Mamo z przychodni, przepraszam Cię za tę szpilkę w Twojej pupie


Siedziałam w przychodni, przed drzwiami gabinetu mojego ginekologa. To była druga, a może trzecia z kolei ciążowa wizyta. Dokładnie nie pamiętam. Akurat zdarzyła się wtedy seria brzuchatych pacjentek. W bardziej lub mniej zaawansowanej ciąży. Było już dosyć późno, smętnie i nudno, więc gdy tylko jedna z przyszłych mam odważyła się coś powiedzieć, zaraz wywiązała się zagorzała dyskusja. Oczywiście o ciąży i dzieciach. W rozmowie zaczęła dominować jedna z mam, która spodziewała się pierwszego dziecka. Pół żartem, pół serio widać było, że się obawia swojej nowej roli i czuje się do niej (a jakże by inaczej!) totalnie nieprzygotowana. Najbardziej przerażała ją wizja nieprzespanych nocy. W kółko pytała, czy to tak na serio jest, że nie da się wyspać. Cóż powiedzieć mogły inne, bardziej doświadczone mamy?
- Bywa różnie, ale lepiej zawczasu się wyspać - żartowała jedna z nich.
- U mnie najgorzej było z kolkami, wtedy to był koszmar ze spaniem - dodała inna.
Ja byłam w tym towarzystwie akurat najdłuższą stażem mamą, wtedy 20-miesięcznej córeczki. I chyba poczułam się przez to ekstra ekspertką, bo w pewnej chwili wyrwało mi się:
- Ja od półtora roku przespałam dopiero dwie noce, serio - powiedziałam szczerze i nie skłamałam. Tak właśnie wtedy było. Nocny sen jeszcze był przerywany i trochę przerażała mnie wizja, że za parę miesięcy częstotliwość pobudek znów wzrośnie. To chyba stąd te słowa, najwyraźniej ciężkiego kalibru, bo w oczach dziewczyny zobaczyłam autentyczne przerażenie. "No przygotuj się dziewczyno i nie patrz tak na mnie" - pomyślałam wtedy brutalnie, a przez głowę nie przeszła mi nawet odrobina refleksji nad tymi słowami. Zaraz po tych słowach weszłam do gabinetu.

A przecież Droga Mamo spotkana w przychodni, nie powiedziałam Ci wtedy wszystkiego. Bo jaką prawdę o doświadczeniu z dzieckiem, w jakiejkolwiek dziedzinie, można zamknąć w jednym zdaniu, wetkniętym tuż przed wejściem na wizytę do lekarza? Codzienność z dzieckiem to tysiące sytuacji, każda ma sto pięćdziesiąt przyczyn i mniej więcej tyle samo skutków. Jak to można tak uogólnić? Nie powiedziałam Ci przecież droga mamo, że nadal karmię piersią, że kiedyś budziłam się przy tej okazji x-dziesiąt razy w ciągu nocy, a teraz raptem raz czy dwa na szybkie karmienie. I idę w kimono zasypiając w kilka sekund, dziecko też odpływa w błogi sen zanim jeszcze skończy "cyckać" na dobre. Nie powiedziałam Ci też, że do tego się w zupełności przyzwyczaiłam. Że wstaję w nocy zupełnie tego nie rejestrując, a mój organizm (nie licząc pierwszych najtrudniejszych tygodni), absolutnie się do tego przyzwyczaił. Po prostu wpisał sobie te pobudki w swój rytm funkcjonowania. I jest ok. Owszem, gdy zasypiam, myślę sobie czasem jakby to było fajnie zamknąć oczy i obudzić się dopiero rano. Tak jak kiedyś. Ale ostatecznie to dla mnie nie problem, ba nawet lubię te nocne chwile spędzone sam na sam z dzieckiem, które mnie tak bardzo potrzebuje. Być może Ty też to poczujesz. Tego Ci nie powiedziałam i za to przepraszam.

Nie wiem dlaczego mamy, gdy tylko wyczują się "starsze stażem", często mają tendencję do generalizowania w ten sposób, by efekt rozmowy był dla tej młodszej matki zaskakujący. Często szokujący. I w gruncie rzeczy czasem być może, że miażdżący. Taka mała szpileczka wbita w pupcię "młodszej stażem", a więc i mniej doświadczonej koleżanki. Tak jakby ten jej lekki podskok na siedzeniu i czasem stłumiony pisk, spowodowane ukłuciem, miały wywołać ulgę umęczonej już wychowaniem dziecięcia mamy.

Sama padałam nie raz ofiarą podobnych "szpileczek". Nie zawsze złośliwych, czasem wkłutych bezmyślnie, niechcący, a być może i nawet w dobrej wierze. Ale jednak. Pamiętam na przykład rozmowę z koleżankami w okresie, gdy moja córeczka miała jakieś 3-4 miesiące. Żaliłam się wtedy, że moją zmorą jest przebudzanie się dziecka choćby na najdrobniejszy szelest, gdy wchodzę do niej do pokoju. "Dlatego ja do mojego dziecka nie zaglądam, kiedy śpi." - usłyszałam w odpowiedzi konkretne słowa z ust jednej z mam. I skończyłam rozmowę, czując się wtedy, hmm... matką fajtłapą? Lekko przewrażliwioną? Na pewno nie doświadczoną. Teraz z perspektywy, bardziej pewna siebie i swoich działań, spojrzałabym na te słowa w inny sposób. Właśnie w taki, jak wyżej podsumowałam swoje własne. No bo przecież autorka tych słów ma dziecko starsze o rok. Kiedy moja córka zaczynała sztywno trzymać główkę, jej dziecko już dawno hasało po placu zabaw. To duża różnica i tym samym olbrzymia przepaść w doświadczeniach matek. Tak wielka, że czasem u tej starszej pewne sytuacje już dawno mogły ulecieć z pamięci. Czy na prawdę nie zaglądała? Tym bardziej przy pierwszym dziecku? Czy po prostu już nie pamiętała, że taki nowonarodzony maluszek budzi obawy u swojej matki, kiedy śpi i nie ma go na oku. To starsze co najwyżej się odkryje. To malutkie może zakryć buzię kocykiem, przewrócić się na brzuszek, zatkać nosek, nie móc oddychać. Być może, nawet gdy są to tylko zmory świeżo upieczonych mam, a nie realne zdarzenia, są wystarczającym powodem, by zaglądać nawet setny raz do pokoju, gdzie śpi noworodek. Żadnym objawem gapiostwa i braku rozsądku. No ale, co mama starszaka powiedziała, to powiedziała. Dyskusja poszła dalej innym torem, a "szpileczka w mojej pupie" została ;)

