczędzić dziecku komentarzy otoczenia. Wzięłam ją pewnego ranka na bok, gdy płakała za smokiem. Pokazałam jej tego smoka, bo akurat zauważyłam kolejny przegryziony egzemplarz i pokazałam te dziury. Powiedziałam, że zrobiły się od ząbków i nie mogę dać jej więcej tego smoka, bo to niebezpieczne, mogłaby odgryźć i zjeść. Byłby w jej brzuszku i mógłby ją wtedy boleć. I tyle w temacie. Zrozumiała. Przez kilka dni płakała, że pogryzła smoczek, ale tyle. Żadnych bajek, cudactw i magicznych rytuałów. Po prostu dziecko zrozumiało, co się do niego powiedziało, bo zrobiłam to w sposób, który był dla niej przystępny, odpowiadał jej doświadczeniom życiowym, umiejętnościom zrozumienia świata. To wcale nie było takie trudne.

Dlatego apeluję: nie kłam, nie zmyślaj, nie gadaj głupot mojemu dziecku. Please!

Jak nie chcesz, żeby moje dziecko coś robiło, to po prostu mu to powiedz i wytłumacz dlaczego. Albo poproś mnie, abym się do tego zabrała. Ja nie mówię, że mi się nie zdarza, bo nie jest to łatwe. Jest bowiem pewna cienka granica, pomiędzy tłumaczeniem świata na język dziecięcy a traktowaniem dziecka jako, łagodnie to ujmując, mniej bystrej istoty. Jest też subtelna granica między żartem a ogłupianiem. Bo są żarty, które śmieszą tylko nas dorosłych. Takie, które opierają się na wiedzy o świecie, której dziecko jeszcze ma prawo nie mieć. Śmieszą tylko nas, a z dziecka robią niestety głuptaska.

Więc, jeśli masz ochotę się pośmiać, to nakarm tymi głupotami lepiej kury! A nie moje Dziecko.

2 komentarze: