Nie karm mojego dziecka takimi głupotami, please! (Post nie o diecie, bynajmniej!)


Czasem mam wrażenie, że dzieci traktuje się niczym pieska w eksperymencie Pawłowa. Przypomnę, że chodzi o ćwiczenie na zwierzęciu bodźców warunkowych. Wspomniany uczony, na bazie wielu prób przeprowadzonych z psem doszedł do wniosku, że zwierzę wykazuje pewne odruchy warunkowe, którymi można sterować, ale też, jak się domyślam, jeśli są raz nabyte, trudno je potem wyeliminować. I tak jeśli pies ślini się na kiełbaskę, to gdy w towarzystwie podawania tej kiełbaski kilka razy zapalisz jednocześnie światło albo pokażesz mu jakiś przedmiot, z czasem pies będzie ślinił się też już tylko na samo zapalenie światła lub na widok rzeczonego przedmiotu. Nie będzie trzeba nawet wyciągać z lodówki jego ulubionego smakołyku. Tak działa jego mózg i biologiczne uwarunkowania.

Do dzieci często podchodzi się jak Pawłow do pieska. Nie rób tego lub tamtego, bo przyzwyczaisz. W domyśle chyba bardzo często, nauczysz odruchów, których już za nic w świecie u dziecka nie wyeliminujesz. Jakby zapominało się, że dziecko jest istotą po stokroć bardziej rozumną od prostego zwierzęcia domowego. I oprócz zwykłych odruchów, ma też umysł, którym myśli i przyjmuje tłumaczenia rodziców. Rozumie i wciela to, co podpowiada mu rozum w życie.

Na krótko przed pierwszą ciążą miałam okazję zetknąć się z kilkoma tekstami Janusza Korczaka i Marii Montessori. Czytałam je, bo chciałam zrobić drobną przysługę koleżance, która potrzebowała sprawnego streszczenia tych materiałów. Nawet nie wiedziałam, że zrobię tym samym jeszcze większą przysługę sobie samej w postaci zrozumienia istoty filozofii tych dwojga działaczy. Filozofii jakże pięknej, bo bazującej na przekonaniu o wielkości dziecka, które nam dorosłym wydaje się takie małe i nieporadne.

"Budowniczym człowieka jest dziecko. Dziecko jest ojcem człowieka". (M. Montessori)

Infantylizujemy dzieci. Nie doceniamy ich potencjału. Traktujemy jak istoty słabsze i co tu dużo gadać głupsze od nas, bo patrzymy na nie ze złej strony. Z góry, tak jak pozwala nam na to nasza codzienna perspektywa. Tymczasem skłaniając się do poziomu dziecka, jeśli tylko zrobimy to we właściwy sposób, pozbywając się naszej dorosłej perspektywy, dostrzeglibyśmy olbrzyma o potencjale, sile, wielkości znacznie przekraczającej możliwości "dużego" człowieka.

"Dziecko nie może myśleć «jak dorosły», ale może dziecięco zastanawiać się nad poważnymi zagadnieniami dorosłych; brak wiedzy i doświadczenia zmusza je, by inaczej myślało". (J. Korczak)

Dziecko w przelanych na papier myślach Korczaka i Montessori to istota potężna. Utkwił mi w pamięci obraz małego niemowlaka, który maluje M. Montessori. Patrząc na niego widzimy jego nieporadność, ruchy które są nieskoordynowane, ciągły płacz. A tymczasem już w tak małym dziecku drzemie wielka siła życia, upór i umiejętność uczenia się, której my dorośli już dawno nie posiadamy. Mówiąc krótko, gdybyśmy mieli w dorosłym życiu zdolności uczenia się małego dziecka, to byśmy wszyscy byli Einsteinami albo jeszcze lepiej. Po prostu potęga!

Z jednej strony XIX wieczne rozważania o wielkości dziecka. Z drugiej XXI wiek i nasze podstawowe problemy, zachowania, które wołają o pomstę do nieba. Myślę, że wielu rodziców, których sercu bliskie jest takie zrozumienie natury dziecka, może mieć podobnych przykładów na pęczki. Ja osobiście wielokrotnie słyszę na temat mojej Córki, jaka to mądra i sprytna dziewczynka, ile potrafi powiedzieć, mając niespełna dwa latka, ile rozumie. I niejednokrotnie, chwilę później w zachowaniu lub na ustach tej samej osoby pojawiają się sytuacje, słowa, które sprowadzają moje dziecko do poziomu właśnie wspomnianego pieska:

- Choć zobaczysz kotka (powiedziane, by odwrócić uwagę dziecka od przedmiotu, którego bardzo chce a dostać nie może, tymczasem żadnego kotka w okolicy nie ma)
- Co to za lala w lustrze? (powiedziane, by dziecko przestało płakać, choć moim zdaniem już na poziomie co najmniej pół roku moje dziecko zaczynało kojarzyć, że lustro=własne odbicie)

