Wyznanie matki: Jak zachorowałam na ciele by ozdrowieć na umyśle?


Zaczęło się od pociągu widmo i znaku drogowego, który tam wcześniej nie stał. Seria wpadek matki. Po roku macierzyńskiego wypuszczona w tłum, do ludzi. Za kierownicę i do wielkiego miasta. Wraca do życia takiego jak było przedtem, ale... hola hola. Nic już nie jest takie samo i właśnie w tym rzecz. 

12 miesięcy opieki nad dzieckiem szybko mija. Nagle zdajesz sobie sprawę, że dawne życie Cię dogoniło, postawiło w starej roli... tylko ty jakoś nie możesz wcisnąć się już w tamten kostium. Jak zapanować nad rzeczywistością, która nagle przerasta? 

O moich problemach wspominałam w moim wpisie opublikowanym tuż po powrocie do pracy pt. Ma(ma)trix: Ratunku! Obiecałam też, że jeśli tylko dojdę do siebie to dam znać. I wiecie co się stało? Potem było tylko gorzej! No na przykład, w swoim mającym już trzy dekady życiu podróżowałam PKP tysiące razy. I nie wiem jak to możliwe, że stałam przez 20 min koło pociągu, który miał zabrać mnie do domu, nie widziałam go i jak gdyby nigdy nic o wyznaczonym czasie pociąg odjechał? Albo, że jako przykładny kierowca przez ponad 10 lat bez mandatu nagle tłumaczyłam się ile sił przed policją, żeby nie dostać 200 zł kary i całej masy punktów karnych? Swoją drogą wykazałam się chyba niezłą kreatywnością lekko koloryzując rzeczywistość, bo Panowie puścili mnie bez mandatu i nawet zaeskortowali do najbliższego szpitala… położniczego (Oj, będę się za to smażyć, wiem, wiem...). 

Lekka masakra, rummel-bummel, pomieszanie z poplątaniem. Mijały tygodnie a ja wciąż nie ogarniałam przypisując sobie zaszczytny tytuł niedorajdy. I wreszcie wiecie co się stało? Łupnęło na dobre! Zwaliło mnie z nóg. I wcale nie była to sterta mokrych ciuszków niesionych do rozwieszenia na suszarce, ani lista obowiązków w pracy. Pierwszy raz w życiu do tego stopnia zaskoczyła mnie choroba, że każde podniesienie z łóżka i próba jako takiego funkcjonowania kończyła się łzami z niemocy wykonania czegokolwiek. Przewinięcie dziecka to był wyczyn na miarę wspinaczki na wysoki szczyt. Momentami leżałam na podłodze a nade mną stało płaczące dziecko, które błagało o zainteresowanie matki. Pierwszy raz żałowałam że wciąż karmię piersią moją kilkunastomiesięczna już córeczkę. Każde karmienie to był straszny wysiłek, nie mówiąc już o wycieńczeniu organizmu, który resztki zapasów oddawał dziecku. Moja gehenna żołądkowo-jelitowa trwała zaledwie cztery dni, ale to wystarczyło, by w tym krótkim, choć wykańczającym czasie wyleczyć się nie tylko z jelitówki, ale i z problemów, które sprawiały wrażenie, że przestaję nadążać za własnym życiem. 

Moja fizyczna choroba zaowocowała spisaniem listy 6-ciu cudownie uzdrawiających faktów, które od teraz będę nosić w swojej głowie, żeby trzymać psychiczny ład w moim matczynym życiu:

1. Czas spędzony z dzieckiem chcę traktować jak odpoczynek. Bez względu na wszystko, bo po pierwsze na inną formę odpoczynku raczej na co dzień nie będę mieć czasu. A po drugie, o wiele ważniejsze, przecież czas spędzony z dzieckiem to jest przede wszystkim jednak dla mnie przyjemność. Nie bez powodu, gdy nie ma dziecka w moim zasięgu to zaczynam tęsknić. Przekonałam się o tym najbardziej, gdy zewnętrzne okoliczności takie jak choroba ten cudowny czas dla dziecka zaczęły mi Ci ograniczać. 

2. Chcę wyznaczać sobie realne cele i zadania, w ilości możliwej do wykonania. “Dziś wieczorem zrobię prasowanie” - tak lepiej zamiast myślenia o wieczorze w perspektywie 10-ciu spraw, które są do załatwienia. I tak nie zrobię ich jednego dnia. Nawet w przypływie supermocy. Po prostu czas nie jest z gumy.

3. Nie będę przejmować się pierdołami. Nawet jeśli wszyscy wokół to robią! Ja w mojej matczynej roli i towarzyszących jej innych obowiązkach czuję się czasem jak perfekcjonistka na odwyku. Z tym, że wszędzie wokół niestety rozlewają wino po kropelce. Albo wręcz folgują sobie na całego wyprawiając suto zakrapiane uczty. Myją okna, bo spadł deszcz i widać kropelki. Siedzą w pracy po godzinach, bo lepiej rozesłać te maile teraz a nie z samego rana. Dla mnie, dawnej perfekcjonistki, granica pierdół wyraźnie się przesunęła. Te wszystkie sprawy i im podobne wrzucam właśnie do takiego worka. 

4. Jeśli już robię coś poza opieką i miłością do swojego dziecka, to chcę robić to z pasją. Być może jestem szczęściarą, że umiem i mogę tak podchodzić do innych obowiązków, w tym do pracy zawodowej. Nie wiem. W każdym razie zaczęłam przeprowadzać w swoim życiu solidny rachunek sumienia. Co ma, a co nie ma sensu. W końcu poświęcam już na to nie tylko swój czas, ale też troszkę wykradam dziecku ten, który mogłoby spędzić z matką.  

5. Muszę pogodzić się z tym, że odpoczynek w postaci siedzenia albo leżenia i nic nie robienia przynajmniej na razie nie będzie istniał. Nauczyć się wypoczywać spędzając czas z dzieckiem. Poza tym pamiętać, że będą sytuacje w życiu (oby takich było jak najmniej!), że zdążę się jeszcze przymusowo wyleżeć. (Tu jednak mała dygresja - w realizacji tej zasady córeczka przyszła mi z pomocą. Zaczęła zasypiać już nie na moich rękach, ani w trzy minuty po karmieniu, a po półtoragodzinnej sesji łóżkowego szaleństwa na dobranoc. Więc teraz i czas na łóżko mam w swoim grafiku, choć raczej nie o takie "łóżkowanie" z lokatorem chodzącym po głowie i skaczącym po brzuchu mogło mi chodzić ;)

6. Będę wracać do punktów od 1 do 5 jak najczęściej. Bo wiem, że o nich w natłoku codziennych problemów łatwo zapomnieć. I wreszcie, pewnie gdy znów porządnie zachoruję (choć oby więcej nie!), ale tak, że zwali mnie z nóg, to znów pewnie przyjdzie otrzeźwienie i totalny reset. 

