Wesołych Świąt!

21:27 Mama Muffin 0 Comments


Kochani, Boże Narodzenie to przede wszystkim Dobra Nowina o życiu. Tym Boskim, które pojawiło się na świecie ponad dwa tysiące lat temu. I ludzkim, które dzięki temu wydarzeniu nabrało nowego wymiaru. W tegoroczne Święta, gdy obok mnie przy Wigilijnym stole będzie też moja 11-miesięczna Córeczka radość z narodzin będzie w mym sercu szczególna. W zasadzie pierwszy raz przeżywana tak autentycznie. Być może dlatego moje myśli w naturalny sposób skupione w takiej chwili na tym, co w życiu najważniejsze. Tą właśnie refleksją chcę się z Wami, Drodzy Czytelnicy podzielić dzisiaj w formie życzeń świątecznych.

Życzę Wam Przede wszystkim m i ł o ś c i. Ale takiej niezasłużonej i bezinteresownej do granic. Takiej, którą czuje matka, gdy wtula się w nią jej dziecię. 

Życzę Wam także r a d o ś c i z każdego dnia dokładnie takiej, jaką potrafi czerpać dziecko. 

Życzę wielu s i ł do pokonywania przeciwności, bo te są nieodłącznym towarzyszem każdego, nawet najmniejszego ziemskiego istnienia. 

I wreszcie, życzę też wielkiej p a s j i do otaczającego świata, którą to nasze dzieci mogłyby obdarzyć każdego w nieskończonej ilości!

Pamiętajcie proszę nie tylko w ten wyjątkowy wieczór, ale też każdego kolejnego dnia o tym, co w życiu na prawdę jest godne naszej uwagi i poświęceń. 

Mama Muffin

0 komentarze:

Muffinki piernikowe: świąteczny wypiek last minute

21:06 Mama Muffin 3 Comments


O ja pierniczę! Taki mniej więcej wydaję z siebie co roku okrzyk, gdy na tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia przypominam sobie, że ciasto na pierniczki powinno leżakować. Gdy więc w sobotę Wigilia a ja uświadamiam sobie ten fakt w poniedziałek, na prawdziwie piernikowe ciasteczka nie ma już chyba szans. Choć przyznam szczerze, że w tym roku trochę nie chciałam o tym pamiętać. Niespełna roczne dziecko sprawia, że nie wiem czasami, gdzie mam włożyć ręce, żeby w domu było ogarnięte to co najważniejsze. Gdy poczułam świąteczną atmosferę chciałam sobie trochę odpuścić i nacieszyć się widokiem Córeczki, która wprost nie może oderwać oczu od choinki. I testuje wytrzymałość plastikowych bombek ;) Ale mąż mnie zmobilizował. W domu pojawiło się parę świątecznych dekoracji i zapachniało piernikiem! Zrobiłam świąteczny wypiek last minute.

Ten wypiek dedykuję wszystkim zapominalskim, zabieganym przed świętami, także świeżo upieczonym mamom, które czasu miewają jak na lekarstwo. Ale też tym, którzy wypieką na Boże Narodzenie takie pyszności, że znikną zanim zdążą skończyć się święta :)

Muffinki piernikowe są idealnie pulchniutkie, pięknie rosną i nie są suche, jak często bywa z ciastem piernikowym (dla jednych będzie to ich wada, dla innych na pewno zaleta). I co najważniejsze, i co też lubię najbardziej, można w nich ukryć małe co nieco. Przy okazji świąt i w związku z piernikowym smakiem powidła śliwkowe będą w sam raz!

Składniki na muffinki (12 sztuk):

mąka (300 gram)
cukier brązowy (160 gram)
proszek do pieczenia (2 czubate łyżeczki)
przyprawa do piernika (3 łyżki)
sól morska (pół łyżeczki)
jajka (2 duże)
ekstrakt waniliowy (1 łyżeczka)
olej (100 ml)
miód (7 łyżek)
mleko (100 ml)

Uwaga dla bardziej zdeterminowanych - zamiast uniwersalnej przyprawy warto użyć trzech innych: 2 łyżki cynamonu, 1 łyżka mielonego imbiru, 1/4 łyżeczki mielonych goździków). Zamiast ekstraktu waniliowego polecam pół laski prawdziwej wanilii ;)

Wykonanie:

Przygotuj dwie oddzielne miski. W pierwszej wymieszaj składniki suche, czyli mąkę, brązowy cukier, proszek do pieczenia, przyprawę/y oraz sól. Do drugiej miski wlej olej, dodaj jajka, miód (rozpuść wcześniej jeśli masz skrystalizowany), wanilię i mleko. Wymieszaj a najlepiej chwilę ubijaj trzepaczką.