Niedawno przechodziłam z córką etap odzwyczajania od smoczka. To był dopiero temat! Ileż się nasłuchałam o kurach, co go zjadły, żeby za chwilę i tak znalazł się w jej buzi, o tym, że pani nie sprzeda następnego, że się dzieci będą śmiały... itp. itd. Szczerze, to zamknięcie tego etapu przyspieszyłam chyba właśnie z tego powodu, że już miałam dość robienia z mojego dziecka głupiego, a dopiero w drugiej kolejności z przekonania, że to już absolutnie ten moment i czas najwyższy. Po prostu chciałam zaoszczędzić dziecku komentarzy otoczenia. Wzięłam ją pewnego ranka na bok, gdy płakała za smokiem. Pokazałam jej tego smoka, bo akurat zauważyłam kolejny przegryziony egzemplarz i pokazałam te dziury. Powiedziałam, że zrobiły się od ząbków i nie mogę dać jej więcej tego smoka, bo to niebezpieczne, mogłaby odgryźć i zjeść. Byłby w jej brzuszku i mógłby ją wtedy boleć. I tyle w temacie. Zrozumiała. Przez kilka dni płakała, że pogryzła smoczek, ale tyle. Żadnych bajek, cudactw i magicznych rytuałów. Po prostu dziecko zrozumiało, co się do niego powiedziało, bo zrobiłam to w sposób, który był dla niej przystępny, odpowiadał jej doświadczeniom życiowym, umiejętnościom zrozumienia świata. To wcale nie było takie trudne.

Dlatego apeluję: nie kłam, nie zmyślaj, nie gadaj głupot mojemu dziecku. Please!

Jak nie chcesz, żeby moje dziecko coś robiło, to po prostu mu to powiedz i wytłumacz dlaczego. Albo poproś mnie, abym się do tego zabrała. Ja nie mówię, że mi się nie zdarza, bo nie jest to łatwe. Jest bowiem pewna cienka granica, pomiędzy tłumaczeniem świata na język dziecięcy a traktowaniem dziecka jako, łagodnie to ujmując, mniej bystrej istoty. Jest też subtelna granica między żartem a ogłupianiem. Bo są żarty, które śmieszą tylko nas dorosłych. Takie, które opierają się na wiedzy o świecie, której dziecko jeszcze ma prawo nie mieć. Śmieszą tylko nas, a z dziecka robią niestety głuptaska.

Więc, jeśli masz ochotę się pośmiać, to nakarm tymi głupotami lepiej kury! A nie moje Dziecko.

Co o życiu wie Twoje Dziecko, a co być może zbyt często Ci umyka? Refleksje Świąteczne.


Moje tegoroczne świąteczne myśli mają swój początek tam, gdzie zaczyna się nowe życie. Życie mojego dziecka, które zaczęło się już prawie dwa lata temu. I życie mojego drugiego dziecka, na którego narodziny dopiero czekam... 

Wiecie ile uwagi jest w stanie poświęcić maluch dla jednej czynności? Średnio 3 do 5 sekund. Sprawdziłam to naocznie, gdy zostałam mamą. Jeśli liczysz na dłuższe skupienie ze strony malutkich oczek, ryzykujesz rozczarowanie. Dziecko żyje chwilą tak, jakby żadne wczoraj, jutro, a nawet za 5 minut i godzinę nie istniało. Po prostu o tym nie myśli, a to co zajmuje jego umysł to właśnie kilkusekundowe rozterki. Nie wybiega nimi kilka kroków do przodu, ani nie kroczy w tył. To dlatego rodzicielstwo wymaga tyle cierpliwości, gdy powtarza się po raz dziesiąty w jednej minucie, że piecyk jest gorący i trzeba trzymać się od niego z daleka.Tak żyje malutkie dziecko. A jak żyją dzieci już dorosłe? Planujemy przyszłość, przeżywamy to, co minęło i myślimy, co zrobić, żeby nie poparzyć się ponownie. Myślami jesteśmy głównie w jakimś innym wymiarze czasowym, czy to przeszłym, czy mającym nadejść, bynajmniej zawsze odległym od teraźniejszości. Całymi latami byłam przekonana, że jest to najmądrzejsza postawa, jaką możemy przyjąć w życiu. Aż nie zetknęłam się z własnym dzieckiem i nie wpadłam po uszy z miłością w cały jego świat pełen teraźniejszości. Patrzę teraz z innej perspektywy i uwielbiam tkwić w tej rzeczywistości. W niej odpoczywam i nabieram sił na dorosłe rozmyślania. Wiem, że nie jestem wyjątkowym rodzicem. Wielu ma dokładnie tak samo. 

Ta życiowa mądrość, której doświadcza rodzic malutkiego dziecka jest jednak bardzo ulotna. Dzieci dorastają a wraz z nimi umyka zdolność do zatrzymywania się w teraźniejszości. Może udaje się, gdy wyjedziemy na urlop, albo na chwilę w wyjątkowo udany weekend. Ale dużo rzadziej tak na co dzień, o każdym poranku, popołudniu i wieczorem.