Bo dopiero wtedy zauważa się jak wszystko się sypie, gdy problemem staje się brak sił fizycznych, który nie daje szansy, by okazać miłość dziecku tak, jak się tego w danej chwili pragnie.

P.S. Zapomniałabym: Drogie Mamy! Wszystkiego najlepszego na Dzień Matki. Pozostańcie zdrowe. Na ciele i umyśle :)

Mój pierwszy RWF, czyli rozsądnie wybrany fotelik


Nie chodzi o markę, walory użytkowe, typu: czy posłuży też jako nosidełko albo zastąpi gondolę w wózku. Ba, nie chodzi nawet o liczbę gwiazdek w testach wyspecjalizowanych instytucji. Te są ważne, ale jakby się zagłębić w sprawę, to okazuje się, że niektóre gwiazdki są przyznawane na przykład za zalety tapicerki. 

A po co jest dziecięcy fotelik samochodowy? Aby dziecko siedziało w nim w samochodzie i było bezpieczne. A dlaczego RWF? Jak kto woli, z powodu praw fizyki, zasad anatomii, albo po prostu z miłości. Albo też ze wszystkich na raz. 

Dla niewtajemniczonych, czym jest RWF wyjaśniam, że chodzi o fotelik montowany tyłem do kierunku jazdy. Ale uwaga! Nie tylko o ten pierwszy, który kupujemy dla noworodka i towarzyszy mu mniej więcej do wagi 13 kg. Chodzi także o fotelik dla starszego dziecka, do wieku 4 czy też 6 lat.

Od razu muszę przyznać, że nie uzurpuję sobie w tej sprawie miana eksperta. Jestem po prostu rodzicem, jak każdy zatroskanym o zdrowie i życie swojego dziecka. Jak każdy jestem też zmuszona podejmować decyzje przebijając się przez masę komunikatów marketingowych, dobrze wypozycjonowanych stron internetowych i wywracając oczami na widok wyboru, jaki jest w sklepach z artykułami dziecięcymi. Logiczne myślenie jest w takich wypadkach na wagę złota. Ale nawet ono nie pomoże, jeśli po prostu do pewnej wiedzy nie mamy dostępu. Mam wrażenie, że tak właśnie jest z fotelikami RWF. W sklepach, czy to internetowych, czy to tych stacjonarnych jest ich nadal jak na lekarstwo. Sprzedawcy też raczej o takich fotelikach nie wspomną, jeśli klient zdecydowanie nie zaznaczy, że jest zainteresowany takim rozwiązaniem. W takim wypadku logiczne myślenie podpowiada: jeśli czegoś nie ma lub jest, ale tego nie polecają, to znaczy, że ludzie tego nie kupują, a jeśli tego nie kupują, to coś się za tym kryć musi. No i odpuszczamy, by szukać, drążyć dalej. Niestety, bo w tym wypadku akurat warto.

Ja bym pewnie też odpuściła. Jeśli czytaliście mój wpis pt. Ma(ma)trix: Ratunku! to wiecie, że w okolicach pierwszych urodzin Córeczki przeżyłam małe życiowe zamieszanie. W tym czasie niestety wypadła konieczność podjęcia decyzji o nowym foteliku. Na dedukowanie, wertowanie dziesiątek stron, internetowych for, jak to było przed narodzinami dziecka nie miałam absolutnie czasu. Jeden sklep, jedna decyzja. Tak się to musiało odbyć. Na szczęście w przestrzeni realnej i wirtualnej napotkałam na mojej drodze mądre osoby, które co nieco o RWFach wiedziały. Słowem, coś już tam mi w głowie świtało.

To świtanie wystarczyło, bo jak już na wstępie napisałam, RWF mnie przekonał ze względu na prawa fizyki, zasady anatomii i prawo miłości do własnego dziecka.

Prawa fizyki? Gdy dochodzi do zderzenia czołowego (a te są w zdecydowanej większości przyczyną najpoważniejszych i najtragiczniejszych w skutkach dla dzieci wypadków samochodowych), na pasażerów działa siła, która powoduje gwałtowne szarpnięcie ich bezwładnie poddanych tej sile ciał do przodu. Tym większa, im większa jest prędkość auta. Dorosłych chronią skutecznie pasy. Z dziećmi nie jest to takie oczywiste. Nawet przy niedużej prędkości, z którą jeździmy na przykład po mieście.

Zasady anatomii? Spójrzcie na swoje małe pociechy. Dlaczego są takie śliczne i możemy patrzeć się na nie godzinami? Bo różnią się pod pewnymi wyglądami od dorosłych. Małe rączki, krótkie nóżki, śliczne oczka... i co jeszcze? Duża główka to jeden z ważniejszych atrybutów dziecięcego ciała. Dzięki niej maluszki uczą się baaaardzo szybko. Nieco przeszkadza przy ubieraniu bluzeczek. Ale w naszych samochodach bywa poważnym problemem. Jest znacznie większa i cięższa w stosunku do reszty ciała dziecka, jeśli weźmiemy pod uwagę analogiczne porównanie proporcji u osoby dorosłej. Gdy wydarza się wypadek ze zderzeniem czołowym, głowa dziecka siedzącego przodem do kierunku jazdy jest poddawana ogromnej sile. Nie wykształcone jeszcze w pełni mięśnie szyi nie są w stanie jej utrzymać. Pasy trzymają jego malutkie ciałko, ale głowy już nie! Dzieją się wtedy prawdziwe tragedie, o których, nie będąc specjalistką, nie będę też pisać. W foteliku RWF, czyli odwróconym tyłem do kierunku jazdy, ciężar czołowego uderzenia przyjmuje tenże właśnie fotelik, jego plecy i zagłówek. Główka jest bezpieczna.

Prawo miłości? Sprowadza się mniej więcej do tego, że mi ta wiedza plus wrażliwa w takich wypadkach wyobraźnia matki w zupełności wystarczy. Nie mam odwagi narażać mojego dziecka na podobne niebezpieczeństwo.