Zachowałam się w podobny sposób wobec Ciebie Droga Mamo poznana w przychodni, a przecież sama obiecałam sobie, zaczynając pisać tego bloga, że nie będę generalizować. Nie będę przenosić moich doświadczeń na doświadczenia innych mam i przez to prawić jakichkolwiek morałów. Ja co najwyżej mogę pisać o sobie i moim dziecku i już. Z rozwagą, mając na względzie tego, kto to czyta.  Może znajdzie w moich słowach coś dla siebie. A w życiu zachowałam się dokładnie na odwrót. Nie wiem, co bardziej zatriumfowało. Chęć zabłyśnięcia, albo może raczej skrywane obawy, co do moich nadchodzących nocy po urodzeniu drugiego dziecka. W każdym razie wyszło fatalnie i nie mogę już tego inaczej naprawić. Dlatego, Droga Mamo, może Ty, albo podobna Tobie osoba czyta właśnie ten wpis. Przepraszam Was w imieniu innych mam. Czasem intencje bywają szczere, a wychodzi wiadomo... jak zawsze :( Lubimy rozmawiać. Rozmowa o dzieciach łączy szczególnie i bardzo dobrze! W dzisiejszych czasach to warta pielęgnowania cecha. Tyle, że w takich rozmowach często uogólniamy. I obie strony muszą mieć to na uwadze.

Droga Młoda, Niedoświadczona, Pełna obaw Mamo! Pamiętaj, że jedno jest w stu procentach pewne. Twoje dziecko będzie inne niż moje! Nie ma dwóch takich samych. Co najwyżej może mieć pewne analogiczne zachowania. Momentami da Ci w kość, a może będzie grzeczne i spokojne, albo najpierw przez pierwsze pół roku doprowadzi Cię do totalnego wyczerpania, ale za to później stanie się cudnym aniołkiem? Będą chwile trudniejsze i te przyjemniejsze. Takie jest życie. Takie jest macierzyństwo. I rodzicielstwo też. I to jest piękne. Dlatego podnieś pupę, żeby szpileczka trafiła gdzieś w powietrze. Jesteś/Będziesz Matką, więc zasługujesz na to, by nosić ją wysoko ;)

Jak zaszłam w drugą ciążę? Pikantne szczegóły! ;)


Moja ostatnia rozmowa telefoniczna z ginekologiem:
- Od dwóch tygodni źle się czuję, więc albo jestem w ciąży, albo moje hormony oszalały.
- A czy robiła Pani test ciążowy?
- Nie, bo już mi nie raz różnie wychodziły te testy, wolę nie robić.
- To się umówimy tak: proszę zrobić sobie badanie Beta hCG i w zależności od wyniku umówimy się na pilną wizytę, albo dopiero za miesiąc, bo takie mam terminy.

Tydzień później, po godzinie 22-ej, wciśnięta w kolejkę między dawno zapisane już pacjentki, siedziałam w gabinecie ginekologicznym. Wynik bety >121 tys. mIU/ml
- Jeszcze nigdy nie widziałem na dzień dobry u pacjentki takiego wyniku. - powiedział lekarz.
A że ja oczywiście nie pamiętałam daty ostatniej miesiączki, musiałam zdać się na niego. -To będzie gdzieś 10-ty tydzień. - orzekł.

Oczy wyszły mi lekko na wierzch. Czułam się jak uczeń, który nie odrobił pracy domowej a w dodatku przyszedł na lekcję totalnie nieprzygotowany. Zupełnie nie w moim stylu. Zaczęłam się jąkać tłumacząc, że przyszłam tak późno, bo myślałam, że to hormony. 19-miesięczna córeczka jeszcze na piersi, ale je już trochę mniej. Stąd myślałam, że te mdłości i inne przypadłości są spowodowane zmianami w organizmie, który wraca na stare tory po ciąży. Ale jak widać nie zdążył. Zafundowałam mu kolejne 9 miesięcy rewolucji, potem następne może i 20 albo dłużej (oby!) okresu karmienia piersią. Chwilę później już widziałam małego sprawcę całego zamieszania na żywo. Wzruszenie jak za pierwszym razem. Do tego myśl, że po prostu nie mogę uwierzyć, że mam w sobie już takie duże Życie, przyczajone, spokojnie się w brzuszku wiercące, jakby chciało powiedzieć: "Cześć Mamo, jestem tutaj, ale ty sobie nie przeszkadzaj, trochę sobie tu jeszcze posiedzę. Ok?". Z pierwszym dzieckiem poznaliśmy się na etapie mikroskopijnej kropeczki. A teraz, jaki to był szok i niespodzianka.