Dziś wieczorem, gdy zasiądziemy wspólnie z Mężem i Córeczką przy Wigilijnym stole bardzo chcę mieć tą właśnie refleksję głęboko w pamięci. Życzyć sobie, by taka umiejętność upajania się tym, co jest tu i teraz, szczęściem, obecnością bliskich towarzyszyła nam każdego dnia, nie tylko w takich świątecznych okolicznościach. Ja na szczęście mam obok siebie moje Dziecko, które będzie mi o tym na co dzień przypominać ;)

Mamo z przychodni, przepraszam Cię za tę szpilkę w Twojej pupie


Siedziałam w przychodni, przed drzwiami gabinetu mojego ginekologa. To była druga, a może trzecia z kolei ciążowa wizyta. Dokładnie nie pamiętam. Akurat zdarzyła się wtedy seria brzuchatych pacjentek. W bardziej lub mniej zaawansowanej ciąży. Było już dosyć późno, smętnie i nudno, więc gdy tylko jedna z przyszłych mam odważyła się coś powiedzieć, zaraz wywiązała się zagorzała dyskusja. Oczywiście o ciąży i dzieciach. W rozmowie zaczęła dominować jedna z mam, która spodziewała się pierwszego dziecka. Pół żartem, pół serio widać było, że się obawia swojej nowej roli i czuje się do niej (a jakże by inaczej!) totalnie nieprzygotowana. Najbardziej przerażała ją wizja nieprzespanych nocy. W kółko pytała, czy to tak na serio jest, że nie da się wyspać. Cóż powiedzieć mogły inne, bardziej doświadczone mamy?
- Bywa różnie, ale lepiej zawczasu się wyspać - żartowała jedna z nich.
- U mnie najgorzej było z kolkami, wtedy to był koszmar ze spaniem - dodała inna.
Ja byłam w tym towarzystwie akurat najdłuższą stażem mamą, wtedy 20-miesięcznej córeczki. I chyba poczułam się przez to ekstra ekspertką, bo w pewnej chwili wyrwało mi się:
- Ja od półtora roku przespałam dopiero dwie noce, serio - powiedziałam szczerze i nie skłamałam. Tak właśnie wtedy było. Nocny sen jeszcze był przerywany i trochę przerażała mnie wizja, że za parę miesięcy częstotliwość pobudek znów wzrośnie. To chyba stąd te słowa, najwyraźniej ciężkiego kalibru, bo w oczach dziewczyny zobaczyłam autentyczne przerażenie. "No przygotuj się dziewczyno i nie patrz tak na mnie" - pomyślałam wtedy brutalnie, a przez głowę nie przeszła mi nawet odrobina refleksji nad tymi słowami. Zaraz po tych słowach weszłam do gabinetu.

A przecież Droga Mamo spotkana w przychodni, nie powiedziałam Ci wtedy wszystkiego. Bo jaką prawdę o doświadczeniu z dzieckiem, w jakiejkolwiek dziedzinie, można zamknąć w jednym zdaniu, wetkniętym tuż przed wejściem na wizytę do lekarza? Codzienność z dzieckiem to tysiące sytuacji, każda ma sto pięćdziesiąt przyczyn i mniej więcej tyle samo skutków. Jak to można tak uogólnić? Nie powiedziałam Ci przecież droga mamo, że nadal karmię piersią, że kiedyś budziłam się przy tej okazji x-dziesiąt razy w ciągu nocy, a teraz raptem raz czy dwa na szybkie karmienie. I idę w kimono zasypiając w kilka sekund, dziecko też odpływa w błogi sen zanim jeszcze skończy "cyckać" na dobre. Nie powiedziałam Ci też, że do tego się w zupełności przyzwyczaiłam. Że wstaję w nocy zupełnie tego nie rejestrując, a mój organizm (nie licząc pierwszych najtrudniejszych tygodni), absolutnie się do tego przyzwyczaił. Po prostu wpisał sobie te pobudki w swój rytm funkcjonowania. I jest ok. Owszem, gdy zasypiam, myślę sobie czasem jakby to było fajnie zamknąć oczy i obudzić się dopiero rano. Tak jak kiedyś. Ale ostatecznie to dla mnie nie problem, ba nawet lubię te nocne chwile spędzone sam na sam z dzieckiem, które mnie tak bardzo potrzebuje. Być może Ty też to poczujesz. Tego Ci nie powiedziałam i za to przepraszam.

Nie wiem dlaczego mamy, gdy tylko wyczują się "starsze stażem", często mają tendencję do generalizowania w ten sposób, by efekt rozmowy był dla tej młodszej matki zaskakujący. Często szokujący. I w gruncie rzeczy czasem być może, że miażdżący. Taka mała szpileczka wbita w pupcię "młodszej stażem", a więc i mniej doświadczonej koleżanki. Tak jakby ten jej lekki podskok na siedzeniu i czasem stłumiony pisk, spowodowane ukłuciem, miały wywołać ulgę umęczonej już wychowaniem dziecięcia mamy.

Sama padałam nie raz ofiarą podobnych "szpileczek". Nie zawsze złośliwych, czasem wkłutych bezmyślnie, niechcący, a być może i nawet w dobrej wierze. Ale jednak. Pamiętam na przykład rozmowę z koleżankami w okresie, gdy moja córeczka miała jakieś 3-4 miesiące. Żaliłam się wtedy, że moją zmorą jest przebudzanie się dziecka choćby na najdrobniejszy szelest, gdy wchodzę do niej do pokoju. "Dlatego ja do mojego dziecka nie zaglądam, kiedy śpi." - usłyszałam w odpowiedzi konkretne słowa z ust jednej z mam. I skończyłam rozmowę, czując się wtedy, hmm... matką fajtłapą? Lekko przewrażliwioną? Na pewno nie doświadczoną. Teraz z perspektywy, bardziej pewna siebie i swoich działań, spojrzałabym na te słowa w inny sposób. Właśnie w taki, jak wyżej podsumowałam swoje własne. No bo przecież autorka tych słów ma dziecko starsze o rok. Kiedy moja córka zaczynała sztywno trzymać główkę, jej dziecko już dawno hasało po placu zabaw. To duża różnica i tym samym olbrzymia przepaść w doświadczeniach matek. Tak wielka, że czasem u tej starszej pewne sytuacje już dawno mogły ulecieć z pamięci. Czy na prawdę nie zaglądała? Tym bardziej przy pierwszym dziecku? Czy po prostu już nie pamiętała, że taki nowonarodzony maluszek budzi obawy u swojej matki, kiedy śpi i nie ma go na oku. To starsze co najwyżej się odkryje. To malutkie może zakryć buzię kocykiem, przewrócić się na brzuszek, zatkać nosek, nie móc oddychać. Być może, nawet gdy są to tylko zmory świeżo upieczonych mam, a nie realne zdarzenia, są wystarczającym powodem, by zaglądać nawet setny raz do pokoju, gdzie śpi noworodek. Żadnym objawem gapiostwa i braku rozsądku. No ale, co mama starszaka powiedziała, to powiedziała. Dyskusja poszła dalej innym torem, a "szpileczka w mojej pupie" została ;)

