Ma(ma)trix: Ratunku!


Ja chyba kipnę! Takim oto wstępem okraszonym wykrzyknikiem zaczęłam drugi rok mojego macierzyństwa. Było to w dzień pierwszych urodzin Małej Muffinki, a właściwe wieczorem, gdy wszyscy goście już wyszli. Trzeba być lekką wariatką, żeby wyprawić 3 (słownie: trzy!) imprezy urodzinowe pod rząd dla jednego dziecka. W dodatku dwie z nich we własnym domu i to jedną z gromadą dzieci biegających po wszystkich pokojach. Było cudownie, goście wspaniali, wspomnienia zostaną na długo, ale...

Miarka się przebrała. I to na ostatniej prostej mojego rocznego urlopu macierzyńskiego, który był chyba jednym z najbardziej wyczerpujących fizycznie momentów w moim dotychczasowym życiu. Wyprawiając potrójne urodzinki postawiłam "kropkę nad i" w temacie matczynych obowiązków i opadłam bezsilnie na kanapę. Dzień później wróciłam do pracy.

Kocham Cię Córeczko.

Gdy babka taka jak ja, która zbyt łatwo nie odpuszcza, zostaje matką, świat staje na głowie. W dodatku sterczy w tej pozie uparcie pomimo upływu czasu. Choć wydawać by się mogło, że przecież wszystko ma swój kres. Dziecko w końcu okrzepnie, zacznie siadać, chodzić i nie będzie już takie nieporadnie od rąk mamy zależne. Choć dziecina już sobie lata po domu samodzielnie, robiąc kilometry na własnych nogach, dzień po dniu niewiele się zmienia. A wręcz przeciwnie. Dziecko już tyle nie wymaga w kwestiach opieki, ale ty wymagasz od siebie coraz więcej. W końcu przypominasz sobie krok po kroku, jak to Twoje życie "przedtem" wyglądało i chciałabyś mu dorównać. Tylko, że w tym starym grafiku nie było punktu pod hasłem "matka". I nagle jest wielki zonk, że tego już identycznie posklejać się nie da. Znacie to uczucie?

Kocham Cię Córeczko.

Istny Mamatrix, jeśli wiecie, co mogę mieć na myśli. Kiedyś byłam fanką tego filmu, a właściwie jego głównego bohatera, w którym się lekko podkochiwałam. Piękny Keanu w skórzanym płaszczu próbował zbawić świat, a właściwie to zapanować nad rzeczywistością opanowaną przez system komputerowy, którą ludzkość dawno przestała ogarniać. Ja tymczasem otrzepuję z moich wyjściowo-służbowych ciuszków resztki pudru do pupy (taka jest właśnie moja mamatrixowa stylizacja) i próbuję poukładać życie rodzinne, zawodowe, nie pogubić w tym wszystkim siebie i przyjaciół. Wszystko oczywiście z jednym podstawowym i jak zawsze niezmiennym celem w tle: być dobrą matką.

Kocham Cię Córeczko.

Na razie wszelkie próby zapanowania na nowo nad każdą z tych czterech rzeczywistości kończą się serią żalu do samej siebie. Dobrze czuję się jedynie w skórze matki. Resztę próbuję postawić na nogi, jakby były połamane po niezłej kraksie. Ale w głębi duszy czuję, że jakoś się poukłada, bo jestem teraz silna, lepiej zorganizowana, bardziej cenię siebie i mam sporo wiary we własne możliwości. Choć... mam też więcej ambicji i w tym pewnie tkwi powód całego mamatrixa.

Jak się ogarnę to dam znać. Na pewno. A jeśli wiecie, w jaki spobób  uwolnić się od mamatrixa, bo za wami podobne przeżycia, to błagam, nie zostawiajcie mnie w tym stanie samej! Tu poniżej jest fajne miejsce, które czeka na Wasze komentarze.

P.S. Wiem, że już Ci to tysiąc razy mówiłam, ale w końcu zawiesił mi się system, więc powtórzę: kocham Cię Córeczko ;)





Lentylkowe urodzinki: muffinki oraz koktajl z lentylek


Które lentylki są najzdrowsze? Każde dziecko wie, że te zielone! Słyszałam to już nie jeden raz z ust Małych Gości, których bardzo lubię częstować tymi kolorowymi cukiereczkami. Taka już ze mnie lentylkowa ciocia ;) Pod lentylkową skorupką kryje się tak wiele skojarzeń z pięknem dziecięcego świata. Są idealnie kolorowe, beztrosko zajadane, słodkie. Gdy je serwujesz to podajesz jednocześnie wielką radość z małej rzeczy. Zupełnie jak w życiu każdego szczęśliwego dziecka. Mam po prostu do tych drażetek poważny sentyment. Przygotowując się do pierwszych urodzin mojej Córeczki nie mogłam pominąć tego punktu w menu. Lentylki musiały po prostu znaleźć się na stole pełnym słodkości. Ale aby jeszcze bardziej podkręcić dziecięce apetyty postanowiłam zamknąć je w atrakcyjnej formie. Tak powstały lentylkowo-muffinkowe stworki oraz budyń pod lentylkową pierzynką zamknięty w słoikach. Nie muszę chyba pisać, że oba pomysły sprawdziły się wyśmienicie :)

Muffinki - Lentylkowe stworki

Aby powstały stworki wystarczy sprawdzony przepis na szybkie i smaczne muffiny. Ja wykorzystałam moje jak zawsze niezawodne w takich sytuacjach muffinki czekoladowe. Wypiekłam je bez nadzienia, bo w środku miały znaleźć się kolorowe groszki. W tym miejscu wypada mi uprzedzić, abyście nie wpadli na pomysł wypełnienia muffinków lentylkami przed pieczeniem. Sprawdzałam to osobiście jakiś czas temu... z opłakanym efektem. Lentylki opadły, rozpuściły się. Środek ciasteczek zrobił się mało estetyczny, w dodatku ciasto się nie dopiekło. Ale każdy eksperyment w kuchni jest twórczy. Dzięki niemu teraz wiedziałam, że najpierw wypiekamy muffinki, potem po wystygnięciu ciasta odkrajamy wierzch i lekko wydrążamy środek wsypując lentylki. Prosto, szybko i stworki gotowe!