No to jazda! Jak dla mnie taka bez trzymanki. Mały psikus od życia, który niebawem zamieni się w prawdziwy skarb. Dobrą puentą do tego była informacja, która padła z ust lekarza na koniec wizyty: termin na 1. kwietnia. Prima Aprillis. No tak... Jakże w tej sytuacji mogłoby być inaczej :)

Pierwsze dziecko jest ponoć z ciekawości a drugie z miłości. Jak to było u nas za tym drugim razem? Od samego początku, gdy na świecie pojawiła się Mała Muffinka wiedziałam, że nie może wychowywać się sama. Drugie dziecko było w planach, ale ja nigdy nie licytuję się z życiem o to, co chcę a czego nie i kiedy, jeśli wiem, że nie mam na to 100-u procentowego wpływu. Dlatego myśl o powiększeniu rodziny była lekko z tyłu mojej głowy. Powrót do pracy, obowiązki przy dziecku, ogarnianie życia rodzinnego. Nie było czasu przystanąć i pomyśleć: teraz! W zasadzie to, mówiąc szczerze, trochę się jeszcze bałam. Czułam się mocno zmęczona psychicznie. Także mój organizm (tak przynajmniej myślałam), nie był jeszcze gotowy, bo do wagi sprzed ciąży (53 kg) brakowało mi wciąż 8-iu. No i wspomnienia z porodu, choć wcale nie najgorszego, były dosyć świeże. To znaczy z pamięci wymazało mi się wszystko, co wiązało się z bólem, czy obawami. Ale jak dziś pamiętam moje słowa do męża po przywiezieniu z porodówki na salę: "Jeśli chodzi o drugi poród, to na razie na pewno zaczekamy". No i przez to w mojej głowie tkwiło, że z jakiegoś powodu musiałam to powiedzieć.

Na szczęście życie pomyślało za mnie. W sumie to akurat w chwili, kiedy dzięki mojej córeczce zaczęłam przesypiać noce! No to teraz mam jakieś... 5 miesięcy, żeby się tym nacieszyć ;) I tak oto druga ciąża przyszła w momencie, kiedy jeszcze nie byłam gotowa. Ale wiadomość o niej, przez moje tymczasowe roztargnienie, z lekkim opóźnieniem i dzięki temu już w zasadzie w chwili, gdy to się zmieniło. Chyba intuicyjnie coś musiałam przeczuwać, bo nie wiedzieć czemu spóźnione odwiedziny u znajomej, która urodziła niedawno dziecko, wreszcie doprowadziłam do skutku. Po prostu poczułam, że muszę zobaczyć małą Martę. Odwiedziłam ją i dzięki temu autentycznie jakiś tydzień wcześniej, przed badaniem u ginekologa miałam w głowie myśl: "Już jest ok. Nie byłoby tak źle ";) No i proszę, mówisz i masz...

I jedyne, na co się nie przygotowałam, to brak apetytu na mojego ukochanego pikantnie zapiekanego kurczaczka. Ale jak to w ciąży, szybko się odmienia, więc mam nadzieję, że i smak na paprykowo-ziołowe pałeczki powróci. Wtedy obiecuję przepis na blogu!

Żeby go nie przegapić i jeszcze kiedyś dowiedzieć się, co u nas słychać koniecznie kliknij "Lubię to" o tutaj:



A jak to było u Was z drugą ciążą? Jaki był początek? Jakieś zaskoczenia?

Muffinki maślane - wyjątkowo puszyste!

muffinki maślane puszyste

W życiu trzeba sobie czasem podmaślić ;) Zwłaszcza, jeśli jest się na progu zmian takich jak u nas (o czym niebawem na blogu), wypada sobie dodać odwagi, doprawiając ją szczyptą dobrego nastroju. A ten wiadomo, nie bierze się z niczego. Podniebienie i żołądek to jego najlepsi przyjaciele. Przyszedł więc czas, by wypróbować przepis, który od dawna przerzucałam z miejsca w miejsce w moim notesie kulinarnym. Nie wiem dlaczego tak długo nie wiedziałam, że mam w nim taki prawdziwy maślany skarb.

Żeby te muffinki wyszły prawdziwie maślane, nie warto kombinować z masłem. Żadne 60, czy 70 procent, albo maślany mix! Prawdziwe masło to takie, które zawiera od 80 do 90 procent tłuszczów mlecznych i ani grama roślinnych.

Składniki na muffinki (18 sztuk):

1 łyżeczka aromatu waniliowego (lub pół laski wanilii)
kostka masła (200 g)
cukier (350 g)
5 jaj
mąka (250 g)
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
1 szklanka mleka

Aby muffinki były idealnie puszyste koniecznie trzeba pamiętać, by odpowiednio wcześniej wyjąć z lodówki produkty do ich przygotowania (masło, mleko, jajka). W szczególności masło, jeśli będzie w temperaturze pokojowej, o wiele szybciej, łatwiej i dokładniej wymiesza się z pozostałymi składnikami. Odrobina cierpliwości, zanim prawdziwe masło nabierze swojej maślanej, lekkiej konsekwencji to cena jaką płaci się za pyszny smak. Maślane mixy są miękkie z natury, nawet w lodówce, ale czy to na prawdę to samo? Jak dla mnie nie!

Wykonanie:

Zmiksuj cukier z masłem, tak by otrzymać jednolitą, puszystą masę. Grudki cukru będą lekko wyczuwalne, ale lekkość masy powinna być widoczna po ok. 3 do 5 minut miksowania. Kolejno dodawaj jajka, jedno po drugim, każde miksując dokładnie z masą. Dodaj aromat (lub nawet lepiej prawdziwą wanilię z laski). W oddzielnej misce przygotuj mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i odrobiną soli. Powoli dodaj do masy, na zmianę z porcjami mleka. I gotowe. Masę można wkładać do foremek. (Testowałam wariant z silikonowymi i papierowymi foremkami, którymi wykładam specjalną blachę na 12 szt. muffinek - ta druga opcja wypadła zdecydowanie lepiej!).