Zachowałam się w podobny sposób wobec Ciebie Droga Mamo poznana w przychodni, a przecież sama obiecałam sobie, zaczynając pisać tego bloga, że nie będę generalizować. Nie będę przenosić moich doświadczeń na doświadczenia innych mam i przez to prawić jakichkolwiek morałów. Ja co najwyżej mogę pisać o sobie i moim dziecku i już. Z rozwagą, mając na względzie tego, kto to czyta.  Może znajdzie w moich słowach coś dla siebie. A w życiu zachowałam się dokładnie na odwrót. Nie wiem, co bardziej zatriumfowało. Chęć zabłyśnięcia, albo może raczej skrywane obawy, co do moich nadchodzących nocy po urodzeniu drugiego dziecka. W każdym razie wyszło fatalnie i nie mogę już tego inaczej naprawić. Dlatego, Droga Mamo, może Ty, albo podobna Tobie osoba czyta właśnie ten wpis. Przepraszam Was w imieniu innych mam. Czasem intencje bywają szczere, a wychodzi wiadomo... jak zawsze :( Lubimy rozmawiać. Rozmowa o dzieciach łączy szczególnie i bardzo dobrze! W dzisiejszych czasach to warta pielęgnowania cecha. Tyle, że w takich rozmowach często uogólniamy. I obie strony muszą mieć to na uwadze.

Droga Młoda, Niedoświadczona, Pełna obaw Mamo! Pamiętaj, że jedno jest w stu procentach pewne. Twoje dziecko będzie inne niż moje! Nie ma dwóch takich samych. Co najwyżej może mieć pewne analogiczne zachowania. Momentami da Ci w kość, a może będzie grzeczne i spokojne, albo najpierw przez pierwsze pół roku doprowadzi Cię do totalnego wyczerpania, ale za to później stanie się cudnym aniołkiem? Będą chwile trudniejsze i te przyjemniejsze. Takie jest życie. Takie jest macierzyństwo. I rodzicielstwo też. I to jest piękne. Dlatego podnieś pupę, żeby szpileczka trafiła gdzieś w powietrze. Jesteś/Będziesz Matką, więc zasługujesz na to, by nosić ją wysoko ;)

Jak zaszłam w drugą ciążę? Pikantne szczegóły! ;)


Moja ostatnia rozmowa telefoniczna z ginekologiem:
- Od dwóch tygodni źle się czuję, więc albo jestem w ciąży, albo moje hormony oszalały.
- A czy robiła Pani test ciążowy?
- Nie, bo już mi nie raz różnie wychodziły te testy, wolę nie robić.
- To się umówimy tak: proszę zrobić sobie badanie Beta hCG i w zależności od wyniku umówimy się na pilną wizytę, albo dopiero za miesiąc, bo takie mam terminy.

Tydzień później, po godzinie 22-ej, wciśnięta w kolejkę między dawno zapisane już pacjentki, siedziałam w gabinecie ginekologicznym. Wynik bety >121 tys. mIU/ml
- Jeszcze nigdy nie widziałem na dzień dobry u pacjentki takiego wyniku. - powiedział lekarz.
A że ja oczywiście nie pamiętałam daty ostatniej miesiączki, musiałam zdać się na niego. -To będzie gdzieś 10-ty tydzień. - orzekł.

Oczy wyszły mi lekko na wierzch. Czułam się jak uczeń, który nie odrobił pracy domowej a w dodatku przyszedł na lekcję totalnie nieprzygotowany. Zupełnie nie w moim stylu. Zaczęłam się jąkać tłumacząc, że przyszłam tak późno, bo myślałam, że to hormony. 19-miesięczna córeczka jeszcze na piersi, ale je już trochę mniej. Stąd myślałam, że te mdłości i inne przypadłości są spowodowane zmianami w organizmie, który wraca na stare tory po ciąży. Ale jak widać nie zdążył. Zafundowałam mu kolejne 9 miesięcy rewolucji, potem następne może i 20 albo dłużej (oby!) okresu karmienia piersią. Chwilę później już widziałam małego sprawcę całego zamieszania na żywo. Wzruszenie jak za pierwszym razem. Do tego myśl, że po prostu nie mogę uwierzyć, że mam w sobie już takie duże Życie, przyczajone, spokojnie się w brzuszku wiercące, jakby chciało powiedzieć: "Cześć Mamo, jestem tutaj, ale ty sobie nie przeszkadzaj, trochę sobie tu jeszcze posiedzę. Ok?". Z pierwszym dzieckiem poznaliśmy się na etapie mikroskopijnej kropeczki. A teraz, jaki to był szok i niespodzianka.