Efekt? Mój względny spokój podczas jazdy autem. Bo oczywiście nic nie zastąpi sprawnego auta, zdrowego rozsądku na drodze i umiejętności kierowcy. A jeśli chodzi o Córeczkę? Zmiana podejścia do jazdy autem o 180 stopni! Odkąd przesiadła się na swój nowy tron, podróże są o niebo bardziej przyjemne. Siedzi wyżej, a więc widoki za oknem są teraz dla niej prawdziwym odkryciem. Wreszcie zrozumiała o co chodzi w jeździe samochodem, bo jak dotąd to mogła kojarzyć ją jedynie z włożeniem do warczącej puszki, do której wsiada się w jednym miejscu a wysiada w drugim. Na dodatek foteliki RWF mają jeszcze jeden gadżet, o którym raczej nie myślimy montując fotelik przodem do kierunku jazdy. Mam na myśli lusterko, które zaczepia się o zagłówek siedzenia pasażera tuż naprzeciwko dziecka. Gdy wkładałam Córeczkę pierwszy raz do fotelika spodziewałam się wielkiego buntu, jak to było dotąd w foteliku 0-13kg. Jakie było moje dziwienie, gdy zamiast tego dziecko posadzone "na tronie" uśmiechnęło się radośnie wtórując sobie przy tym okrzykiem podziwu. Po prostu zobaczyła siebie w lusterku. Nawet nie zauważyła, że ja zdążyłam zapiąć jej pasy. I ruszyliśmy w podróż! No i tak sobie jeździmy w okrzykach zachwytu przemierzając od czasu do czasu kraj wzdłuż i wszerz ;)

Ponieważ już na wstępie odmówiłam sobie tytułów eksperckich w dziedzinie fotelików, pozwolę sobie Wam zalinkować do paru miejsc w internecie. Tak żebyście sami mogli wyrobić sobie zdanie na temat RWFów. W zależności od tego, jaki rodzaj informacji sobie cenicie:

- blogowe doświadczenia innej mamy: zapraszam po nie do Budującej Mamy, doświadczonej w temacie, bo ma już "na składzie" dwa RWFy. Bogate w treści wpisy na temat fotelików znajdziecie tutaj

- również blog, ale tym razem tworzony przez specjalistę - jednego z pierwszych (jeśli nie pierwszego), sprzedawcę RWFów w naszym kraju: tu poznacie Pana Proste

- sklep internetowy, który zwrócił moją uwagę tym, że ma bardzo praktyczną wyszukiwarkę modeli RWFów (trochę mi to pomogło uporządkować sobie wszystko w głowie) oraz chat, na którym można szybko wyjaśnić podstawowe wątpliwości. Tu znajdziecie sklep.

- a dla fanów wszystko wiedzących i pomocnych społeczności ciekawe grupy na Facebooku tutaj i tutaj.



Bułka drożdżowa tradycyjna: przepis prababci


Wygląda na to, że dorosłam. Mam trzydzieści parę lat na karku, męża, dziecko a jednak dorosłość przyłapała mnie w sposób zupełnie niespodziewany: wraz z wyjęciem z pieca tego wypieku. To bułka, którą piekła moja babcia, a prababcia Małej Muffinki. Robiła to w starej kuchni kaflowej. Ciasto wkładało się tam na specjalną półeczkę z zamykanymi drzwiczkami. Pierwowzór naszych współczesnych piekarników. Potem ten przepis przejęła moja mama i to właśnie dzięki niej tak bardzo kojarzy mi się on z dzieciństwem. No i nadszedł wreszcie moment, gdy to ja upiekłam Ją po raz pierwszy dla mojej Córeczki. Prawdziwą drożdżową bułę... I wiecie co się stało?

Wyjęłam Ją z piekarnika w niedzielne popołudnie. Tuż potem wyszliśmy na rodzinny spacer. Po powrocie do mieszkania powiedziałam do męża:
- Ale tu ładnie pachnie tą bułką.
- To nie pachnie bułką, to pachnie D o m e m. - usłyszałam odpowiedź.

Stworzyłam Dom! Za pomocą drożdży, mąki i mleka! Dorosłam. Dziękuję Babciu, dziękuję Mamo :) Dziś na blogu dzielę się zatem z Wami tym naszym rodzinnym skarbem, pełnym wspomnień, a jakże!

Składniki (na blaszkę 36 x 12 cm):

pół kilograma mąki (typ 450) (+1 czubata łyżka do drożdży)
4 żółtka
ok. 30 g drożdży
3/4 szklanki cukru (+1 czubata łyżka do drożdży)
250 ml mleka (+50 ml do drożdży)
cukier waniliowy (16 g)
1/5 kostki margaryny
odrobina soli

Wykonanie:

Żółtka ucieramy mikserem z cukrem i cukrem waniliowym. Wystarczą 2-3 minuty mieszania, aż powstanie gładki kogiel mogiel. 

Do dużej miski przesiewamy całą porcję mąki, dodajemy sól. 

Lekko (!) podgrzewamy 50 ml mleka. Dodajemy rozdrobnione drożdże. Mieszamy. Dodajemy czubatą łyżkę mąki i czubatą łyżkę cukru. Mieszamy, by nie było grudek (najlepiej takim sprytnym kuchennym mieszadełkiem). Taką lekko ciepłą, dobrze wymieszaną masę odstawiamy na ok. 10 min. Czekamy aż zacznie pracować (lekko urośnie i stworzy się lekka pianka). Wyrośnięte drożdże dodajemy do wcześniej przygotowanej mąki.

Mieszamy mąkę, masę drożdżową i utarty cukier. Najpierw można łyżką, potem ugniatamy ręką, stopniowo dolewając resztę lekko nagrzanego mleka. Nie zawsze zużyjemy całą szklankę. Wszystko zależy od mąki i chyba fazy księżyca ;) bo nawet gdy robię takie ciasto zawsze z tej samej, to bywa różnie. Dlatego zagniatanie ciasta wymaga trochę doświadczenia i uwagi. Musi być sprężyste i nie za mokre (nie może się kleić do rąk). Czasem przy jego ugniataniu trzeba dodać odrobinę więcej mąki. 

Na końcu do ciasta dodaję roztopioną margarynę. I ugniatam je finalnie. Tak przygotowane ciasto trzeba odstawić w misce, przykrytej ścierkami lub ręcznikami w ciepłe miejsce na ok. 30 min. Przez ten czas trochę podrośnie. Potem przekładam je do prostokątnej wąskiej blaszki (36 x 12 cm) wyłożonej papierem do pieczenia i jeszcze raz na jakieś 15 min. odkładam w przytulne, ciepłe miejsce. Tak, tak trzeba cierpliwości. Bułka lubi poleniuchować. I gotowe. Gdy po takim odpoczynku ciasto znów lekko zacznie wyrastać, będzie już gotowe do pieczenia. Na koniec warto jeszcze wysmarować je lekko po wierzchu białkiem. Ewentualnie można posypać słodką kruszonką.