Muffinki włóż do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni C i piecz przez ok. 20 min aż się wyraźnie zarumienią.

Smacznego!

P.S. Dobra wiadomość. Te muffinki pozostają świeże wyjątkowo długo. Nawet po kilku dniach, odpowiednio przechowywane (pod przykryciem), są tak samo puszyste i lekko wilgotne w smaku jak zaraz po wyjęciu z piekarnika.

4 błędy, które popełniłam planując tegoroczne wakacje i 3 całkiem udane decyzje


Zacznę od tego, że tegoroczne rodzinne wakacje uważam za bardzo udane. Nie mam zamiaru absolutnie narzekać, a raczej podsumować kilka ciekawych doświadczeń, które nas spotkały i "ubarwiły" wspólny wyjazd. Był to pierwsze wakacje w pakiecie 2+1 (nie licząc dotychczasowych wyjazdów do dziadków) i pierwszy tak daleki wyjazd. Wniosek: było zdecydowanie bardzo inaczej w porównaniu z tym, jak spędzaliśmy czas na podobnych wyjazdach jeszcze zanim urodziła się Córeczka.

Planując wakacje z prawie półtorarocznym dzieckiem nie wzięłam pod uwagę jednego kluczowego faktu. Nasz świat kręci się teraz wokół dziecka i wakacje zakręcą się tym bardziej. A to oznaczało, że będzie jak co dzień, czyli na wariackich papierach.

Co więc poszło "nie tak"?

Błąd nr 1: Jedziemy nad morze, a więc najwięcej czasu spędzimy oczywiście nad morzem.

Gdy wyjeżdżaliśmy w dwójkę nie mogliśmy nadziwić się tym, którzy siedzieli godzinami przy hotelowym basenie. Na 3, 4-ty dzień pobytu pytali nas o drogę na plażę położoną jakieś 500 m dalej. Już się nie dziwię :) My najwięcej czasu spędziliśmy na ... placu zabaw. Mała była w siódmym niebie siedząc dokładnie na takiej samej huśtawce, jaką ma na co dzień koło domu. A po wejściu na plażę i wykonaniu kilku kroków w piasku z rozpaczą pokazywała rączką w kierunku wyjścia. W efekcie nasze sesje plażowe trwały od 5 do 20 minut. Nie dłużej.

Błąd nr 2: Zacznę pakować się wcześniej, to i tak bardzo duże wyprzedzenie.

Taaa... Na pewno nie dla zakręconej w wirze codziennych obowiązków matki. Dobrze, że zostawiłam sobie taką rezerwę czasową, ale i tak zafundowałam sobie w ten sposób dzień pełen paniki. Pamiętam jak przed naszą podróżą poślubną pakowałam walizkę jeszcze kilka godzin przed wyjazdem na lotnisko. Do ostatniej chwili walczyłam z nadmiernymi kilogramami. Ale teraz pomyślałam sobie, że 3 dni na spakowanie trzech osób przecież w zupełności wystarczą. I pewnie by tak było, gdyby nie wniosek, do którego doszłam w ostatniej chwili, że właśnie nastąpił ten nieszczęsny moment, w którym Córeczka zaczęła hurtowo wyrastać ze wszystkich ciuszków. Zostały dwa dni, ja miałam zero czasu na jakiekolwiek bieganie po sklepach, a dziecko wyglądało jak sierotka, gdy po kolei przymierzałam jej kolejne ciuszki z przygotowanej wcześniej sterty do zapakowania. Wyjścia były dwa. Albo zapakuję co mam, a potem zdjęcia z wakacji schowam gdzieś głęboko w folderze "tajne przez poufne", by za kilkanaście lat nie dogrzebała się do nich Córeczka. Albo zrobię zakupy przez internet, do czego nigdy nie byłam dotąd przekonana. Ponieważ uwielbiam robić zdjęcia i chwalić się ich efektami wybrałam opcję nr 2 kupując dziecięce ciuszki w sklepie on-line. Trochę mnie to kosztowało stresu, bo zakupy były n a  p r a w d ę na ostatnią chwilę.

Błąd nr 3: Zawsze podróżowaliśmy z małą w nocy. Dziecko spało, podróż upływała spokojnie i bez przygód. Ale tym razem, skoro był to wyjazd na wakacje, starym zwyczajem zaplanowaliśmy odwiedzić po drodze kilka lokalizacji i wzbogacić tym samym swój pakiet wakacyjnych wrażeń. I znów był ZONK. U naszego Malucha pierwszy raz odezwała się choroba lokomocyjna. Piękne ciuszki, które przygotowałam dla siebie i dla niej na podróż (żeby ubrać się wakacyjnie i wprawić w wypoczynkowy nastrój), skończyły tragicznie. Jechaliśmy jak na sygnale, byle do celu, zatrzymując się tylko na siusiu i kawę. Ze zwiedzania nici, bo ani nastrój, ani tym bardziej outfit mój i Córeczki nie był ku temu korzystny...

Błąd nr 4: Było trochę kontynuacją tego, co powyżej. Przygotowałam szczegółowy plan atrakcji, które chcieliśmy zobaczyć. Bo przecież nad morzem jest ich dużo więcej niż tylko woda i piasek. Prawda? Ale... nie przewidziałam, że droga do nich będzie wiodła nieopodal niezliczonej liczby dmuchańców-skakańców, helowych baloników i dziecięcych samochodów na pilota. To one stały się celem niejednego spaceru, a widząc radość dziecka nawet nie myśleliśmy, by zmieniać kierunek i szukać innych wrażeń.