No to jazda! Jak dla mnie taka bez trzymanki. Mały psikus od życia, który niebawem zamieni się w prawdziwy skarb. Dobrą puentą do tego była informacja, która padła z ust lekarza na koniec wizyty: termin na 1. kwietnia. Prima Aprillis. No tak... Jakże w tej sytuacji mogłoby być inaczej :)

Pierwsze dziecko jest ponoć z ciekawości a drugie z miłości. Jak to było u nas za tym drugim razem? Od samego początku, gdy na świecie pojawiła się Mała Muffinka wiedziałam, że nie może wychowywać się sama. Drugie dziecko było w planach, ale ja nigdy nie licytuję się z życiem o to, co chcę a czego nie i kiedy, jeśli wiem, że nie mam na to 100-u procentowego wpływu. Dlatego myśl o powiększeniu rodziny była lekko z tyłu mojej głowy. Powrót do pracy, obowiązki przy dziecku, ogarnianie życia rodzinnego. Nie było czasu przystanąć i pomyśleć: teraz! W zasadzie to, mówiąc szczerze, trochę się jeszcze bałam. Czułam się mocno zmęczona psychicznie. Także mój organizm (tak przynajmniej myślałam), nie był jeszcze gotowy, bo do wagi sprzed ciąży (53 kg) brakowało mi wciąż 8-iu. No i wspomnienia z porodu, choć wcale nie najgorszego, były dosyć świeże. To znaczy z pamięci wymazało mi się wszystko, co wiązało się z bólem, czy obawami. Ale jak dziś pamiętam moje słowa do męża po przywiezieniu z porodówki na salę: "Jeśli chodzi o drugi poród, to na razie na pewno zaczekamy". No i przez to w mojej głowie tkwiło, że z jakiegoś powodu musiałam to powiedzieć.

Na szczęście życie pomyślało za mnie. W sumie to akurat w chwili, kiedy dzięki mojej córeczce zaczęłam przesypiać noce! No to teraz mam jakieś... 5 miesięcy, żeby się tym nacieszyć ;) I tak oto druga ciąża przyszła w momencie, kiedy jeszcze nie byłam gotowa. Ale wiadomość o niej, przez moje tymczasowe roztargnienie, z lekkim opóźnieniem i dzięki temu już w zasadzie w chwili, gdy to się zmieniło. Chyba intuicyjnie coś musiałam przeczuwać, bo nie wiedzieć czemu spóźnione odwiedziny u znajomej, która urodziła niedawno dziecko, wreszcie doprowadziłam do skutku. Po prostu poczułam, że muszę zobaczyć małą Martę. Odwiedziłam ją i dzięki temu autentycznie jakiś tydzień wcześniej, przed badaniem u ginekologa miałam w głowie myśl: "Już jest ok. Nie byłoby tak źle ";) No i proszę, mówisz i masz...

I jedyne, na co się nie przygotowałam, to brak apetytu na mojego ukochanego pikantnie zapiekanego kurczaczka. Ale jak to w ciąży, szybko się odmienia, więc mam nadzieję, że i smak na paprykowo-ziołowe pałeczki powróci. Wtedy obiecuję przepis na blogu!

Żeby go nie przegapić i jeszcze kiedyś dowiedzieć się, co u nas słychać koniecznie kliknij "Lubię to" o tutaj:



A jak to było u Was z drugą ciążą? Jaki był początek? Jakieś zaskoczenia?

Muffinki maślane - wyjątkowo puszyste!

muffinki maślane puszyste

W życiu trzeba sobie czasem podmaślić ;) Zwłaszcza, jeśli jest się na progu zmian takich jak u nas (o czym niebawem na blogu), wypada sobie dodać odwagi, doprawiając ją szczyptą dobrego nastroju. A ten wiadomo, nie bierze się z niczego. Podniebienie i żołądek to jego najlepsi przyjaciele. Przyszedł więc czas, by wypróbować przepis, który od dawna przerzucałam z miejsca w miejsce w moim notesie kulinarnym. Nie wiem dlaczego tak długo nie wiedziałam, że mam w nim taki prawdziwy maślany skarb.

Żeby te muffinki wyszły prawdziwie maślane, nie warto kombinować z masłem. Żadne 60, czy 70 procent, albo maślany mix! Prawdziwe masło to takie, które zawiera od 80 do 90 procent tłuszczów mlecznych i ani grama roślinnych.

Składniki na muffinki (18 sztuk):

1 łyżeczka aromatu waniliowego (lub pół laski wanilii)
kostka masła (200 g)
cukier (350 g)
5 jaj
mąka (250 g)
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
1 szklanka mleka

Aby muffinki były idealnie puszyste koniecznie trzeba pamiętać, by odpowiednio wcześniej wyjąć z lodówki produkty do ich przygotowania (masło, mleko, jajka). W szczególności masło, jeśli będzie w temperaturze pokojowej, o wiele szybciej, łatwiej i dokładniej wymiesza się z pozostałymi składnikami. Odrobina cierpliwości, zanim prawdziwe masło nabierze swojej maślanej, lekkiej konsekwencji to cena jaką płaci się za pyszny smak. Maślane mixy są miękkie z natury, nawet w lodówce, ale czy to na prawdę to samo? Jak dla mnie nie!