Temperatura piekarnika: 170 stopni Celcjusza. Czas pieczenia: 30 minut. Przed wyjęciem ciasto sprawdzamy w środku patyczkiem, czy aby na pewno nie jest mokre.

Nie muszę chyba dodawać, że takie jeszcze ciepłe jest po prostu przepyszne. A w towarzystwie szklanki mleka to już po prostu obłęd ;)

Smacznego!





Mamy, nie dajmy z siebie robić dzieci!


Zacznę od tego, że się wkurzyłam. Trafiłam na post pewnej blogerki. Nie napiszę o kogo chodzi, ani też nie podlinkuję, bo nie chcę, żebyście tam zaglądali. Moim zdaniem nie warto. Ktoś jednak z całą pewnością czyta jej wpisy, tym bardziej, że potrafi dać do tekstu tytuły mocno kontrowersyjne. Zaczęła więc mniej więcej tak: "Jestem matką. Zażyłam pigułkę wczesnoporonną...". Tyle w pierwszej osobie, bo dalej nie miała już odwagi opowiadać własnej historii. Pisze o losach innej, pewnie wyimaginowanej matki, która wzięła pigułkę, bo nie chciała zafundować swojemu (tu cytuję) ewentualnemu (sic!) dziecku życia na nieodpowiednim poziomie.

Czytałam tak sformułowane zdanie kilkanaście razy. Jestem matką bez kompromisów. Bo nie można być trochę matką i trochę nią nie być. Dlatego nie rozumiem: co to jest ewentualne dziecko? I jak można stworzyć w swojej głowie jakiekolwiek usprawiedliwienie dla filozofii, która broni prawa jednej osoby do odebrania innej osobie jakichkolwiek praw, zaczynając od tak podstawowego jakim jest życie.

W tym miejscu przytoczę pewną historię. Było to latem. Spotkanie dawno nie widzianych przyjaciółek. Były także ich dzieci. Wiek najstarszych 4-5 lat. Dorośli wymyślili zabawę w sklep. Dzieci narzuciły reguły. Sklep był więc wyimaginowany, podobnie jak towar na półkach i pieniądze. Zasady, jak to w dziecinnym świecie dość ruchome. Jednym razem w sklepie dostępne były tylko warzywa, aby po chwili znalazł się w sprzedaży też rower i jakiś samochód. Jeden liść wystarczył, żeby kupić wypasione ferrari, a z czasem nawet za sto nie sposób było wypłacić się za marchewkę. Dzieci bawiły się świetnie. Dorośli też mieli niezły ubaw. W pewnej chwili przedmiotem do kupienia była karma dla pieska. Stałam się jej szczęśliwym posiadaczem, odbierając niewidzialną puszkę, aby za moment usłyszeć, że muszę teraz nakarmić nią głodnego pieska. "Nie ma sprawy" powiedziałam i ochoczo zabrałam się za "wysypywanie" karmy na niby do miski, która była równie na niby.
- Co robisz? - zapytała Mała Zosia patrząc na mnie karcącym spojrzeniem.
- Karmię głodnego pieska - odpowiedziałam tryumfalnie, dumna, że odnalazłam się w mig w dziecięcej rzeczywistości.
- Ale przecież tu nie ma żadnego pieska. Piesek jest tam. - odpowiedziała Zosia patrząc na mnie tak, jakbym się urwała z jakiejś choinki.
Rzeczywiście 300 metrów dalej stała buda a w niej spał podwórkowy burek. Wiecie, że poczułam się autentycznie głupio? Skarciło mnie dziecko. Wyrwana z kontekstu, brutalnie sprowadzona na ziemię! Dziecko uświadomiło mi, że ja osoba dorosła nie dostrzegłam w porę subtelnej różnicy między światem wypełnionym zabawą a tym prawdziwym, autentycznym, który zabawa jedynie w jakiś sposób odzwierciedlała. Nie zrozumiałam momentu, w którym trzeba było ją zakończyć i wrócić do rzeczywistości. Spojrzeć prawdzie w oczy.

Wbrew pozorom świat ludzi dorosłych jest bardzo podobny do tego, który tworzą dzieci. Żyjemy wśród wartości, uczuć, które sami nazywamy i definiujemy. Są one podstawą naszych działań i reguł, którym w życiu jesteśmy wierni. Dla jednego być przyjacielem znaczy to, dla innego zupełnie co innego. Tak samo jest z miłością, wiarą, rodziną... Tak ten świat jest stworzony. Nie ma na nim dwóch takich samych osób. Reguły życia są takie, że aby funkcjonować obok i/lub wspólnie z innymi ludźmi musimy te ich wartości i uczucia respektować. Jeśli się nadto różnimy, czyli jak w przykładzie powyżej chcemy sprzedać marchewki a ktoś przychodzi kupić ferrari, to aby mieć dalej o czym rozmawiać i tworzyć wspólnie, trzeba się dogadać. Rozumieją to nawet dzieci. Ale bywa też tak, że dzieci rozumieją więcej. Na przykład to, że czasem trzeba porzucić własne pomysły na nazywanie rzeczywistości i zastanowić się, "gdzie jest prawdziwy piesek". Po prostu pozostając w swoim świecie, w którym jest bardzo fajnie, nie nakarmimy go tak na serio. Nie naprawimy świata. Zamiast tego będziemy albo układać cegiełki we własnym wymarzonym domku, a przy okazji być może i burzyć te, z których zbudowana jest przestrzeń do życia dla innych ludzi. Przekładając to na język prawdziwego życia powiedziałabym tak: są sytuacje w życiu, w obliczu których pojawia się konieczność wydoroślenia. Wyjścia poza ramy stworzonego wokół siebie świata i uznania pewnych faktów. Wielu dorosłym zrozumienie tego właściwego momentu przychodzi bardzo trudno. Tak jak przydarzyło się to mi tego letniego popołudnia.