To tyle na temat urlopowych wtop. Jakie wakacyjne decyzje nam się udały?

Po pierwsze: Wakacje w Polsce. Założyliśmy sobie, że dopóki Córeczka nie będzie miała prawdziwej frajdy z lotu samolotem i przebywania w tropikach, nasze wakacyjne szaleństwa będziemy realizować na miejscu, w kraju. Biorąc pod uwagę to, o czym wspomniałam powyżej, była to dobra decyzja. Bo jaka jest różnica między huśtawką i dmuchaną zabawką w Polsce albo południowoeuropejskim słońcu? Opalenizna być może większa, ale uśmiech dziecka zawsze ten sam :)

Po drugie: Przekonałam się do zakupów przez internet. Ciuszki z TXM dotarły lotem błyskawicy. W paczkomacie koło mojego domu były już następnego dnia po zamówieniu, czyli akurat w chwili, kiedy czas najwyższy był już na domykanie walizek. Zrobiłam na prawdę udane zakupy, kompletując całą niezbędną wakacyjną wyprawkę za nieduże pieniądze.

Po trzecie: Wakacje 2+1 bez Babci i awaryjnych nianiek. Chociaż nie wątpię, że ich towarzystwo ubarwiłoby nasz wspólny wyjazd, to jednak przez te kilka dni na prawdę mieliśmy czas tylko dla siebie. Wycisnęliśmy go na maksa, ciesząc się chwilami spędzonymi tylko we... troje :)

 

Na zdjęciach - Mała Muffinka w wakacyjnej odsłonie. Ciuszki kupione w TXM (łącznie zapłaciłam za nie 103 zł, co jak na taką ilość też było dla mnie miłą niespodzianką):

- spódniczka niemowlęca szara w pastelowe motylki
- bluzeczka krótki rękaw z siateczką
- sweterek dziergany
- komplet szare spodnie w kropeczki oraz różowa bluzeczka z falbankami
- legginsy w kwiatki
- bluzka z długim rękawem pudrowy róż
- body białe z krótkim rękawem (nie ma go na zdjęciach)

Wpis powstał we współpracy z marką TXM. Opinie w nim zawarte wynikają z indywidualnych doświadczeń Autorki. Zdjęcia pochodzą z prywatnego wakacyjnego archiwum.

Wyznanie matki: Jak zachorowałam na ciele by ozdrowieć na umyśle?


Zaczęło się od pociągu widmo i znaku drogowego, który tam wcześniej nie stał. Seria wpadek matki. Po roku macierzyńskiego wypuszczona w tłum, do ludzi. Za kierownicę i do wielkiego miasta. Wraca do życia takiego jak było przedtem, ale... hola hola. Nic już nie jest takie samo i właśnie w tym rzecz. 

12 miesięcy opieki nad dzieckiem szybko mija. Nagle zdajesz sobie sprawę, że dawne życie Cię dogoniło, postawiło w starej roli... tylko ty jakoś nie możesz wcisnąć się już w tamten kostium. Jak zapanować nad rzeczywistością, która nagle przerasta? 

O moich problemach wspominałam w moim wpisie opublikowanym tuż po powrocie do pracy pt. Ma(ma)trix: Ratunku! Obiecałam też, że jeśli tylko dojdę do siebie to dam znać. I wiecie co się stało? Potem było tylko gorzej! No na przykład, w swoim mającym już trzy dekady życiu podróżowałam PKP tysiące razy. I nie wiem jak to możliwe, że stałam przez 20 min koło pociągu, który miał zabrać mnie do domu, nie widziałam go i jak gdyby nigdy nic o wyznaczonym czasie pociąg odjechał? Albo, że jako przykładny kierowca przez ponad 10 lat bez mandatu nagle tłumaczyłam się ile sił przed policją, żeby nie dostać 200 zł kary i całej masy punktów karnych? Swoją drogą wykazałam się chyba niezłą kreatywnością lekko koloryzując rzeczywistość, bo Panowie puścili mnie bez mandatu i nawet zaeskortowali do najbliższego szpitala… położniczego (Oj, będę się za to smażyć, wiem, wiem...). 

Lekka masakra, rummel-bummel, pomieszanie z poplątaniem. Mijały tygodnie a ja wciąż nie ogarniałam przypisując sobie zaszczytny tytuł niedorajdy. I wreszcie wiecie co się stało? Łupnęło na dobre! Zwaliło mnie z nóg. I wcale nie była to sterta mokrych ciuszków niesionych do rozwieszenia na suszarce, ani lista obowiązków w pracy. Pierwszy raz w życiu do tego stopnia zaskoczyła mnie choroba, że każde podniesienie z łóżka i próba jako takiego funkcjonowania kończyła się łzami z niemocy wykonania czegokolwiek. Przewinięcie dziecka to był wyczyn na miarę wspinaczki na wysoki szczyt. Momentami leżałam na podłodze a nade mną stało płaczące dziecko, które błagało o zainteresowanie matki. Pierwszy raz żałowałam że wciąż karmię piersią moją kilkunastomiesięczna już córeczkę. Każde karmienie to był straszny wysiłek, nie mówiąc już o wycieńczeniu organizmu, który resztki zapasów oddawał dziecku. Moja gehenna żołądkowo-jelitowa trwała zaledwie cztery dni, ale to wystarczyło, by w tym krótkim, choć wykańczającym czasie wyleczyć się nie tylko z jelitówki, ale i z problemów, które sprawiały wrażenie, że przestaję nadążać za własnym życiem. 