Wykonanie:

Zmiksuj cukier z masłem, tak by otrzymać jednolitą, puszystą masę. Grudki cukru będą lekko wyczuwalne, ale lekkość masy powinna być widoczna po ok. 3 do 5 minut miksowania. Kolejno dodawaj jajka, jedno po drugim, każde miksując dokładnie z masą. Dodaj aromat (lub nawet lepiej prawdziwą wanilię z laski). W oddzielnej misce przygotuj mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i odrobiną soli. Powoli dodaj do masy, na zmianę z porcjami mleka. I gotowe. Masę można wkładać do foremek. (Testowałam wariant z silikonowymi i papierowymi foremkami, którymi wykładam specjalną blachę na 12 szt. muffinek - ta druga opcja wypadła zdecydowanie lepiej!).

Muffinki włóż do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni C i piecz przez ok. 20 min aż się wyraźnie zarumienią.

Smacznego!

P.S. Dobra wiadomość. Te muffinki pozostają świeże wyjątkowo długo. Nawet po kilku dniach, odpowiednio przechowywane (pod przykryciem), są tak samo puszyste i lekko wilgotne w smaku jak zaraz po wyjęciu z piekarnika.

4 błędy, które popełniłam planując tegoroczne wakacje i 3 całkiem udane decyzje


Zacznę od tego, że tegoroczne rodzinne wakacje uważam za bardzo udane. Nie mam zamiaru absolutnie narzekać, a raczej podsumować kilka ciekawych doświadczeń, które nas spotkały i "ubarwiły" wspólny wyjazd. Był to pierwsze wakacje w pakiecie 2+1 (nie licząc dotychczasowych wyjazdów do dziadków) i pierwszy tak daleki wyjazd. Wniosek: było zdecydowanie bardzo inaczej w porównaniu z tym, jak spędzaliśmy czas na podobnych wyjazdach jeszcze zanim urodziła się Córeczka.

Planując wakacje z prawie półtorarocznym dzieckiem nie wzięłam pod uwagę jednego kluczowego faktu. Nasz świat kręci się teraz wokół dziecka i wakacje zakręcą się tym bardziej. A to oznaczało, że będzie jak co dzień, czyli na wariackich papierach.

Co więc poszło "nie tak"?

Błąd nr 1: Jedziemy nad morze, a więc najwięcej czasu spędzimy oczywiście nad morzem.

Gdy wyjeżdżaliśmy w dwójkę nie mogliśmy nadziwić się tym, którzy siedzieli godzinami przy hotelowym basenie. Na 3, 4-ty dzień pobytu pytali nas o drogę na plażę położoną jakieś 500 m dalej. Już się nie dziwię :) My najwięcej czasu spędziliśmy na ... placu zabaw. Mała była w siódmym niebie siedząc dokładnie na takiej samej huśtawce, jaką ma na co dzień koło domu. A po wejściu na plażę i wykonaniu kilku kroków w piasku z rozpaczą pokazywała rączką w kierunku wyjścia. W efekcie nasze sesje plażowe trwały od 5 do 20 minut. Nie dłużej.

Błąd nr 2: Zacznę pakować się wcześniej, to i tak bardzo duże wyprzedzenie.

Taaa... Na pewno nie dla zakręconej w wirze codziennych obowiązków matki. Dobrze, że zostawiłam sobie taką rezerwę czasową, ale i tak zafundowałam sobie w ten sposób dzień pełen paniki. Pamiętam jak przed naszą podróżą poślubną pakowałam walizkę jeszcze kilka godzin przed wyjazdem na lotnisko. Do ostatniej chwili walczyłam z nadmiernymi kilogramami. Ale teraz pomyślałam sobie, że 3 dni na spakowanie trzech osób przecież w zupełności wystarczą. I pewnie by tak było, gdyby nie wniosek, do którego doszłam w ostatniej chwili, że właśnie nastąpił ten nieszczęsny moment, w którym Córeczka zaczęła hurtowo wyrastać ze wszystkich ciuszków. Zostały dwa dni, ja miałam zero czasu na jakiekolwiek bieganie po sklepach, a dziecko wyglądało jak sierotka, gdy po kolei przymierzałam jej kolejne ciuszki z przygotowanej wcześniej sterty do zapakowania. Wyjścia były dwa. Albo zapakuję co mam, a potem zdjęcia z wakacji schowam gdzieś głęboko w folderze "tajne przez poufne", by za kilkanaście lat nie dogrzebała się do nich Córeczka. Albo zrobię zakupy przez internet, do czego nigdy nie byłam dotąd przekonana. Ponieważ uwielbiam robić zdjęcia i chwalić się ich efektami wybrałam opcję nr 2 kupując dziecięce ciuszki w sklepie on-line. Trochę mnie to kosztowało stresu, bo zakupy były n a  p r a w d ę na ostatnią chwilę.