Do czego zmierzam opowiadając tę historię? Powtórzę: Macierzyństwo nauczyło mnie bezkompromisowości. Nie rozumiem jak kobieta, będąca matką może dopuścić myśl o zabiciu własnego dziecka. Nawet jeśli jest to dziecko nienarodzone. Nawet jeśli jest to dziecko "ewentualne", jak brzydko napisała zacytowana blogerka... choć wiem oczywiście co miała na myśli. Dziecko, które być może jest w niej, dlatego z tą myślą połknie pigułkę, aby za chwilę usprawiedliwić swój czyn tym, że przecież dziecka wcale być nie musiało. Więc nic się przecież nie stało. Bawimy się dalej ustanawiając własne reguły. Zupełnie jak dzieci.

Nie byłoby tego wpisu, gdyby nie 8. marca. Dzień Kobiet. Matek również. Święto miłości, piękna, dobra, życia, wrażliwości, siły i potęgi... nie sposób wymienić tego, co jeszcze kryje się w Kobiecie. Tymczasem każdego roku wraca do mnie przy tej okazji podobny niesmak. Teraz, gdy urodziłam Dziecko stał się jakoś wyjątkowo nie do przełknięcia. Dlatego muszę głośno krzyknąć i mam potrzebę, by nazwać rzeczy po imieniu. Są okoliczności, które powodują, że Dzień Kobiet staje się dniem manifestacji nienawiści, krzywdy, głupoty, kłamstwa, wulgaryzmów i totalnego pomieszania wartości. W moim imieniu. Także w imieniu wielu innych Kobiet i Matek. A ja nie chcę takich rzeczników! Te z Was, które czują podobnie, na pewno wiedzą o co chodzi. Dla większej jasności zacytuję (z lekkim ocenzurowaniem) tylko kilka haseł z facebookowego profilu jednej z uczestniczek tegorocznej Manify:


aborcja: Jestem za wolnym wyborem i swobodnym decydowaniem o swoim ciele. Chazan. japie*****, co za ch*j. feminizm. To nie jest straszne słowo na F. To postawa wobec życia, która wyraża się najkrócej w tym, że wszystkie osoby są równe.klauzula sumienia. Że ku..a co?za mnie, za Ciebie, za nią. w imieniu każdej z nas

Dużo jest tu o regułach, wartościach a na końcu jeszcze o tym, że to też w moim imieniu. Wiecie co... chyba muszę zmienić tytuł tego wpisu, bo w tej sytuacji wypada jednak życzyć sobie bycia dzieckiem niż takim dorosłym. Życzę więc tym Paniom, żeby też spotkały kiedyś małą Zosię, która powie im, gdzie jest prawdziwe życie, a gdzie tylko sklep z ulubionymi zabawkami.



.

Ma(ma)trix: Ratunku!


Ja chyba kipnę! Takim oto wstępem okraszonym wykrzyknikiem zaczęłam drugi rok mojego macierzyństwa. Było to w dzień pierwszych urodzin Małej Muffinki, a właściwe wieczorem, gdy wszyscy goście już wyszli. Trzeba być lekką wariatką, żeby wyprawić 3 (słownie: trzy!) imprezy urodzinowe pod rząd dla jednego dziecka. W dodatku dwie z nich we własnym domu i to jedną z gromadą dzieci biegających po wszystkich pokojach. Było cudownie, goście wspaniali, wspomnienia zostaną na długo, ale...

Miarka się przebrała. I to na ostatniej prostej mojego rocznego urlopu macierzyńskiego, który był chyba jednym z najbardziej wyczerpujących fizycznie momentów w moim dotychczasowym życiu. Wyprawiając potrójne urodzinki postawiłam "kropkę nad i" w temacie matczynych obowiązków i opadłam bezsilnie na kanapę. Dzień później wróciłam do pracy.

Kocham Cię Córeczko.

Gdy babka taka jak ja, która zbyt łatwo nie odpuszcza, zostaje matką, świat staje na głowie. W dodatku sterczy w tej pozie uparcie pomimo upływu czasu. Choć wydawać by się mogło, że przecież wszystko ma swój kres. Dziecko w końcu okrzepnie, zacznie siadać, chodzić i nie będzie już takie nieporadnie od rąk mamy zależne. Choć dziecina już sobie lata po domu samodzielnie, robiąc kilometry na własnych nogach, dzień po dniu niewiele się zmienia. A wręcz przeciwnie. Dziecko już tyle nie wymaga w kwestiach opieki, ale ty wymagasz od siebie coraz więcej. W końcu przypominasz sobie krok po kroku, jak to Twoje życie "przedtem" wyglądało i chciałabyś mu dorównać. Tylko, że w tym starym grafiku nie było punktu pod hasłem "matka". I nagle jest wielki zonk, że tego już identycznie posklejać się nie da. Znacie to uczucie?

Kocham Cię Córeczko.

Istny Mamatrix, jeśli wiecie, co mogę mieć na myśli. Kiedyś byłam fanką tego filmu, a właściwie jego głównego bohatera, w którym się lekko podkochiwałam. Piękny Keanu w skórzanym płaszczu próbował zbawić świat, a właściwie to zapanować nad rzeczywistością opanowaną przez system komputerowy, którą ludzkość dawno przestała ogarniać. Ja tymczasem otrzepuję z moich wyjściowo-służbowych ciuszków resztki pudru do pupy (taka jest właśnie moja mamatrixowa stylizacja) i próbuję poukładać życie rodzinne, zawodowe, nie pogubić w tym wszystkim siebie i przyjaciół. Wszystko oczywiście z jednym podstawowym i jak zawsze niezmiennym celem w tle: być dobrą matką.

Kocham Cię Córeczko.

Na razie wszelkie próby zapanowania na nowo nad każdą z tych czterech rzeczywistości kończą się serią żalu do samej siebie. Dobrze czuję się jedynie w skórze matki. Resztę próbuję postawić na nogi, jakby były połamane po niezłej kraksie. Ale w głębi duszy czuję, że jakoś się poukłada, bo jestem teraz silna, lepiej zorganizowana, bardziej cenię siebie i mam sporo wiary we własne możliwości. Choć... mam też więcej ambicji i w tym pewnie tkwi powód całego mamatrixa.

Jak się ogarnę to dam znać. Na pewno. A jeśli wiecie, w jaki spobób  uwolnić się od mamatrixa, bo za wami podobne przeżycia, to błagam, nie zostawiajcie mnie w tym stanie samej! Tu poniżej jest fajne miejsce, które czeka na Wasze komentarze.