Lentylkowy budyń

Ten budyń wymaga w przygotowaniu lekkiej wprawy, aby jego konsystencja była idealnie gładka. Ale jeśli ktoś ma doświadczenie w robieniu tego "terebkowego", przyrządzenie własnego nie powinno sprawić mu dużego problemu. Za to smak o niebo lepszy! Bardzo się cieszę, że odkryłam (a w zasadzie podkradłam przyjaciółce ;) ten przepis. 

Składniki (2 porcje):

mleko (400 ml)
cukier waniliowy (1,5 łyżki)
2 żółtka 
masło (1 łyżka)
skrobia kukurydziana (2 łyżki) - ja zastąpiłam ją tradycyjnie zwykłą mąką ziemniaczaną, chociaż pierwotna wersja na pewno jest ciut zdrowsza

Wykonanie:

Na wstępie mała uwaga co do jaj. Serwując danie dzieciom musimy szczególnie zadbać, aby przygotować potrawę w bardzo higienicznych warunkach. Dlatego ja surowe jajka w skorupkach najpierw myję, potem wrzucam na kilka sekund do wrzątku. Dopiero wtedy je rozbijam i oddzielam żółtko od białka. W ten sposób pozbywam się bakterii, które mogą być groźne, a "zamieszkują" przede wszystkim na skorupkach jaj. 

Żeby przygotować budyń najpierw robimy bazę. Odlewamy 100 ml zimnego mleka, by wymieszać je z żółtkiem i skrobią (lub mąką). Trzeba to zrobić bardzo dokładnie, żeby już na tym etapie otrzymana masa była idealnie gładka. Jeśli zostawimy grudki, to nie pozbędziemy się ich już potem na pewno. Najbardziej niezawodne w takich wypadkach okazują się proste mieszadła/ubijaczki, które składają się z wielu połączonych ze sobą drucików. Rozbiją każde grudki w kilka sekund i po sprawie!

Gdy uporamy się już z budyniową bazą, trzeba zagotować pozostałe mleko z cukrem i masłem. Mleko rozrobione wcześniej z żółtkami i skrobią dodajemy bowiem do większej porcji wrzącego mleka i bardzo intensywnie (bez chwili przerwy!) mieszamy trzepaczką. Robimy to do momentu aż budyń nabierze właściwej, pożądanej przez nas konsystencji. Warto mieć na uwadze, że po odstawieniu z ognia jeszcze lekko stężeje, dlatego nie warto czekać aż będzie bardzo, bardzo zwarty.

I już gotowe! Resztę dekoracji wykonałam z przygotowanej i stężałej wcześniej niebieskiej galaretki. Lentylki wsypałam na budyń dopiero, gdy dobrze ostygł, niedługo przed rozpoczęciem przyjęcia. Trzeba mieć bowiem na uwadze, że lentylki lubią farbować i gdy będą leżały na budyniu zbyt długo kolor zacznie z nich lekko spływać do masy.

Na zdjęciu prezentuję dekoracyjne podanie w słoikach ze słomkami. Ale już wiem, że to dobry pomysł dla dorosłych. Żeby bowiem sprytnie wyciągnąć z tej dekoracji budyń trzeba lekko unieść słomkę ponad poziom galaretki. W innym wypadku na dzień dobry słomka zatka się sztywną słodkością. Dlatego po moim doświadczeniu rekomenduję z pełną odpowiedzialnością, aby dzieciom zaserwować do tego łyżeczki ;)

Z tak przygotowanym menu, do którego dorzucić można jeszcze lentylkowe ciasteczka-pieguski nie pozostaje nic innego jak życzyć małemu jubilatowi Wszystkiego Lentylkowego!

Na czym zarabia moja rodzina? Trzy sekrety, które działają na bank!



Długo zastanawiałam się, czy temat pieniędzy to dobry temat na blog parentingowo-kulinarny. Tym bardziej taki jak mój, pisany z mottem "z miłości do słodkości". Bo pieniądze, choć są tak niezbędnym elementem rodzinnego życia jak mąka w niejednym przepisie na muffinkowe ciasto, miewają posmak goryczy. I tylko we właściwych proporcjach są w stanie przeobrazić naszą codzienność w przysmak. Łatwo poczuć niedosyt, ale też lepiej nie przesadzać, żeby nie stracić apetytu. Potem pomyślałam sobie jednak, że o pieniądzach pisać powinnam, bo w końcu obiecałam moim Czytelnikom, że będę dzielić się z nimi najlepszymi przepisami. A tak się składa, że wspólnie z mężem - czyt. Tatą Muffin :) wypracowaliśmy rodzinny system przyprawiania budżetu domowego we właściwych proporcjach. I już od dłuższego czasu sprawia nam to wiele satysfakcji. O co chodzi? Aby wyjść z terminologii kulinarnej i przejść do konkretów zacznę może tak:

Punktem wyjścia dla naszego sprawnie działającego systemu jest podejście do pieniądza. Z szacunkiem i ze świadomością, że zawsze trzeba na niego zapracować. Przede wszystkim pracując zawodowo. Ale czasem warto też sięgnąć po dodatkowe środki. I to wcale nie napadając na bank ;), chociaż właśnie w tej tematyce bankowej sprytnie się obracając.