Błąd nr 3: Zawsze podróżowaliśmy z małą w nocy. Dziecko spało, podróż upływała spokojnie i bez przygód. Ale tym razem, skoro był to wyjazd na wakacje, starym zwyczajem zaplanowaliśmy odwiedzić po drodze kilka lokalizacji i wzbogacić tym samym swój pakiet wakacyjnych wrażeń. I znów był ZONK. U naszego Malucha pierwszy raz odezwała się choroba lokomocyjna. Piękne ciuszki, które przygotowałam dla siebie i dla niej na podróż (żeby ubrać się wakacyjnie i wprawić w wypoczynkowy nastrój), skończyły tragicznie. Jechaliśmy jak na sygnale, byle do celu, zatrzymując się tylko na siusiu i kawę. Ze zwiedzania nici, bo ani nastrój, ani tym bardziej outfit mój i Córeczki nie był ku temu korzystny...

Błąd nr 4: Było trochę kontynuacją tego, co powyżej. Przygotowałam szczegółowy plan atrakcji, które chcieliśmy zobaczyć. Bo przecież nad morzem jest ich dużo więcej niż tylko woda i piasek. Prawda? Ale... nie przewidziałam, że droga do nich będzie wiodła nieopodal niezliczonej liczby dmuchańców-skakańców, helowych baloników i dziecięcych samochodów na pilota. To one stały się celem niejednego spaceru, a widząc radość dziecka nawet nie myśleliśmy, by zmieniać kierunek i szukać innych wrażeń.

To tyle na temat urlopowych wtop. Jakie wakacyjne decyzje nam się udały?

Po pierwsze: Wakacje w Polsce. Założyliśmy sobie, że dopóki Córeczka nie będzie miała prawdziwej frajdy z lotu samolotem i przebywania w tropikach, nasze wakacyjne szaleństwa będziemy realizować na miejscu, w kraju. Biorąc pod uwagę to, o czym wspomniałam powyżej, była to dobra decyzja. Bo jaka jest różnica między huśtawką i dmuchaną zabawką w Polsce albo południowoeuropejskim słońcu? Opalenizna być może większa, ale uśmiech dziecka zawsze ten sam :)

Po drugie: Przekonałam się do zakupów przez internet. Ciuszki z TXM dotarły lotem błyskawicy. W paczkomacie koło mojego domu były już następnego dnia po zamówieniu, czyli akurat w chwili, kiedy czas najwyższy był już na domykanie walizek. Zrobiłam na prawdę udane zakupy, kompletując całą niezbędną wakacyjną wyprawkę za nieduże pieniądze.

Po trzecie: Wakacje 2+1 bez Babci i awaryjnych nianiek. Chociaż nie wątpię, że ich towarzystwo ubarwiłoby nasz wspólny wyjazd, to jednak przez te kilka dni na prawdę mieliśmy czas tylko dla siebie. Wycisnęliśmy go na maksa, ciesząc się chwilami spędzonymi tylko we... troje :)

 

Na zdjęciach - Mała Muffinka w wakacyjnej odsłonie. Ciuszki kupione w TXM (łącznie zapłaciłam za nie 103 zł, co jak na taką ilość też było dla mnie miłą niespodzianką):

- spódniczka niemowlęca szara w pastelowe motylki
- bluzeczka krótki rękaw z siateczką
- sweterek dziergany
- komplet szare spodnie w kropeczki oraz różowa bluzeczka z falbankami
- legginsy w kwiatki
- bluzka z długim rękawem pudrowy róż
- body białe z krótkim rękawem (nie ma go na zdjęciach)

Wpis powstał we współpracy z marką TXM. Opinie w nim zawarte wynikają z indywidualnych doświadczeń Autorki. Zdjęcia pochodzą z prywatnego wakacyjnego archiwum.

Wyznanie matki: Jak zachorowałam na ciele by ozdrowieć na umyśle?


Zaczęło się od pociągu widmo i znaku drogowego, który tam wcześniej nie stał. Seria wpadek matki. Po roku macierzyńskiego wypuszczona w tłum, do ludzi. Za kierownicę i do wielkiego miasta. Wraca do życia takiego jak było przedtem, ale... hola hola. Nic już nie jest takie samo i właśnie w tym rzecz. 

12 miesięcy opieki nad dzieckiem szybko mija. Nagle zdajesz sobie sprawę, że dawne życie Cię dogoniło, postawiło w starej roli... tylko ty jakoś nie możesz wcisnąć się już w tamten kostium. Jak zapanować nad rzeczywistością, która nagle przerasta? 

O moich problemach wspominałam w moim wpisie opublikowanym tuż po powrocie do pracy pt. Ma(ma)trix: Ratunku! Obiecałam też, że jeśli tylko dojdę do siebie to dam znać. I wiecie co się stało? Potem było tylko gorzej! No na przykład, w swoim mającym już trzy dekady życiu podróżowałam PKP tysiące razy. I nie wiem jak to możliwe, że stałam przez 20 min koło pociągu, który miał zabrać mnie do domu, nie widziałam go i jak gdyby nigdy nic o wyznaczonym czasie pociąg odjechał? Albo, że jako przykładny kierowca przez ponad 10 lat bez mandatu nagle tłumaczyłam się ile sił przed policją, żeby nie dostać 200 zł kary i całej masy punktów karnych? Swoją drogą wykazałam się chyba niezłą kreatywnością lekko koloryzując rzeczywistość, bo Panowie puścili mnie bez mandatu i nawet zaeskortowali do najbliższego szpitala… położniczego (Oj, będę się za to smażyć, wiem, wiem...). 