Moja fizyczna choroba zaowocowała spisaniem listy 6-ciu cudownie uzdrawiających faktów, które od teraz będę nosić w swojej głowie, żeby trzymać psychiczny ład w moim matczynym życiu:

1. Czas spędzony z dzieckiem chcę traktować jak odpoczynek. Bez względu na wszystko, bo po pierwsze na inną formę odpoczynku raczej na co dzień nie będę mieć czasu. A po drugie, o wiele ważniejsze, przecież czas spędzony z dzieckiem to jest przede wszystkim jednak dla mnie przyjemność. Nie bez powodu, gdy nie ma dziecka w moim zasięgu to zaczynam tęsknić. Przekonałam się o tym najbardziej, gdy zewnętrzne okoliczności takie jak choroba ten cudowny czas dla dziecka zaczęły mi Ci ograniczać. 

2. Chcę wyznaczać sobie realne cele i zadania, w ilości możliwej do wykonania. “Dziś wieczorem zrobię prasowanie” - tak lepiej zamiast myślenia o wieczorze w perspektywie 10-ciu spraw, które są do załatwienia. I tak nie zrobię ich jednego dnia. Nawet w przypływie supermocy. Po prostu czas nie jest z gumy.

3. Nie będę przejmować się pierdołami. Nawet jeśli wszyscy wokół to robią! Ja w mojej matczynej roli i towarzyszących jej innych obowiązkach czuję się czasem jak perfekcjonistka na odwyku. Z tym, że wszędzie wokół niestety rozlewają wino po kropelce. Albo wręcz folgują sobie na całego wyprawiając suto zakrapiane uczty. Myją okna, bo spadł deszcz i widać kropelki. Siedzą w pracy po godzinach, bo lepiej rozesłać te maile teraz a nie z samego rana. Dla mnie, dawnej perfekcjonistki, granica pierdół wyraźnie się przesunęła. Te wszystkie sprawy i im podobne wrzucam właśnie do takiego worka. 

4. Jeśli już robię coś poza opieką i miłością do swojego dziecka, to chcę robić to z pasją. Być może jestem szczęściarą, że umiem i mogę tak podchodzić do innych obowiązków, w tym do pracy zawodowej. Nie wiem. W każdym razie zaczęłam przeprowadzać w swoim życiu solidny rachunek sumienia. Co ma, a co nie ma sensu. W końcu poświęcam już na to nie tylko swój czas, ale też troszkę wykradam dziecku ten, który mogłoby spędzić z matką.  

5. Muszę pogodzić się z tym, że odpoczynek w postaci siedzenia albo leżenia i nic nie robienia przynajmniej na razie nie będzie istniał. Nauczyć się wypoczywać spędzając czas z dzieckiem. Poza tym pamiętać, że będą sytuacje w życiu (oby takich było jak najmniej!), że zdążę się jeszcze przymusowo wyleżeć. (Tu jednak mała dygresja - w realizacji tej zasady córeczka przyszła mi z pomocą. Zaczęła zasypiać już nie na moich rękach, ani w trzy minuty po karmieniu, a po półtoragodzinnej sesji łóżkowego szaleństwa na dobranoc. Więc teraz i czas na łóżko mam w swoim grafiku, choć raczej nie o takie "łóżkowanie" z lokatorem chodzącym po głowie i skaczącym po brzuchu mogło mi chodzić ;)

6. Będę wracać do punktów od 1 do 5 jak najczęściej. Bo wiem, że o nich w natłoku codziennych problemów łatwo zapomnieć. I wreszcie, pewnie gdy znów porządnie zachoruję (choć oby więcej nie!), ale tak, że zwali mnie z nóg, to znów pewnie przyjdzie otrzeźwienie i totalny reset. 

Bo dopiero wtedy zauważa się jak wszystko się sypie, gdy problemem staje się brak sił fizycznych, który nie daje szansy, by okazać miłość dziecku tak, jak się tego w danej chwili pragnie.

P.S. Zapomniałabym: Drogie Mamy! Wszystkiego najlepszego na Dzień Matki. Pozostańcie zdrowe. Na ciele i umyśle :)

Mój pierwszy RWF, czyli rozsądnie wybrany fotelik


Nie chodzi o markę, walory użytkowe, typu: czy posłuży też jako nosidełko albo zastąpi gondolę w wózku. Ba, nie chodzi nawet o liczbę gwiazdek w testach wyspecjalizowanych instytucji. Te są ważne, ale jakby się zagłębić w sprawę, to okazuje się, że niektóre gwiazdki są przyznawane na przykład za zalety tapicerki. 

A po co jest dziecięcy fotelik samochodowy? Aby dziecko siedziało w nim w samochodzie i było bezpieczne. A dlaczego RWF? Jak kto woli, z powodu praw fizyki, zasad anatomii, albo po prostu z miłości. Albo też ze wszystkich na raz. 

Dla niewtajemniczonych, czym jest RWF wyjaśniam, że chodzi o fotelik montowany tyłem do kierunku jazdy. Ale uwaga! Nie tylko o ten pierwszy, który kupujemy dla noworodka i towarzyszy mu mniej więcej do wagi 13 kg. Chodzi także o fotelik dla starszego dziecka, do wieku 4 czy też 6 lat.