Następnie (jak to z prostymi i na prawdę szybkimi przepisami na muffinki bywa) wystarczy dodać składniki mokre do suchych i wymieszać. Nie rób tego zbyt długo, wystarczy, że w strukturze ciasta nie będzie już widoczna mąka.

Przygotuj metalową formę na muffinki, włóż do niej papilotki i każdą z nich wypełnij prawie do połowy. Teraz możesz dodać czubatą łyżeczkę powideł śliwkowych i przykryć je resztą ciasta, które Ci zostanie.

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180 stopni C i piecz 20-25 minut. Najlepiej zerkaj na muffinki w trakcie pieczenia. Ja swoje pod koniec zdecydowałam się przełożyć na dolny poziom piekarnika, ponieważ mocno się przyrumieniły.

Muffinki posyp cukrem pudrem, albo udekoruj w bardziej świąteczny sposób. Tu znajdziesz szczegółową instrukcję jak ozdobić muffiny na Boże Narodzenie. Przy okazji spodoba Ci się też może mój pomysł na prezent dla bliskiej osoby na Gwiazdkę :)

Smacznego!

P.S. Polecam wypiekać muffinki w Wigilię lub nawet pierwszy dzień świąt. To zaledwie 30 minut pracy a świeże (i takie na drugi dzień) są najlepsze. Do tego piernikowy zapach w domu najprawdziwszy z prawdziwych :)

3 komentarze:

Jak efektownie wręczyć wideo od Świętego Mikołaja? (KONKURS: DARMOWE WIDEO!)

10:12 Mama Muffin 5 Comments


Święty Mikołaj to stary dziadek. Ale za duchem czasu nadążać musi, bo inaczej pewnie wypadłby z rynku. Dlatego też nie tylko prezenty, które dostajemy na gwiazdkę często są zdecydowanie "na czasie". Także forma ich wręczenia dobrze, jeśli zyska nowoczesną oprawę. Pomyśl zatem, co by było, gdyby w Wigilię w Twoim domu przeprowadzić transmisję on-line wprost z chatki Świętego Mikołaja? Gdyby jeszcze ten Mikołaj zwrócił się do każdego z domowników po imieniu i w żartobliwy sposób ocenił, czy zasłużył na to, by znaleźć pod choinką wymarzony prezent? Świetna zabawa murowana! Nastój wigilijny też zapewniony. A na twarzach dzieci? Wypieki jak nic!

Gdy całkiem niedawno natknęłam się w Internecie na ofertę zamówienia spersonalizowanego wideo od Świętego Mikołaja pomyślałam, że skuszę się jak nic. To bardzo oryginalny, jeszcze nie oklepany pomysł. A ja takie uwielbiam! Zawsze, gdy wręczam jakiś prezent główkuję nie tylko nad tym, co to ma być, ale też w jaki sposób to zrobię. O ile więcej frajdy zapewniam tym samym sobie i osobie obdarowanej. We wspomnianym wideo, skądinąd przygotowanym bardzo profesjonalnie, można zamieścić zdjęcie wręczanego prezentu i osoby obdarowanej. Jestem przekonana, że ucieszy to nie tylko (choć na pewno przede wszystkim) dzieci.

Ale nie byłabym sobą, gdybym do tak przygotowanego prezentu i jego oprawy w wersji wideo nie dodała czegoś od siebie. Oczywiście... muffinkowego :) Bo jak efektownie wręczyć takie spersonalizowane wideo od Świętego Mikołaja? Powiedzieć: "otwórz komputer", "wejdź na stronę www" albo "sprawdź pocztę e-mail, proszę"? Trochę mało przy tym emocji, nie? 

Dlatego specjalnie dla Was zaprojektowałam mikołajowe muffinki. Pod nimi śmiało może ukryć się odpowiedni komunikat: link do wideo, albo zaproszenie do otwarcia skrzynki e-mail, na którą można przesłać zamówiony filmik. Przy okazji myślę, że takie muffiny będą fajną dekoracją na każdym stole. 

Jeśli nigdy nie dekorowaliście w ten sposób wypieków, bez obaw. Przygotowałam dekoracje o różnym stopniu trudności. Te najłatwiejsze zrobicie w kilka minut! A jeśli nie piekłeś/aś dotąd muffinów, to super. Tym cenniejszy będzie Twój prezent! A ja mam tutaj przepis na najprostsze (i zawsze się udające) muffinki, które śmiało można przygotować nawet z dzieckiem. Obiecuję też, że jeszcze przed świętami pojawi się u mnie na blogu coś bardziej muffinkowo-piernikowego, więc żeby przepisu nie przegapić obserwuj mój profil na FB, gdzie daję znać o takich nowościach:


Zapraszam zatem do wspólnej zabawy! Co będzie potrzebne do dekoracji?