Gdy zaczynałam moją przygodę z bankowością miałam jedno konto, założone jeszcze w towarzystwie rodziców za studenckich czasów i trochę oszczędności, które sobie na nim spoczywały. Teraz mam tych kont kilka (ich liczba jest zmienna w czasie) i nawet drobne oszczędności obowiązkowo leżące na oprocentowanych lokatach/kontach oszczędnościowych. Tym samym niemal w każdym miesiącu oprócz pensji z pracy mogę cieszyć się drobną premią od... banków. Raz mniejszą, raz większą, choć zawsze cenną dla naszych zaplanowanych wcześniej wydatków, których wraz z pojawieniem się dziecka jest coraz więcej. I co więcej, mam dzięki temu nawet skromny budżet na przyjemności. A to słowo w życiu świeżo upieczonej matki jest jak balsam dla ucha i ducha, prawda?

Skąd te pieniądze? Na czym polega nasz rodzinny system zarabiania na bankach? Ten wpis to krótki poradnik, który zdradzi źródła naszego dodatkowego dochodu. Trochę wiedzy, do której ja dochodziłam przez lata, a dziś jestem w stanie przekazać Wam ją w postaci małej pigułki. Z czasem będę go aktualizować o konkretne propozycje, które mam nadzieję ułatwią Wam porządkowanie spraw finansowych w rodzinych budżetach.

Po pierwsze: konto w banku nie musi kosztować

Tak, wiem. Miało być o zarabianiu. Ale, żeby zobaczyć efekt zarobków, trzeba najpierw przestać tracić pieniążki. Jedną z bardziej bezsensownych form ich utraty jest oddawanie naszych ciężko zdobytych zarobków bankom. Pewnie nieraz mieliście w ręku lub przed oczami na ekranie komputera wyciąg z historią konta bankowego. A tam na minusie więcej niż się spodziewaliście. Bank pobrał opłatę za konto, za kartę, za przelewy lub wypłatę w bankomacie. Niby są to groszowe lub złotówkowe sprawy, ale wystarczy policzyć. Nawet 10 zł kosztów miesięcznie daje 120 zł rocznie! Chociaż taka kwota to i tak marne minimum tego, co płaci bankom większość z nas. Zastanawialiście się czasem, czy to na prawdę musi tyle kosztować? Otóż pierwszą zasadą naszego rodzinnego systemu finansowego jest to, że nie ponosimy takich opłat. Wiadomo, bank nie jest instytucją charytatywną, więc takie znikające złotówki na kontach z reguły nikogo nie dziwią, choć może czasem denerwują. Ale mamy wolny rynek i nawet banki między sobą muszą konkurować o klienta. I nieźle się z tego powodu gimnastykują - na naszą korzyść na szczęście. To trochę tak jak sieci komórkowe. Dziś nikogo już nie dziwi niski abonament, który ma w sobie nielimitowane rozmowy wszędzie i do tego szybki internet. A gdy mowa o bezpłatnym koncie w banku od razu myślimy: "no przecież to niemożliwe". A jednak :) Ja takie konta posiadam (dlaczego kilka - to zdradzam w ostatnim punkcie). Tu mam dla Was przegląd tych absolutnie darmowych:

Darmowe konto i darmowa karta w Idea Banku
Darmowe konto i darmowa karta w Nest Banku

Jedna uwaga: Wiem, że zmiana konta w baku może wydawać się problematyczna. Bo trzeba powiadomić o tym pracodawcę, na tym starym mamy już zapisane dane do przelewów, a kilku znajomych, którzy często zwracają nam pożyczone pieniądze ma nasz numer już zanotowany. Ale warto pomyśleć o tym, ile dzięki temu zyskamy (albo raczej nie stracimy w dłuższej perspektywie). A jeszcze lepiej założyć, że zaoszczędzoną kwotę będzie można odkładać przez jakiś czas i potem przeznaczyć ją na wyznaczony cel. Sprawdziłam osobiście, że podejmowanie jakichkolwiek decyzji finansowych z pozoru wiążących się z jakimś wysiłkiem jest znacznie łatwiejsze, jeśli w tyle głowy tli nam się myśl o konkretnej korzyści z tego płynącej.

Po drugie: pieniądze w banku nie mogą leżeć za darmo

Pewnie niewielu z nas w dzisiejszych czasach trzyma swoją pensję w przysłowiowej skarpecie. Ale zgodnie z zasadami, na których budujemy nasze rodzinne finanse, trzymanie większych kwot na zwykłym koncie w banku to nic innego niż właśnie taka skarpeta. A pieniądze muszą zarabiać, bo inaczej tracą na wartości. W naszym domu jest więc tak: jeśli pojawia się jakakolwiek kwota nadwyżki finansowej, której nie mamy zamiaru wydać w najbliższym miesiącu od razu trafia ona na oprocentowane konto oszczędnościowe. Jeśli tych pieniążków zbierze się więcej (min. 1000 zł) zakładamy lokatę. I znów! Wymaga to pewnego wysiłku, bo przelew nie zrobi się sam. Pamiętam jednak jak to było, gdy dostałam moje pierwsze odsetki w życiu od skrupulatnie zbieranych oszczędności. A były to czasy, kiedy jeszcze gotówkę musiałam zanieść do oddziału, a nie po prostu założyć lokatę on-line. Trochę mi się tego udało uzbierać i nie mogłam nadziwić się swojej głupocie, gdy po kwartale zobaczyłam kwotę odsetek w wysokości 100 zł. Od razu pomyślałam, ile dotąd straciłam trzymając moje pieniądze nieoprocentowane. Bo de facto, jeśli jakaś suma spoczywa sobie spokojnie na naszym koncie to jest to pożyczka, którą udzielamy dla banku. On sobie naszymi pieniędzmi spokojnie obraca, chociaż wirtualnie tego nie widzimy. Gdy my pożyczamy coś od banku płacimy za to słone pieniądze. Dlaczego więc pożyczać bankom za darmo?