Od razu muszę przyznać, że nie uzurpuję sobie w tej sprawie miana eksperta. Jestem po prostu rodzicem, jak każdy zatroskanym o zdrowie i życie swojego dziecka. Jak każdy jestem też zmuszona podejmować decyzje przebijając się przez masę komunikatów marketingowych, dobrze wypozycjonowanych stron internetowych i wywracając oczami na widok wyboru, jaki jest w sklepach z artykułami dziecięcymi. Logiczne myślenie jest w takich wypadkach na wagę złota. Ale nawet ono nie pomoże, jeśli po prostu do pewnej wiedzy nie mamy dostępu. Mam wrażenie, że tak właśnie jest z fotelikami RWF. W sklepach, czy to internetowych, czy to tych stacjonarnych jest ich nadal jak na lekarstwo. Sprzedawcy też raczej o takich fotelikach nie wspomną, jeśli klient zdecydowanie nie zaznaczy, że jest zainteresowany takim rozwiązaniem. W takim wypadku logiczne myślenie podpowiada: jeśli czegoś nie ma lub jest, ale tego nie polecają, to znaczy, że ludzie tego nie kupują, a jeśli tego nie kupują, to coś się za tym kryć musi. No i odpuszczamy, by szukać, drążyć dalej. Niestety, bo w tym wypadku akurat warto.

Ja bym pewnie też odpuściła. Jeśli czytaliście mój wpis pt. Ma(ma)trix: Ratunku! to wiecie, że w okolicach pierwszych urodzin Córeczki przeżyłam małe życiowe zamieszanie. W tym czasie niestety wypadła konieczność podjęcia decyzji o nowym foteliku. Na dedukowanie, wertowanie dziesiątek stron, internetowych for, jak to było przed narodzinami dziecka nie miałam absolutnie czasu. Jeden sklep, jedna decyzja. Tak się to musiało odbyć. Na szczęście w przestrzeni realnej i wirtualnej napotkałam na mojej drodze mądre osoby, które co nieco o RWFach wiedziały. Słowem, coś już tam mi w głowie świtało.

To świtanie wystarczyło, bo jak już na wstępie napisałam, RWF mnie przekonał ze względu na prawa fizyki, zasady anatomii i prawo miłości do własnego dziecka.

Prawa fizyki? Gdy dochodzi do zderzenia czołowego (a te są w zdecydowanej większości przyczyną najpoważniejszych i najtragiczniejszych w skutkach dla dzieci wypadków samochodowych), na pasażerów działa siła, która powoduje gwałtowne szarpnięcie ich bezwładnie poddanych tej sile ciał do przodu. Tym większa, im większa jest prędkość auta. Dorosłych chronią skutecznie pasy. Z dziećmi nie jest to takie oczywiste. Nawet przy niedużej prędkości, z którą jeździmy na przykład po mieście.

Zasady anatomii? Spójrzcie na swoje małe pociechy. Dlaczego są takie śliczne i możemy patrzeć się na nie godzinami? Bo różnią się pod pewnymi wyglądami od dorosłych. Małe rączki, krótkie nóżki, śliczne oczka... i co jeszcze? Duża główka to jeden z ważniejszych atrybutów dziecięcego ciała. Dzięki niej maluszki uczą się baaaardzo szybko. Nieco przeszkadza przy ubieraniu bluzeczek. Ale w naszych samochodach bywa poważnym problemem. Jest znacznie większa i cięższa w stosunku do reszty ciała dziecka, jeśli weźmiemy pod uwagę analogiczne porównanie proporcji u osoby dorosłej. Gdy wydarza się wypadek ze zderzeniem czołowym, głowa dziecka siedzącego przodem do kierunku jazdy jest poddawana ogromnej sile. Nie wykształcone jeszcze w pełni mięśnie szyi nie są w stanie jej utrzymać. Pasy trzymają jego malutkie ciałko, ale głowy już nie! Dzieją się wtedy prawdziwe tragedie, o których, nie będąc specjalistką, nie będę też pisać. W foteliku RWF, czyli odwróconym tyłem do kierunku jazdy, ciężar czołowego uderzenia przyjmuje tenże właśnie fotelik, jego plecy i zagłówek. Główka jest bezpieczna.

Prawo miłości? Sprowadza się mniej więcej do tego, że mi ta wiedza plus wrażliwa w takich wypadkach wyobraźnia matki w zupełności wystarczy. Nie mam odwagi narażać mojego dziecka na podobne niebezpieczeństwo.

Efekt? Mój względny spokój podczas jazdy autem. Bo oczywiście nic nie zastąpi sprawnego auta, zdrowego rozsądku na drodze i umiejętności kierowcy. A jeśli chodzi o Córeczkę? Zmiana podejścia do jazdy autem o 180 stopni! Odkąd przesiadła się na swój nowy tron, podróże są o niebo bardziej przyjemne. Siedzi wyżej, a więc widoki za oknem są teraz dla niej prawdziwym odkryciem. Wreszcie zrozumiała o co chodzi w jeździe samochodem, bo jak dotąd to mogła kojarzyć ją jedynie z włożeniem do warczącej puszki, do której wsiada się w jednym miejscu a wysiada w drugim. Na dodatek foteliki RWF mają jeszcze jeden gadżet, o którym raczej nie myślimy montując fotelik przodem do kierunku jazdy. Mam na myśli lusterko, które zaczepia się o zagłówek siedzenia pasażera tuż naprzeciwko dziecka. Gdy wkładałam Córeczkę pierwszy raz do fotelika spodziewałam się wielkiego buntu, jak to było dotąd w foteliku 0-13kg. Jakie było moje dziwienie, gdy zamiast tego dziecko posadzone "na tronie" uśmiechnęło się radośnie wtórując sobie przy tym okrzykiem podziwu. Po prostu zobaczyła siebie w lusterku. Nawet nie zauważyła, że ja zdążyłam zapiąć jej pasy. I ruszyliśmy w podróż! No i tak sobie jeździmy w okrzykach zachwytu przemierzając od czasu do czasu kraj wzdłuż i wszerz ;)