Mikołaje "łatwiejsze":

bita śmietana typu Śnieżka (+mleko do jej ubicia)
białe groszki
czerwona gotowa posypka na czapeczkę (albo np. pokruszone cukierki o kolorze czerwonym)
białe pianki typu marshmallows (można zastąpić groszkami)
czerwone groszki (np. m&m's lub podobne)
wiórki kokosowe
kawałek czekolady

Muffinki "trudniejsze" - z czapką w wersji 3D

bita śmietana typu Śnieżka (+mleko do jej ubicia)
białe groszki
czerwony barwnik spożywczy
białe i fioletowe (lub różowe) pianki typu marshmallows
kawałek czekolady
ryż preparowany
łyżka masła

Szczegółową instrukcję jak ozdobić świąteczne mikołajowe ciasteczka najdziesz tutaj.

KONKURS! WYGRAJ DARMOWE WIDEO!

Zanim zabierzesz się za testowanie powyższych instrukcji zapraszam jeszcze do udziału w konkursie. Dzięki uprzejmości Elfi, właściciela serwisu listydomikolaja.pl mam możliwość wręczenia moim Czytelnikom dwóch kodów na bezpłatne spersonalizowane wideo od Świętego Mikołaja. Stąd też ogłoszony właśnie dziś, z okazji Mikołajek konkurs. Szczegóły znajdziesz na moich profilach społecznościowych:

Facebook MamamuffinPL - tu jeden kod do wygrania

Instagram MamamuffinPL - tu też jeden kod do wygrania

Możesz wziąć udział w obu konkursach, aby zwiększyć swoje szanse ;)

Konkursy trwają od dziś tj. 6 grudnia do piątku 9 grudnia włącznie (do północy). Zapraszam do zabawy i życzę powodzenia!


5 komentarze:

Cycki i owsianka. 5 powodów, dla których nie mogę skończyć karmić piersią

11:07 Mama Muffin 2 Comments


Przychodzi taki czas w życiu mamy karmiącej, kiedy to karmienie piersią staje się elementem dnia codziennego, takim samym jak chociażby porcja płatków z mlekiem na śniadanie. Owszem, czasem bywa, że smakują gorzej, innym razem coś się niechcący rozleje. Ale w gruncie rzeczy nikt nie opowiada o tych przygodach na prawo i lewo. Pewnie dlatego tak trudno dotrzeć do wiedzy, która może okazać się bezcenna przy długim karmieniu piersią. Wiele mam się na to decyduje. Ale jednak mam wrażenie, że Internet przychodzi z szybką pomocą w początkach karmienia, gdy pojawiają się pierwsze, podstawowe pytania i wątpliwości. A potem jest już cisza... Albo raczej trzeba dobrze się postarać i poszukać. Wiadomo, w miarę oswajania się z rolą matki uczymy się cierpliwości i dystansu do problemów. Życie pokazuje, że wiele z nich rozwiąże się samo z upływem czasu. Tak jest też w przypadku tych cycowych kłopotów u dziecka. Najwięcej jest ich z noworodkiem, potem sytuacja zwykle się stabilizuje. Co nie znaczy, że nie warto o długim karmieniu piersią wspominać. Bo mamy karmiące ponad pół roku i dużo, dużo dłużej to wcale nie kosmitki. Na prawdę istnieją i mają się dobrze. Dlatego śpieszę donieść o codzienności przy piersi w trzeciej już części mojego blogowego cycostory (część pierwsza opowieści o karmieniu piersią tutaj, część druga tutaj).

Oto kilka uzależniających faktów, które sprawiają, że po 10 miesiącach wciąż ani myślę, aby odstawić Małą Muffinkę od piersi. Tym samym mleko z cyca jest i w najbliższym czasie pozostanie w jej menu równie pewnym składnikiem jak owsianka na śniadanie u jej mamy.

Powód nr 1: Jak cudownie, że karmisz, ale...

Żadna sytuacja z mojego życia nie pomogła mi tak zbudować pewności siebie, jak właśnie karmienie piersią. I w pewnym sensie jestem wdzięczna tym wszystkim, którzy wprost lub między wierszami, mniej lub bardziej świadomie chcą mi powiedzieć, że jestem dziwakiem: "...niezły z Ciebie Stachanowiec!", "...przez długie karmienie narażasz się na osteoporozę, a swoje dziecko na ADHD"(sic!), "...Twoje mleko nie ma już wartości odżywczej dla dziecka" itp., itd. Każdy taki argument zapala w mojej głowie czerwoną lampkę i powoduje, że mogłabym rzucić się na rozmówcę niemalże jak byk na torreadora w trakcie hiszpańskiej corridy. Ale spokojnie, do przemocy fizycznej z mojej strony jeszcze nie doszło i z pewnością nigdy nie dojdzie ;) Choć fakt, że przy takich okazjach ćwiczę niezwykle przydatną w życiu umiejętność "strzelania" w rozmówcę argumentami, bądź - jeśli widzę, że logiczna dyskusja nie ma tutaj sensu - odpuszczania w świadomości swojej najświętszej racji. Wzbogaciłam się niedawno nawet, również z racji mojego zapału do chustonoszenia w torbę z napisem: "Karmię, noszę, nie przeproszę". No i tyle w temacie!