Wspomniałam wyżej zarówno o lokatach jak i kontach oszczędnościowych. Kiedy, które i dla kogo jest najlepsze? Na pewno konto oszczędnościowe jest dobre, jeśli chcemy chwilowo ulokować mniejsze kwoty. Takie konto można otworzyć w banku, w którym mamy już zwykłe konto osobiste. Możesz też poszukać, do czego zachęcam i w czym obiecuję podpowiedzieć, banku, który da Ci wyższe oprocentowanie. Zaletą konta oszczędnościowego jest to, że w każdej chwili możesz na nieg coś wpłacić (zwykłym przelewem - otrzymujesz bowiem numer taki jak dla każdego rachunku bankowego), ale też wypłacić bez utraty zebranych odsetek. Trzeba jednak uważać i przyjrzeć się zasadom, bo zazwyczaj bezpłatny jest tylko pierwszy przelew w miesiącu. Warto zatem taką ewentualną wypłatę wcześniej zaplanować i nie dzielić na etapy. A jeszcze lepiej nie wypłacać i uzbierać więcej na lokatę ;) Tę z reguły można założyć od kwoty 500-1000 zł. Fajnie, jeśli dobrze wcześniej przejrzymy oferty banków (ja też i w tej dziedzinie postaram się coś podpowiedzieć), bo oprocentowanie na lokatach bywa o wiele bardziej korzystne niż na kontach oszczędnościowych. Dlatego dla wyższych kwot są lepsze mimo pewnych niedogodności, bo z uwagi na utratę odsetek od zainwestowanej sumy pieniędzy nie opłaca się wypłacać wcześniej niż po upływie okresu lokaty (a pod tym względem lokaty są baaardzo zróżnicowane, np. 1, 2, 3-miesięczne ale też np. dwu i trzyletnie). Te konta oszczędnościowe i lokaty mogę wam polecić jako szczególnie korzystne:

Lokata krótkoterminowa 4% na 2 miesiące w Idea Banku
Lokata długoterminowa na 2 lata na 2,75% w Idea Banku
Konto oszczędnościowe w Banku Millennium z oprocentowaniem 2,5%

Po trzecie: warto korzystać z bankowych premii i promocji

Na koniec będzie o zarabianiu na bankach, które opłaca się najbardziej, choć jest najmniej oczywiste. Ale przy dzisiejszej wysokości oprocentowania w bankach kwoty uzyskane z odsetek nie cieszą już tak, jak to było w czasach, kiedy zaczynałam moje oszczędzanie. Chociaż - zawsze to sobie w domu powtarzamy - pieniądz to pieniądz i żadnym gardzić nie można. Jest jednak inna dziedzina, w której banki są w stanie płacić swoim klientom znacznie większe pieniądze. Wie o tym niewielu, bo dzieje się to poza światem reklam w telewizji, czy też z dala od krzykliwych bilbordów na ulicach miast. Każdy bank szuka klientów różnymi drogami i coraz częściej z pominięciem kosztownych i mało skutecznych kampanii reklamowych w mediach. Trend, który obserwujemy z mężem od dłuższego czasu w bankowości zmierza ku temu, by nie płacić agencjom reklamowym za obietnice nie do wyegzekwowania, związane z liczbą klientów, którzy zdecydują się po obejrzeniu reklamy skorzystać z usług danego banku. Coraz częściej banki decydują się, by pominąć ten cały proces i zapłacić bezpośrednio... klientom. Za to, że skorzystają z ich produktów dostaną od banku wynagrodzenie w postaci gotówki na konto lub w innej niepieniężnej formie. Widząc to łowimy z mężem od jakiegoś czasu premie bankowe. Na przykład za założenie konta, albo wykonanie płatności kartą, czy skorzystanie z aplikacji na telefon. Czasem są to pieniążki, które w zamian za te aktywności wpływają bezpośrednio na konto moje czy męża, czasem są to zniżki na zakupy w wybranych miejscach (np. Allegro, Empik i inne sklepy internetowe), bony rabatowe (np. do Rossmanna albo perfumerii), a czasem po prostu... bilet do kina. Wszystko cieszy nas w równym stopniu, bo stanowi wartość w naszym rodzinnym budżecie domowym.

Na czym zatem zyskać i jak? Oto najlepsze sprawdzone przeze mnie i Tatę Muffin aktualne okazje na dodatkowy zysk od banków:

Absolutny hit - 100 zł dla zakładającego konto i dodatkowo po 50 zł za każdego, kto też założy z jego polecenia

Ten wpis będę od czasu do czasu aktualizować o najciekawsze propozycje, które dadzą Wam zarobić/oszczędzić najwięcej (lub jak w przypadku bezpłatnych kont bankowych nie stracić po prostu nic na absolutnie darmowym koncie). Was Moi Drodzy Czytelnicy, jeśli czujecie, że w sprawach finansowych warto trochę pomajstrować w Waszym życiu, zapraszam po prostu do zaglądania tu od czasu do czasu. Być może wreszcie traficie na propozycję, która stanie się impulsem do pierwszego kroku. Bo to o czym piszę, to nie tylko zwykłe łapanie okazji do zarobienia dzięki odsetkom, czy promocjom bankowym, ale też (a może i przede wszystkim) poważna decyzja w stronę uporządkowania wydatków osobistych i edukacji w dziedzinie bankowości. Brzmi poważnie, prawda? Ale ja dziś już wiem, jak wielka wartość się za tym kryje. To nie jest tak, że konto w banku musi kosztować i w dodatku nie rozumiem za co jeszcze bank pobiera ode mnie opłaty. Wszystkiemu przyglądam się uważniej, z większą świadomością jeśli chodzi o finanse. Nie boję się też zmienić banku, gdy ten poprzedni mi nie odpowiada, albo założyć kilku kont w różnych bankach, by mieć najwięcej korzyści i w rezultacie nie płacić za nic a nawet dodatkowo zyskać. Wam też tego życzę!