P.S. Wiem, że już Ci to tysiąc razy mówiłam, ale w końcu zawiesił mi się system, więc powtórzę: kocham Cię Córeczko ;)





Lentylkowe urodzinki: muffinki oraz koktajl z lentylek


Które lentylki są najzdrowsze? Każde dziecko wie, że te zielone! Słyszałam to już nie jeden raz z ust Małych Gości, których bardzo lubię częstować tymi kolorowymi cukiereczkami. Taka już ze mnie lentylkowa ciocia ;) Pod lentylkową skorupką kryje się tak wiele skojarzeń z pięknem dziecięcego świata. Są idealnie kolorowe, beztrosko zajadane, słodkie. Gdy je serwujesz to podajesz jednocześnie wielką radość z małej rzeczy. Zupełnie jak w życiu każdego szczęśliwego dziecka. Mam po prostu do tych drażetek poważny sentyment. Przygotowując się do pierwszych urodzin mojej Córeczki nie mogłam pominąć tego punktu w menu. Lentylki musiały po prostu znaleźć się na stole pełnym słodkości. Ale aby jeszcze bardziej podkręcić dziecięce apetyty postanowiłam zamknąć je w atrakcyjnej formie. Tak powstały lentylkowo-muffinkowe stworki oraz budyń pod lentylkową pierzynką zamknięty w słoikach. Nie muszę chyba pisać, że oba pomysły sprawdziły się wyśmienicie :)

Muffinki - Lentylkowe stworki

Aby powstały stworki wystarczy sprawdzony przepis na szybkie i smaczne muffiny. Ja wykorzystałam moje jak zawsze niezawodne w takich sytuacjach muffinki czekoladowe. Wypiekłam je bez nadzienia, bo w środku miały znaleźć się kolorowe groszki. W tym miejscu wypada mi uprzedzić, abyście nie wpadli na pomysł wypełnienia muffinków lentylkami przed pieczeniem. Sprawdzałam to osobiście jakiś czas temu... z opłakanym efektem. Lentylki opadły, rozpuściły się. Środek ciasteczek zrobił się mało estetyczny, w dodatku ciasto się nie dopiekło. Ale każdy eksperyment w kuchni jest twórczy. Dzięki niemu teraz wiedziałam, że najpierw wypiekamy muffinki, potem po wystygnięciu ciasta odkrajamy wierzch i lekko wydrążamy środek wsypując lentylki. Prosto, szybko i stworki gotowe!

Lentylkowy budyń

Ten budyń wymaga w przygotowaniu lekkiej wprawy, aby jego konsystencja była idealnie gładka. Ale jeśli ktoś ma doświadczenie w robieniu tego "terebkowego", przyrządzenie własnego nie powinno sprawić mu dużego problemu. Za to smak o niebo lepszy! Bardzo się cieszę, że odkryłam (a w zasadzie podkradłam przyjaciółce ;) ten przepis. 

Składniki (2 porcje):

mleko (400 ml)
cukier waniliowy (1,5 łyżki)
2 żółtka 
masło (1 łyżka)
skrobia kukurydziana (2 łyżki) - ja zastąpiłam ją tradycyjnie zwykłą mąką ziemniaczaną, chociaż pierwotna wersja na pewno jest ciut zdrowsza

Wykonanie:

Na wstępie mała uwaga co do jaj. Serwując danie dzieciom musimy szczególnie zadbać, aby przygotować potrawę w bardzo higienicznych warunkach. Dlatego ja surowe jajka w skorupkach najpierw myję, potem wrzucam na kilka sekund do wrzątku. Dopiero wtedy je rozbijam i oddzielam żółtko od białka. W ten sposób pozbywam się bakterii, które mogą być groźne, a "zamieszkują" przede wszystkim na skorupkach jaj. 

Żeby przygotować budyń najpierw robimy bazę. Odlewamy 100 ml zimnego mleka, by wymieszać je z żółtkiem i skrobią (lub mąką). Trzeba to zrobić bardzo dokładnie, żeby już na tym etapie otrzymana masa była idealnie gładka. Jeśli zostawimy grudki, to nie pozbędziemy się ich już potem na pewno. Najbardziej niezawodne w takich wypadkach okazują się proste mieszadła/ubijaczki, które składają się z wielu połączonych ze sobą drucików. Rozbiją każde grudki w kilka sekund i po sprawie!

Gdy uporamy się już z budyniową bazą, trzeba zagotować pozostałe mleko z cukrem i masłem. Mleko rozrobione wcześniej z żółtkami i skrobią dodajemy bowiem do większej porcji wrzącego mleka i bardzo intensywnie (bez chwili przerwy!) mieszamy trzepaczką. Robimy to do momentu aż budyń nabierze właściwej, pożądanej przez nas konsystencji. Warto mieć na uwadze, że po odstawieniu z ognia jeszcze lekko stężeje, dlatego nie warto czekać aż będzie bardzo, bardzo zwarty.

I już gotowe! Resztę dekoracji wykonałam z przygotowanej i stężałej wcześniej niebieskiej galaretki. Lentylki wsypałam na budyń dopiero, gdy dobrze ostygł, niedługo przed rozpoczęciem przyjęcia. Trzeba mieć bowiem na uwadze, że lentylki lubią farbować i gdy będą leżały na budyniu zbyt długo kolor zacznie z nich lekko spływać do masy.

Na zdjęciu prezentuję dekoracyjne podanie w słoikach ze słomkami. Ale już wiem, że to dobry pomysł dla dorosłych. Żeby bowiem sprytnie wyciągnąć z tej dekoracji budyń trzeba lekko unieść słomkę ponad poziom galaretki. W innym wypadku na dzień dobry słomka zatka się sztywną słodkością. Dlatego po moim doświadczeniu rekomenduję z pełną odpowiedzialnością, aby dzieciom zaserwować do tego łyżeczki ;)

Z tak przygotowanym menu, do którego dorzucić można jeszcze lentylkowe ciasteczka-pieguski nie pozostaje nic innego jak życzyć małemu jubilatowi Wszystkiego Lentylkowego!

Na czym zarabia moja rodzina? Trzy sekrety, które działają na bank!