Lekka masakra, rummel-bummel, pomieszanie z poplątaniem. Mijały tygodnie a ja wciąż nie ogarniałam przypisując sobie zaszczytny tytuł niedorajdy. I wreszcie wiecie co się stało? Łupnęło na dobre! Zwaliło mnie z nóg. I wcale nie była to sterta mokrych ciuszków niesionych do rozwieszenia na suszarce, ani lista obowiązków w pracy. Pierwszy raz w życiu do tego stopnia zaskoczyła mnie choroba, że każde podniesienie z łóżka i próba jako takiego funkcjonowania kończyła się łzami z niemocy wykonania czegokolwiek. Przewinięcie dziecka to był wyczyn na miarę wspinaczki na wysoki szczyt. Momentami leżałam na podłodze a nade mną stało płaczące dziecko, które błagało o zainteresowanie matki. Pierwszy raz żałowałam że wciąż karmię piersią moją kilkunastomiesięczna już córeczkę. Każde karmienie to był straszny wysiłek, nie mówiąc już o wycieńczeniu organizmu, który resztki zapasów oddawał dziecku. Moja gehenna żołądkowo-jelitowa trwała zaledwie cztery dni, ale to wystarczyło, by w tym krótkim, choć wykańczającym czasie wyleczyć się nie tylko z jelitówki, ale i z problemów, które sprawiały wrażenie, że przestaję nadążać za własnym życiem. 

Moja fizyczna choroba zaowocowała spisaniem listy 6-ciu cudownie uzdrawiających faktów, które od teraz będę nosić w swojej głowie, żeby trzymać psychiczny ład w moim matczynym życiu:

1. Czas spędzony z dzieckiem chcę traktować jak odpoczynek. Bez względu na wszystko, bo po pierwsze na inną formę odpoczynku raczej na co dzień nie będę mieć czasu. A po drugie, o wiele ważniejsze, przecież czas spędzony z dzieckiem to jest przede wszystkim jednak dla mnie przyjemność. Nie bez powodu, gdy nie ma dziecka w moim zasięgu to zaczynam tęsknić. Przekonałam się o tym najbardziej, gdy zewnętrzne okoliczności takie jak choroba ten cudowny czas dla dziecka zaczęły mi Ci ograniczać. 

2. Chcę wyznaczać sobie realne cele i zadania, w ilości możliwej do wykonania. “Dziś wieczorem zrobię prasowanie” - tak lepiej zamiast myślenia o wieczorze w perspektywie 10-ciu spraw, które są do załatwienia. I tak nie zrobię ich jednego dnia. Nawet w przypływie supermocy. Po prostu czas nie jest z gumy.

3. Nie będę przejmować się pierdołami. Nawet jeśli wszyscy wokół to robią! Ja w mojej matczynej roli i towarzyszących jej innych obowiązkach czuję się czasem jak perfekcjonistka na odwyku. Z tym, że wszędzie wokół niestety rozlewają wino po kropelce. Albo wręcz folgują sobie na całego wyprawiając suto zakrapiane uczty. Myją okna, bo spadł deszcz i widać kropelki. Siedzą w pracy po godzinach, bo lepiej rozesłać te maile teraz a nie z samego rana. Dla mnie, dawnej perfekcjonistki, granica pierdół wyraźnie się przesunęła. Te wszystkie sprawy i im podobne wrzucam właśnie do takiego worka. 

4. Jeśli już robię coś poza opieką i miłością do swojego dziecka, to chcę robić to z pasją. Być może jestem szczęściarą, że umiem i mogę tak podchodzić do innych obowiązków, w tym do pracy zawodowej. Nie wiem. W każdym razie zaczęłam przeprowadzać w swoim życiu solidny rachunek sumienia. Co ma, a co nie ma sensu. W końcu poświęcam już na to nie tylko swój czas, ale też troszkę wykradam dziecku ten, który mogłoby spędzić z matką.  

5. Muszę pogodzić się z tym, że odpoczynek w postaci siedzenia albo leżenia i nic nie robienia przynajmniej na razie nie będzie istniał. Nauczyć się wypoczywać spędzając czas z dzieckiem. Poza tym pamiętać, że będą sytuacje w życiu (oby takich było jak najmniej!), że zdążę się jeszcze przymusowo wyleżeć. (Tu jednak mała dygresja - w realizacji tej zasady córeczka przyszła mi z pomocą. Zaczęła zasypiać już nie na moich rękach, ani w trzy minuty po karmieniu, a po półtoragodzinnej sesji łóżkowego szaleństwa na dobranoc. Więc teraz i czas na łóżko mam w swoim grafiku, choć raczej nie o takie "łóżkowanie" z lokatorem chodzącym po głowie i skaczącym po brzuchu mogło mi chodzić ;)

6. Będę wracać do punktów od 1 do 5 jak najczęściej. Bo wiem, że o nich w natłoku codziennych problemów łatwo zapomnieć. I wreszcie, pewnie gdy znów porządnie zachoruję (choć oby więcej nie!), ale tak, że zwali mnie z nóg, to znów pewnie przyjdzie otrzeźwienie i totalny reset. 

Bo dopiero wtedy zauważa się jak wszystko się sypie, gdy problemem staje się brak sił fizycznych, który nie daje szansy, by okazać miłość dziecku tak, jak się tego w danej chwili pragnie.

P.S. Zapomniałabym: Drogie Mamy! Wszystkiego najlepszego na Dzień Matki. Pozostańcie zdrowe. Na ciele i umyśle :)