P.S. Niniejszy wpis ani też żaden inny, do którego linkuję w tekście nie powstał w wyniku współpracy komercyjnej z wymienionymi bankami. To jedynie zapis moich prywatnych (a właściwie to naszych rodzinnych) doświadczeń w zarządzaniu budżetem domowym.

Wesołych Świąt!


Kochani, Boże Narodzenie to przede wszystkim Dobra Nowina o życiu. Tym Boskim, które pojawiło się na świecie ponad dwa tysiące lat temu. I ludzkim, które dzięki temu wydarzeniu nabrało nowego wymiaru. W tegoroczne Święta, gdy obok mnie przy Wigilijnym stole będzie też moja 11-miesięczna Córeczka radość z narodzin będzie w mym sercu szczególna. W zasadzie pierwszy raz przeżywana tak autentycznie. Być może dlatego moje myśli w naturalny sposób skupione w takiej chwili na tym, co w życiu najważniejsze. Tą właśnie refleksją chcę się z Wami, Drodzy Czytelnicy podzielić dzisiaj w formie życzeń świątecznych.

Życzę Wam Przede wszystkim m i ł o ś c i. Ale takiej niezasłużonej i bezinteresownej do granic. Takiej, którą czuje matka, gdy wtula się w nią jej dziecię. 

Życzę Wam także r a d o ś c i z każdego dnia dokładnie takiej, jaką potrafi czerpać dziecko. 

Życzę wielu s i ł do pokonywania przeciwności, bo te są nieodłącznym towarzyszem każdego, nawet najmniejszego ziemskiego istnienia. 

I wreszcie, życzę też wielkiej p a s j i do otaczającego świata, którą to nasze dzieci mogłyby obdarzyć każdego w nieskończonej ilości!

Pamiętajcie proszę nie tylko w ten wyjątkowy wieczór, ale też każdego kolejnego dnia o tym, co w życiu na prawdę jest godne naszej uwagi i poświęceń. 

Mama Muffin

Muffinki piernikowe: świąteczny wypiek last minute


O ja pierniczę! Taki mniej więcej wydaję z siebie co roku okrzyk, gdy na tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia przypominam sobie, że ciasto na pierniczki powinno leżakować. Gdy więc w sobotę Wigilia a ja uświadamiam sobie ten fakt w poniedziałek, na prawdziwie piernikowe ciasteczka nie ma już chyba szans. Choć przyznam szczerze, że w tym roku trochę nie chciałam o tym pamiętać. Niespełna roczne dziecko sprawia, że nie wiem czasami, gdzie mam włożyć ręce, żeby w domu było ogarnięte to co najważniejsze. Gdy poczułam świąteczną atmosferę chciałam sobie trochę odpuścić i nacieszyć się widokiem Córeczki, która wprost nie może oderwać oczu od choinki. I testuje wytrzymałość plastikowych bombek ;) Ale mąż mnie zmobilizował. W domu pojawiło się parę świątecznych dekoracji i zapachniało piernikiem! Zrobiłam świąteczny wypiek last minute.

Ten wypiek dedykuję wszystkim zapominalskim, zabieganym przed świętami, także świeżo upieczonym mamom, które czasu miewają jak na lekarstwo. Ale też tym, którzy wypieką na Boże Narodzenie takie pyszności, że znikną zanim zdążą skończyć się święta :)

Muffinki piernikowe są idealnie pulchniutkie, pięknie rosną i nie są suche, jak często bywa z ciastem piernikowym (dla jednych będzie to ich wada, dla innych na pewno zaleta). I co najważniejsze, i co też lubię najbardziej, można w nich ukryć małe co nieco. Przy okazji świąt i w związku z piernikowym smakiem powidła śliwkowe będą w sam raz!

Składniki na muffinki (12 sztuk):

mąka (300 gram)
cukier brązowy (160 gram)
proszek do pieczenia (2 czubate łyżeczki)
przyprawa do piernika (3 łyżki)
sól morska (pół łyżeczki)
jajka (2 duże)
ekstrakt waniliowy (1 łyżeczka)
olej (100 ml)
miód (7 łyżek)
mleko (100 ml)

Uwaga dla bardziej zdeterminowanych - zamiast uniwersalnej przyprawy warto użyć trzech innych: 2 łyżki cynamonu, 1 łyżka mielonego imbiru, 1/4 łyżeczki mielonych goździków). Zamiast ekstraktu waniliowego polecam pół laski prawdziwej wanilii ;)

Wykonanie:

Przygotuj dwie oddzielne miski. W pierwszej wymieszaj składniki suche, czyli mąkę, brązowy cukier, proszek do pieczenia, przyprawę/y oraz sól. Do drugiej miski wlej olej, dodaj jajka, miód (rozpuść wcześniej jeśli masz skrystalizowany), wanilię i mleko. Wymieszaj a najlepiej chwilę ubijaj trzepaczką.

Następnie (jak to z prostymi i na prawdę szybkimi przepisami na muffinki bywa) wystarczy dodać składniki mokre do suchych i wymieszać. Nie rób tego zbyt długo, wystarczy, że w strukturze ciasta nie będzie już widoczna mąka.

Przygotuj metalową formę na muffinki, włóż do niej papilotki i każdą z nich wypełnij prawie do połowy. Teraz możesz dodać czubatą łyżeczkę powideł śliwkowych i przykryć je resztą ciasta, które Ci zostanie.

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180 stopni C i piecz 20-25 minut. Najlepiej zerkaj na muffinki w trakcie pieczenia. Ja swoje pod koniec zdecydowałam się przełożyć na dolny poziom piekarnika, ponieważ mocno się przyrumieniły.