Długo zastanawiałam się, czy temat pieniędzy to dobry temat na blog parentingowo-kulinarny. Tym bardziej taki jak mój, pisany z mottem "z miłości do słodkości". Bo pieniądze, choć są tak niezbędnym elementem rodzinnego życia jak mąka w niejednym przepisie na muffinkowe ciasto, miewają posmak goryczy. I tylko we właściwych proporcjach są w stanie przeobrazić naszą codzienność w przysmak. Łatwo poczuć niedosyt, ale też lepiej nie przesadzać, żeby nie stracić apetytu. Potem pomyślałam sobie jednak, że o pieniądzach pisać powinnam, bo w końcu obiecałam moim Czytelnikom, że będę dzielić się z nimi najlepszymi przepisami. A tak się składa, że wspólnie z mężem - czyt. Tatą Muffin :) wypracowaliśmy rodzinny system przyprawiania budżetu domowego we właściwych proporcjach. I już od dłuższego czasu sprawia nam to wiele satysfakcji. O co chodzi? Aby wyjść z terminologii kulinarnej i przejść do konkretów zacznę może tak:

Punktem wyjścia dla naszego sprawnie działającego systemu jest podejście do pieniądza. Z szacunkiem i ze świadomością, że zawsze trzeba na niego zapracować. Przede wszystkim pracując zawodowo. Ale czasem warto też sięgnąć po dodatkowe środki. I to wcale nie napadając na bank ;), chociaż właśnie w tej tematyce bankowej sprytnie się obracając.

Gdy zaczynałam moją przygodę z bankowością miałam jedno konto, założone jeszcze w towarzystwie rodziców za studenckich czasów i trochę oszczędności, które sobie na nim spoczywały. Teraz mam tych kont kilka (ich liczba jest zmienna w czasie) i nawet drobne oszczędności obowiązkowo leżące na oprocentowanych lokatach/kontach oszczędnościowych. Tym samym niemal w każdym miesiącu oprócz pensji z pracy mogę cieszyć się drobną premią od... banków. Raz mniejszą, raz większą, choć zawsze cenną dla naszych zaplanowanych wcześniej wydatków, których wraz z pojawieniem się dziecka jest coraz więcej. I co więcej, mam dzięki temu nawet skromny budżet na przyjemności. A to słowo w życiu świeżo upieczonej matki jest jak balsam dla ucha i ducha, prawda?

Skąd te pieniądze? Na czym polega nasz rodzinny system zarabiania na bankach? Ten wpis to krótki poradnik, który zdradzi źródła naszego dodatkowego dochodu. Trochę wiedzy, do której ja dochodziłam przez lata, a dziś jestem w stanie przekazać Wam ją w postaci małej pigułki. Z czasem będę go aktualizować o konkretne propozycje, które mam nadzieję ułatwią Wam porządkowanie spraw finansowych w rodzinych budżetach.

Po pierwsze: konto w banku nie musi kosztować

Tak, wiem. Miało być o zarabianiu. Ale, żeby zobaczyć efekt zarobków, trzeba najpierw przestać tracić pieniążki. Jedną z bardziej bezsensownych form ich utraty jest oddawanie naszych ciężko zdobytych zarobków bankom. Pewnie nieraz mieliście w ręku lub przed oczami na ekranie komputera wyciąg z historią konta bankowego. A tam na minusie więcej niż się spodziewaliście. Bank pobrał opłatę za konto, za kartę, za przelewy lub wypłatę w bankomacie. Niby są to groszowe lub złotówkowe sprawy, ale wystarczy policzyć. Nawet 10 zł kosztów miesięcznie daje 120 zł rocznie! Chociaż taka kwota to i tak marne minimum tego, co płaci bankom większość z nas. Zastanawialiście się czasem, czy to na prawdę musi tyle kosztować? Otóż pierwszą zasadą naszego rodzinnego systemu finansowego jest to, że nie ponosimy takich opłat. Wiadomo, bank nie jest instytucją charytatywną, więc takie znikające złotówki na kontach z reguły nikogo nie dziwią, choć może czasem denerwują. Ale mamy wolny rynek i nawet banki między sobą muszą konkurować o klienta. I nieźle się z tego powodu gimnastykują - na naszą korzyść na szczęście. To trochę tak jak sieci komórkowe. Dziś nikogo już nie dziwi niski abonament, który ma w sobie nielimitowane rozmowy wszędzie i do tego szybki internet. A gdy mowa o bezpłatnym koncie w banku od razu myślimy: "no przecież to niemożliwe". A jednak :) Ja takie konta posiadam (dlaczego kilka - to zdradzam w ostatnim punkcie). Tu mam dla Was przegląd tych absolutnie darmowych:

Darmowe konto i darmowa karta w Idea Banku
Darmowe konto i darmowa karta w Nest Banku

Jedna uwaga: Wiem, że zmiana konta w baku może wydawać się problematyczna. Bo trzeba powiadomić o tym pracodawcę, na tym starym mamy już zapisane dane do przelewów, a kilku znajomych, którzy często zwracają nam pożyczone pieniądze ma nasz numer już zanotowany. Ale warto pomyśleć o tym, ile dzięki temu zyskamy (albo raczej nie stracimy w dłuższej perspektywie). A jeszcze lepiej założyć, że zaoszczędzoną kwotę będzie można odkładać przez jakiś czas i potem przeznaczyć ją na wyznaczony cel. Sprawdziłam osobiście, że podejmowanie jakichkolwiek decyzji finansowych z pozoru wiążących się z jakimś wysiłkiem jest znacznie łatwiejsze, jeśli w tyle głowy tli nam się myśl o konkretnej korzyści z tego płynącej.

Po drugie: pieniądze w banku nie mogą leżeć za darmo

Pewnie niewielu z nas w dzisiejszych czasach trzyma swoją pensję w przysłowiowej skarpecie. Ale zgodnie z zasadami, na których budujemy nasze rodzinne finanse, trzymanie większych kwot na zwykłym koncie w banku to nic innego niż właśnie taka skarpeta. A pieniądze muszą zarabiać, bo inaczej tracą na wartości. W naszym domu jest więc tak: jeśli pojawia się jakakolwiek kwota nadwyżki finansowej, której nie mamy zamiaru wydać w najbliższym miesiącu od razu trafia ona na oprocentowane konto oszczędnościowe. Jeśli tych pieniążków zbierze się więcej (min. 1000 zł) zakładamy lokatę. I znów! Wymaga to pewnego wysiłku, bo przelew nie zrobi się sam. Pamiętam jednak jak to było, gdy dostałam moje pierwsze odsetki w życiu od skrupulatnie zbieranych oszczędności. A były to czasy, kiedy jeszcze gotówkę musiałam zanieść do oddziału, a nie po prostu założyć lokatę on-line. Trochę mi się tego udało uzbierać i nie mogłam nadziwić się swojej głupocie, gdy po kwartale zobaczyłam kwotę odsetek w wysokości 100 zł. Od razu pomyślałam, ile dotąd straciłam trzymając moje pieniądze nieoprocentowane. Bo de facto, jeśli jakaś suma spoczywa sobie spokojnie na naszym koncie to jest to pożyczka, którą udzielamy dla banku. On sobie naszymi pieniędzmi spokojnie obraca, chociaż wirtualnie tego nie widzimy. Gdy my pożyczamy coś od banku płacimy za to słone pieniądze. Dlaczego więc pożyczać bankom za darmo?