Ponieważ już na wstępie odmówiłam sobie tytułów eksperckich w dziedzinie fotelików, pozwolę sobie Wam zalinkować do paru miejsc w internecie. Tak żebyście sami mogli wyrobić sobie zdanie na temat RWFów. W zależności od tego, jaki rodzaj informacji sobie cenicie:

- blogowe doświadczenia innej mamy: zapraszam po nie do Budującej Mamy, doświadczonej w temacie, bo ma już "na składzie" dwa RWFy. Bogate w treści wpisy na temat fotelików znajdziecie tutaj

- również blog, ale tym razem tworzony przez specjalistę - jednego z pierwszych (jeśli nie pierwszego), sprzedawcę RWFów w naszym kraju: tu poznacie Pana Proste

- sklep internetowy, który zwrócił moją uwagę tym, że ma bardzo praktyczną wyszukiwarkę modeli RWFów (trochę mi to pomogło uporządkować sobie wszystko w głowie) oraz chat, na którym można szybko wyjaśnić podstawowe wątpliwości. Tu znajdziecie sklep.

- a dla fanów wszystko wiedzących i pomocnych społeczności ciekawe grupy na Facebooku tutaj i tutaj.



Bułka drożdżowa tradycyjna: przepis prababci


Wygląda na to, że dorosłam. Mam trzydzieści parę lat na karku, męża, dziecko a jednak dorosłość przyłapała mnie w sposób zupełnie niespodziewany: wraz z wyjęciem z pieca tego wypieku. To bułka, którą piekła moja babcia, a prababcia Małej Muffinki. Robiła to w starej kuchni kaflowej. Ciasto wkładało się tam na specjalną półeczkę z zamykanymi drzwiczkami. Pierwowzór naszych współczesnych piekarników. Potem ten przepis przejęła moja mama i to właśnie dzięki niej tak bardzo kojarzy mi się on z dzieciństwem. No i nadszedł wreszcie moment, gdy to ja upiekłam Ją po raz pierwszy dla mojej Córeczki. Prawdziwą drożdżową bułę... I wiecie co się stało?

Wyjęłam Ją z piekarnika w niedzielne popołudnie. Tuż potem wyszliśmy na rodzinny spacer. Po powrocie do mieszkania powiedziałam do męża:
- Ale tu ładnie pachnie tą bułką.
- To nie pachnie bułką, to pachnie D o m e m. - usłyszałam odpowiedź.

Stworzyłam Dom! Za pomocą drożdży, mąki i mleka! Dorosłam. Dziękuję Babciu, dziękuję Mamo :) Dziś na blogu dzielę się zatem z Wami tym naszym rodzinnym skarbem, pełnym wspomnień, a jakże!

Składniki (na blaszkę 36 x 12 cm):

pół kilograma mąki (typ 450) (+1 czubata łyżka do drożdży)
4 żółtka
ok. 30 g drożdży
3/4 szklanki cukru (+1 czubata łyżka do drożdży)
250 ml mleka (+50 ml do drożdży)
cukier waniliowy (16 g)
1/5 kostki margaryny
odrobina soli

Wykonanie:

Żółtka ucieramy mikserem z cukrem i cukrem waniliowym. Wystarczą 2-3 minuty mieszania, aż powstanie gładki kogiel mogiel. 

Do dużej miski przesiewamy całą porcję mąki, dodajemy sól. 

Lekko (!) podgrzewamy 50 ml mleka. Dodajemy rozdrobnione drożdże. Mieszamy. Dodajemy czubatą łyżkę mąki i czubatą łyżkę cukru. Mieszamy, by nie było grudek (najlepiej takim sprytnym kuchennym mieszadełkiem). Taką lekko ciepłą, dobrze wymieszaną masę odstawiamy na ok. 10 min. Czekamy aż zacznie pracować (lekko urośnie i stworzy się lekka pianka). Wyrośnięte drożdże dodajemy do wcześniej przygotowanej mąki.

Mieszamy mąkę, masę drożdżową i utarty cukier. Najpierw można łyżką, potem ugniatamy ręką, stopniowo dolewając resztę lekko nagrzanego mleka. Nie zawsze zużyjemy całą szklankę. Wszystko zależy od mąki i chyba fazy księżyca ;) bo nawet gdy robię takie ciasto zawsze z tej samej, to bywa różnie. Dlatego zagniatanie ciasta wymaga trochę doświadczenia i uwagi. Musi być sprężyste i nie za mokre (nie może się kleić do rąk). Czasem przy jego ugniataniu trzeba dodać odrobinę więcej mąki. 

Na końcu do ciasta dodaję roztopioną margarynę. I ugniatam je finalnie. Tak przygotowane ciasto trzeba odstawić w misce, przykrytej ścierkami lub ręcznikami w ciepłe miejsce na ok. 30 min. Przez ten czas trochę podrośnie. Potem przekładam je do prostokątnej wąskiej blaszki (36 x 12 cm) wyłożonej papierem do pieczenia i jeszcze raz na jakieś 15 min. odkładam w przytulne, ciepłe miejsce. Tak, tak trzeba cierpliwości. Bułka lubi poleniuchować. I gotowe. Gdy po takim odpoczynku ciasto znów lekko zacznie wyrastać, będzie już gotowe do pieczenia. Na koniec warto jeszcze wysmarować je lekko po wierzchu białkiem. Ewentualnie można posypać słodką kruszonką.

Temperatura piekarnika: 170 stopni Celcjusza. Czas pieczenia: 30 minut. Przed wyjęciem ciasto sprawdzamy w środku patyczkiem, czy aby na pewno nie jest mokre.

Nie muszę chyba dodawać, że takie jeszcze ciepłe jest po prostu przepyszne. A w towarzystwie szklanki mleka to już po prostu obłęd ;)

Smacznego!