Muffinki posyp cukrem pudrem, albo udekoruj w bardziej świąteczny sposób. Tu znajdziesz szczegółową instrukcję jak ozdobić muffiny na Boże Narodzenie. Przy okazji spodoba Ci się też może mój pomysł na prezent dla bliskiej osoby na Gwiazdkę :)

Smacznego!

P.S. Polecam wypiekać muffinki w Wigilię lub nawet pierwszy dzień świąt. To zaledwie 30 minut pracy a świeże (i takie na drugi dzień) są najlepsze. Do tego piernikowy zapach w domu najprawdziwszy z prawdziwych :)

Jak efektownie wręczyć wideo od Świętego Mikołaja? (KONKURS: DARMOWE WIDEO!)


Święty Mikołaj to stary dziadek. Ale za duchem czasu nadążać musi, bo inaczej pewnie wypadłby z rynku. Dlatego też nie tylko prezenty, które dostajemy na gwiazdkę często są zdecydowanie "na czasie". Także forma ich wręczenia dobrze, jeśli zyska nowoczesną oprawę. Pomyśl zatem, co by było, gdyby w Wigilię w Twoim domu przeprowadzić transmisję on-line wprost z chatki Świętego Mikołaja? Gdyby jeszcze ten Mikołaj zwrócił się do każdego z domowników po imieniu i w żartobliwy sposób ocenił, czy zasłużył na to, by znaleźć pod choinką wymarzony prezent? Świetna zabawa murowana! Nastój wigilijny też zapewniony. A na twarzach dzieci? Wypieki jak nic!

Gdy całkiem niedawno natknęłam się w Internecie na ofertę zamówienia spersonalizowanego wideo od Świętego Mikołaja pomyślałam, że skuszę się jak nic. To bardzo oryginalny, jeszcze nie oklepany pomysł. A ja takie uwielbiam! Zawsze, gdy wręczam jakiś prezent główkuję nie tylko nad tym, co to ma być, ale też w jaki sposób to zrobię. O ile więcej frajdy zapewniam tym samym sobie i osobie obdarowanej. We wspomnianym wideo, skądinąd przygotowanym bardzo profesjonalnie, można zamieścić zdjęcie wręczanego prezentu i osoby obdarowanej. Jestem przekonana, że ucieszy to nie tylko (choć na pewno przede wszystkim) dzieci.

Ale nie byłabym sobą, gdybym do tak przygotowanego prezentu i jego oprawy w wersji wideo nie dodała czegoś od siebie. Oczywiście... muffinkowego :) Bo jak efektownie wręczyć takie spersonalizowane wideo od Świętego Mikołaja? Powiedzieć: "otwórz komputer", "wejdź na stronę www" albo "sprawdź pocztę e-mail, proszę"? Trochę mało przy tym emocji, nie? 

Dlatego specjalnie dla Was zaprojektowałam mikołajowe muffinki. Pod nimi śmiało może ukryć się odpowiedni komunikat: link do wideo, albo zaproszenie do otwarcia skrzynki e-mail, na którą można przesłać zamówiony filmik. Przy okazji myślę, że takie muffiny będą fajną dekoracją na każdym stole. 

Jeśli nigdy nie dekorowaliście w ten sposób wypieków, bez obaw. Przygotowałam dekoracje o różnym stopniu trudności. Te najłatwiejsze zrobicie w kilka minut! A jeśli nie piekłeś/aś dotąd muffinów, to super. Tym cenniejszy będzie Twój prezent! A ja mam tutaj przepis na najprostsze (i zawsze się udające) muffinki, które śmiało można przygotować nawet z dzieckiem. Obiecuję też, że jeszcze przed świętami pojawi się u mnie na blogu coś bardziej muffinkowo-piernikowego, więc żeby przepisu nie przegapić obserwuj mój profil na FB, gdzie daję znać o takich nowościach:


Zapraszam zatem do wspólnej zabawy! Co będzie potrzebne do dekoracji?

Mikołaje "łatwiejsze":

bita śmietana typu Śnieżka (+mleko do jej ubicia)
białe groszki
czerwona gotowa posypka na czapeczkę (albo np. pokruszone cukierki o kolorze czerwonym)
białe pianki typu marshmallows (można zastąpić groszkami)
czerwone groszki (np. m&m's lub podobne)
wiórki kokosowe
kawałek czekolady

Muffinki "trudniejsze" - z czapką w wersji 3D

bita śmietana typu Śnieżka (+mleko do jej ubicia)
białe groszki
czerwony barwnik spożywczy
białe i fioletowe (lub różowe) pianki typu marshmallows
kawałek czekolady
ryż preparowany
łyżka masła

Szczegółową instrukcję jak ozdobić świąteczne mikołajowe ciasteczka najdziesz tutaj.

KONKURS! WYGRAJ DARMOWE WIDEO!

Zanim zabierzesz się za testowanie powyższych instrukcji zapraszam jeszcze do udziału w konkursie. Dzięki uprzejmości Elfi, właściciela serwisu listydomikolaja.pl mam możliwość wręczenia moim Czytelnikom dwóch kodów na bezpłatne spersonalizowane wideo od Świętego Mikołaja. Stąd też ogłoszony właśnie dziś, z okazji Mikołajek konkurs. Szczegóły znajdziesz na moich profilach społecznościowych:

Facebook MamamuffinPL - tu jeden kod do wygrania

Instagram MamamuffinPL - tu też jeden kod do wygrania

Możesz wziąć udział w obu konkursach, aby zwiększyć swoje szanse ;)

Konkursy trwają od dziś tj. 6 grudnia do piątku 9 grudnia włącznie (do północy). Zapraszam do zabawy i życzę powodzenia!