Wspomniałam wyżej zarówno o lokatach jak i kontach oszczędnościowych. Kiedy, które i dla kogo jest najlepsze? Na pewno konto oszczędnościowe jest dobre, jeśli chcemy chwilowo ulokować mniejsze kwoty. Takie konto można otworzyć w banku, w którym mamy już zwykłe konto osobiste. Możesz też poszukać, do czego zachęcam i w czym obiecuję podpowiedzieć, banku, który da Ci wyższe oprocentowanie. Zaletą konta oszczędnościowego jest to, że w każdej chwili możesz na nieg coś wpłacić (zwykłym przelewem - otrzymujesz bowiem numer taki jak dla każdego rachunku bankowego), ale też wypłacić bez utraty zebranych odsetek. Trzeba jednak uważać i przyjrzeć się zasadom, bo zazwyczaj bezpłatny jest tylko pierwszy przelew w miesiącu. Warto zatem taką ewentualną wypłatę wcześniej zaplanować i nie dzielić na etapy. A jeszcze lepiej nie wypłacać i uzbierać więcej na lokatę ;) Tę z reguły można założyć od kwoty 500-1000 zł. Fajnie, jeśli dobrze wcześniej przejrzymy oferty banków (ja też i w tej dziedzinie postaram się coś podpowiedzieć), bo oprocentowanie na lokatach bywa o wiele bardziej korzystne niż na kontach oszczędnościowych. Dlatego dla wyższych kwot są lepsze mimo pewnych niedogodności, bo z uwagi na utratę odsetek od zainwestowanej sumy pieniędzy nie opłaca się wypłacać wcześniej niż po upływie okresu lokaty (a pod tym względem lokaty są baaardzo zróżnicowane, np. 1, 2, 3-miesięczne ale też np. dwu i trzyletnie). Te konta oszczędnościowe i lokaty mogę wam polecić jako szczególnie korzystne:

Lokata krótkoterminowa 4% na 2 miesiące w Idea Banku
Lokata długoterminowa na 2 lata na 2,75% w Idea Banku
Konto oszczędnościowe w Banku Millennium z oprocentowaniem 2,5%

Po trzecie: warto korzystać z bankowych premii i promocji

Na koniec będzie o zarabianiu na bankach, które opłaca się najbardziej, choć jest najmniej oczywiste. Ale przy dzisiejszej wysokości oprocentowania w bankach kwoty uzyskane z odsetek nie cieszą już tak, jak to było w czasach, kiedy zaczynałam moje oszczędzanie. Chociaż - zawsze to sobie w domu powtarzamy - pieniądz to pieniądz i żadnym gardzić nie można. Jest jednak inna dziedzina, w której banki są w stanie płacić swoim klientom znacznie większe pieniądze. Wie o tym niewielu, bo dzieje się to poza światem reklam w telewizji, czy też z dala od krzykliwych bilbordów na ulicach miast. Każdy bank szuka klientów różnymi drogami i coraz częściej z pominięciem kosztownych i mało skutecznych kampanii reklamowych w mediach. Trend, który obserwujemy z mężem od dłuższego czasu w bankowości zmierza ku temu, by nie płacić agencjom reklamowym za obietnice nie do wyegzekwowania, związane z liczbą klientów, którzy zdecydują się po obejrzeniu reklamy skorzystać z usług danego banku. Coraz częściej banki decydują się, by pominąć ten cały proces i zapłacić bezpośrednio... klientom. Za to, że skorzystają z ich produktów dostaną od banku wynagrodzenie w postaci gotówki na konto lub w innej niepieniężnej formie. Widząc to łowimy z mężem od jakiegoś czasu premie bankowe. Na przykład za założenie konta, albo wykonanie płatności kartą, czy skorzystanie z aplikacji na telefon. Czasem są to pieniążki, które w zamian za te aktywności wpływają bezpośrednio na konto moje czy męża, czasem są to zniżki na zakupy w wybranych miejscach (np. Allegro, Empik i inne sklepy internetowe), bony rabatowe (np. do Rossmanna albo perfumerii), a czasem po prostu... bilet do kina. Wszystko cieszy nas w równym stopniu, bo stanowi wartość w naszym rodzinnym budżecie domowym.

Na czym zatem zyskać i jak? Oto najlepsze sprawdzone przeze mnie i Tatę Muffin aktualne okazje na dodatkowy zysk od banków:

Absolutny hit - 100 zł dla zakładającego konto i dodatkowo po 50 zł za każdego, kto też założy z jego polecenia

Ten wpis będę od czasu do czasu aktualizować o najciekawsze propozycje, które dadzą Wam zarobić/oszczędzić najwięcej (lub jak w przypadku bezpłatnych kont bankowych nie stracić po prostu nic na absolutnie darmowym koncie). Was Moi Drodzy Czytelnicy, jeśli czujecie, że w sprawach finansowych warto trochę pomajstrować w Waszym życiu, zapraszam po prostu do zaglądania tu od czasu do czasu. Być może wreszcie traficie na propozycję, która stanie się impulsem do pierwszego kroku. Bo to o czym piszę, to nie tylko zwykłe łapanie okazji do zarobienia dzięki odsetkom, czy promocjom bankowym, ale też (a może i przede wszystkim) poważna decyzja w stronę uporządkowania wydatków osobistych i edukacji w dziedzinie bankowości. Brzmi poważnie, prawda? Ale ja dziś już wiem, jak wielka wartość się za tym kryje. To nie jest tak, że konto w banku musi kosztować i w dodatku nie rozumiem za co jeszcze bank pobiera ode mnie opłaty. Wszystkiemu przyglądam się uważniej, z większą świadomością jeśli chodzi o finanse. Nie boję się też zmienić banku, gdy ten poprzedni mi nie odpowiada, albo założyć kilku kont w różnych bankach, by mieć najwięcej korzyści i w rezultacie nie płacić za nic a nawet dodatkowo zyskać. Wam też tego życzę!

P.S. Niniejszy wpis ani też żaden inny, do którego linkuję w tekście nie powstał w wyniku współpracy komercyjnej z wymienionymi bankami. To jedynie zapis moich prywatnych (a właściwie to naszych rodzinnych) doświadczeń w zarządzaniu budżetem domowym.