Cycki i owsianka. 5 powodów, dla których nie mogę skończyć karmić piersią


Przychodzi taki czas w życiu mamy karmiącej, kiedy to karmienie piersią staje się elementem dnia codziennego, takim samym jak chociażby porcja płatków z mlekiem na śniadanie. Owszem, czasem bywa, że smakują gorzej, innym razem coś się niechcący rozleje. Ale w gruncie rzeczy nikt nie opowiada o tych przygodach na prawo i lewo. Pewnie dlatego tak trudno dotrzeć do wiedzy, która może okazać się bezcenna przy długim karmieniu piersią. Wiele mam się na to decyduje. Ale jednak mam wrażenie, że Internet przychodzi z szybką pomocą w początkach karmienia, gdy pojawiają się pierwsze, podstawowe pytania i wątpliwości. A potem jest już cisza... Albo raczej trzeba dobrze się postarać i poszukać. Wiadomo, w miarę oswajania się z rolą matki uczymy się cierpliwości i dystansu do problemów. Życie pokazuje, że wiele z nich rozwiąże się samo z upływem czasu. Tak jest też w przypadku tych cycowych kłopotów u dziecka. Najwięcej jest ich z noworodkiem, potem sytuacja zwykle się stabilizuje. Co nie znaczy, że nie warto o długim karmieniu piersią wspominać. Bo mamy karmiące ponad pół roku i dużo, dużo dłużej to wcale nie kosmitki. Na prawdę istnieją i mają się dobrze. Dlatego śpieszę donieść o codzienności przy piersi w trzeciej już części mojego blogowego cycostory (część pierwsza opowieści o karmieniu piersią tutaj, część druga tutaj).

Oto kilka uzależniających faktów, które sprawiają, że po 10 miesiącach wciąż ani myślę, aby odstawić Małą Muffinkę od piersi. Tym samym mleko z cyca jest i w najbliższym czasie pozostanie w jej menu równie pewnym składnikiem jak owsianka na śniadanie u jej mamy.

Powód nr 1: Jak cudownie, że karmisz, ale...

Żadna sytuacja z mojego życia nie pomogła mi tak zbudować pewności siebie, jak właśnie karmienie piersią. I w pewnym sensie jestem wdzięczna tym wszystkim, którzy wprost lub między wierszami, mniej lub bardziej świadomie chcą mi powiedzieć, że jestem dziwakiem: "...niezły z Ciebie Stachanowiec!", "...przez długie karmienie narażasz się na osteoporozę, a swoje dziecko na ADHD"(sic!), "...Twoje mleko nie ma już wartości odżywczej dla dziecka" itp., itd. Każdy taki argument zapala w mojej głowie czerwoną lampkę i powoduje, że mogłabym rzucić się na rozmówcę niemalże jak byk na torreadora w trakcie hiszpańskiej corridy. Ale spokojnie, do przemocy fizycznej z mojej strony jeszcze nie doszło i z pewnością nigdy nie dojdzie ;) Choć fakt, że przy takich okazjach ćwiczę niezwykle przydatną w życiu umiejętność "strzelania" w rozmówcę argumentami, bądź - jeśli widzę, że logiczna dyskusja nie ma tutaj sensu - odpuszczania w świadomości swojej najświętszej racji. Wzbogaciłam się niedawno nawet, również z racji mojego zapału do chustonoszenia w torbę z napisem: "Karmię, noszę, nie przeproszę". No i tyle w temacie!

Powód nr 2: Mamo zjem Cię, zjem Cię... obedrę ze skóry :)

Karmienie piersią daje okazję do nawiązania z dzieckiem fizycznej, niesamowicie bliskiej i niepowtarzalnej relacji. Tym większej, im dłużej "się karmimy". Zawsze bawi mnie i daje niesamowitą ilość endorfin, gdy moja Córeczka robiąc się głodna zaczyna po mnie chodzić, wtula się w moje ciało, podgryza mnie gdzie bądź i całym swoim malutkim ciałkiem przyklejającym się do mojego daje mi do zrozumienia, że to już ta pora na małe co nie co. Czasem mam wrażenie, że gdyby mogła to by wessała mnie całą :) Gdybym skończyła karmienie piersią na etapie niemowlaka w powijakach nigdy bym tego nie doświadczyła. W początkach bowiem sygnałem do karmienia był przeraźliwy płacz. Z czasem się to jednak zmienia i dzieciaczek staje się takim małym ssakiem-zwierzakiem, który gryzie, na widok cyca syczy, śmieje się w głos, przykleja się do matki i macha ze szczęścia w trakcie jedzenia nóżkami. Boskie! I uzależniające.

Powód nr 3: I nie będziesz mi dawać cyca lewego przed prawym!

Jest strasznie śmiesznie. Gdy dziecko jest coraz starsze ucierają się bowiem pewne cycowe zwyczaje. Trzeba wytrwać w karmieniu, żeby tego doświadczyć. Jakie na przykład są u nas?
- z lewego cyca tylko na dokładkę: raczej nie ma mowy, by zaczynać karmienia z lewej strony. Ot, takie widzimisie małego ssaka... a może i coś więcej. Jak się domyślam po prawej mam nieco sprawniejsze kanaliki, płynie szybciej i więcej, dlatego na lewą pierś Córeczka godzi się dopiero, gdy mleka trochę się już tam naprodukuje. Wiadomo, każdy woli jeść zupę dużą łyżką, gdy jest pod ręką, a po małą sięga dopiero przy deserze, nie??
- w związku z jedzeniem z obu piersi przy jednym karmieniu, na dobre utrwaliła się nam już pozycja do karmienia. Zaczynamy z pod pachy po prawej stronie, kończymy klasycznie po lewej. Dzięki temu nie ma przerzucania dziecka z boku na bok, co mnie niesamowicie cieszy, bo chyba musiałabym chodzić przy tym na siłownię!
- ciąganie mamy za włosy (to nie prawda, że po ciąży włosy masowo wypadają, po ciąży one się po prostu garściami wyrywają a raczej wyrywa je mały piersiowy rozbójnik)
- drapanie za uszami i po główce (rączki Córeczki muszą mieć zawsze zajęcie, więc jeśli nie ma akurat mamy włosów w zasięgu to zawsze zostaje jeszcze własna główka)
- machanie nogam (uwielbiam to!)
- pierdzenie buzią/mówienie do cyca i dmuchanie też - o dziwo! popatrzcie! jak się to robi w tę stronę to mleko nie poleci ;p
- nowa bluzka u mamy? kolczyki w uszach? ręcznik na głowie? Zapomnijcie! Nie ma jedzenia! Nadszedł czas, by odkryć, że oprócz mleka są inne ciekawe rzeczy na tym świecie :)

A tak całkiem serio to zwyczaje przy cycu owszem są fajne. Ale są też niesamowitą ulgą na mlecznej drodze. Gdy wspomnę czasy przystawiania dziecka, gdy maluszek odrywał buzię z przeraźliwym płaczem. Nie wiedziałam o co chodzi, nie było lekko. A teraz? Są jasne sygnały, co jest ok, co nie tak. Rozumiemy się doskonale i lepiej już być nie może.

Powód nr  4: Ja mam to zjeść? No chyba żartujesz!

Cyc służy do jedzenia. A jedzenie? Co najwyżej do zabawy. A i tak słabo wypada w konkurencji z twardym (czyt. świetnym do gryzienia) talerzykiem albo miską. Na pewno o naszej przygodzie z rozszerzaniem diety napiszę jeszcze pewnego dnia więcej. Na razie jesteśmy w trakcie i idzie nam raz lepiej raz gorzej. Zdecydowanie mleko mamy zawsze wygrywa ze wszelkimi innymi propozycjami kulinarnymi. W pierwszych chwilach budziło to mój niepokój, potem wyluzowałam. I szczerze to też trochę zatkałam uszy. Bo w powszechnym przekonaniu, dziecko w wieku mojej Córki powinno zajadać się już dla swojego zdrowia zupkami, mięskiem, owocami i innymi cudami, a mleko mamy to dla niego raczej tylko dodatek. Ja wiem, że jest odwrotnie i nie musimy się śpieszyć. Rozszerzać cierpliwie dietę a i owszem. Ale nic na siłę, bez obaw i nerwów. Gdy moje dziecko będzie gotowe zacznie wcinać co trzeba, aż uszy będą się trzęsły. Karmienie piersią daje mi w tym względzie niesamowity spokój. Nie jest przeszkodą, jak niektórzy sugerują. Jestem pewna, że Córeczka dostaje najważniejsze składniki diety, w najzdrowszej z możliwych postaci prosto z mojej piersi. Mamy więc czas, aby spokojnie, we własnym tempie rozszerzyć dietę.

Powód nr 5: Jeden, dwa, trzy i ZZzzzzz

Nie pozwalaj jej spać przy cycu! To jedna z rad, którą usłyszałam niedługo po powrocie z dzieckiem ze szpitala. W sumie to się nią trochę przejęłam. Na początku. Ale wiecie co? Umęczona bujaniem, noszeniem przed snem coraz większej liczby kochanych kilogramów z radością przyjęłam chwilę, kiedy mała zaczęła zasypiać przy karmieniu. Nie zawsze tak było. Wcześniej nerwowość przy piersi nie pozwalała na takie błogie ululanie do snu.  Ale od 7-8 miesiąca zaczynało się to stawać naszym zwyczajem. I zbawieniem! Teraz przy okazji południowej drzemki albo po kąpieli robimy myk do sypialni i sprawa załatwiona. Po 5-10 minutach (jeśli mam akurat fazę na przyglądanie się błogo śpiącej na moich kolanach Córeczce), wychodzę z miną bohatera i mam troszkę czasu dla siebie.

Co dalej?

Na koniec tego pełnego entuzjazmu wpisu winna jestem dokonać szczerego wyznania. Za niecałe dwa miesiące wracam do pracy. Dlatego pozytywne myśli, których tu jest co nie miara, przeplata od czasu do czasu lekki niepokój. Jak każda matka martwię się o to, czy decyzja, która na dzień dzisiejszy wydaje mi się najlepszą z możliwych dla mojego dziecka, rzeczywiście okaże się tak samo dobra w perspektywie mojego powrotu do zawodowych obowiązków. Intuicja podpowiada mi, że tak. Ale rozum bez ustanku pyta: Czy karmiąc piersią przez tak długie miesiące nie przywiązałam nadto do siebie mojego dziecka? Jak poradzimy sobie z codziennym menu wobec moich kilkugodzinnych nieobecności? Co będzie z usypianiem małej bez cyca, gdy przyjdzie czas na południową drzemkę? Ok. Niby wiem, że dziecko jest mądre i nie da się zagłodzić. Zje, gdy będzie taka potrzeba. Nauczy się też przebywać bez matki, ale żeby posiąść taką umiejętność musi najpierw... bez niej po prostu zacząć przebywać. I że jest jeszcze masa innych sposobów na usypianie dziecka, każdy opiekun musi tylko znaleźć swój w porozumieniu z maluchem. Ale to jest na razie wiedza w teorii i choćby uspokajały mnie wszystkie mamy świata, które przeszły już to, co mnie czeka, to wiem, że pierwsze dni a może i tygodnie nie będą łatwe. Na pewno Wam potem o wszystkim napiszę. Czy po kilku miesiącach tak rewolucyjnych zmian dalej będę karmić piersią? Mam nadzieję... Czytajcie bloga (a najlepiej też obserwujcie go na Facebooku), bo tak czy inaczej ciąg dalszy mojego cycostory na pewno nastąpi... :)

Obserwuj mój blog na FB! Obiecuję, że będzie ciekawie :)