Powód nr 2: Mamo zjem Cię, zjem Cię... obedrę ze skóry :)

Karmienie piersią daje okazję do nawiązania z dzieckiem fizycznej, niesamowicie bliskiej i niepowtarzalnej relacji. Tym większej, im dłużej "się karmimy". Zawsze bawi mnie i daje niesamowitą ilość endorfin, gdy moja Córeczka robiąc się głodna zaczyna po mnie chodzić, wtula się w moje ciało, podgryza mnie gdzie bądź i całym swoim malutkim ciałkiem przyklejającym się do mojego daje mi do zrozumienia, że to już ta pora na małe co nie co. Czasem mam wrażenie, że gdyby mogła to by wessała mnie całą :) Gdybym skończyła karmienie piersią na etapie niemowlaka w powijakach nigdy bym tego nie doświadczyła. W początkach bowiem sygnałem do karmienia był przeraźliwy płacz. Z czasem się to jednak zmienia i dzieciaczek staje się takim małym ssakiem-zwierzakiem, który gryzie, na widok cyca syczy, śmieje się w głos, przykleja się do matki i macha ze szczęścia w trakcie jedzenia nóżkami. Boskie! I uzależniające.

Powód nr 3: I nie będziesz mi dawać cyca lewego przed prawym!

Jest strasznie śmiesznie. Gdy dziecko jest coraz starsze ucierają się bowiem pewne cycowe zwyczaje. Trzeba wytrwać w karmieniu, żeby tego doświadczyć. Jakie na przykład są u nas?
- z lewego cyca tylko na dokładkę: raczej nie ma mowy, by zaczynać karmienia z lewej strony. Ot, takie widzimisie małego ssaka... a może i coś więcej. Jak się domyślam po prawej mam nieco sprawniejsze kanaliki, płynie szybciej i więcej, dlatego na lewą pierś Córeczka godzi się dopiero, gdy mleka trochę się już tam naprodukuje. Wiadomo, każdy woli jeść zupę dużą łyżką, gdy jest pod ręką, a po małą sięga dopiero przy deserze, nie??
- w związku z jedzeniem z obu piersi przy jednym karmieniu, na dobre utrwaliła się nam już pozycja do karmienia. Zaczynamy z pod pachy po prawej stronie, kończymy klasycznie po lewej. Dzięki temu nie ma przerzucania dziecka z boku na bok, co mnie niesamowicie cieszy, bo chyba musiałabym chodzić przy tym na siłownię!
- ciąganie mamy za włosy (to nie prawda, że po ciąży włosy masowo wypadają, po ciąży one się po prostu garściami wyrywają a raczej wyrywa je mały piersiowy rozbójnik)
- drapanie za uszami i po główce (rączki Córeczki muszą mieć zawsze zajęcie, więc jeśli nie ma akurat mamy włosów w zasięgu to zawsze zostaje jeszcze własna główka)
- machanie nogam (uwielbiam to!)
- pierdzenie buzią/mówienie do cyca i dmuchanie też - o dziwo! popatrzcie! jak się to robi w tę stronę to mleko nie poleci ;p
- nowa bluzka u mamy? kolczyki w uszach? ręcznik na głowie? Zapomnijcie! Nie ma jedzenia! Nadszedł czas, by odkryć, że oprócz mleka są inne ciekawe rzeczy na tym świecie :)

A tak całkiem serio to zwyczaje przy cycu owszem są fajne. Ale są też niesamowitą ulgą na mlecznej drodze. Gdy wspomnę czasy przystawiania dziecka, gdy maluszek odrywał buzię z przeraźliwym płaczem. Nie wiedziałam o co chodzi, nie było lekko. A teraz? Są jasne sygnały, co jest ok, co nie tak. Rozumiemy się doskonale i lepiej już być nie może.

Powód nr  4: Ja mam to zjeść? No chyba żartujesz!

Cyc służy do jedzenia. A jedzenie? Co najwyżej do zabawy. A i tak słabo wypada w konkurencji z twardym (czyt. świetnym do gryzienia) talerzykiem albo miską. Na pewno o naszej przygodzie z rozszerzaniem diety napiszę jeszcze pewnego dnia więcej. Na razie jesteśmy w trakcie i idzie nam raz lepiej raz gorzej. Zdecydowanie mleko mamy zawsze wygrywa ze wszelkimi innymi propozycjami kulinarnymi. W pierwszych chwilach budziło to mój niepokój, potem wyluzowałam. I szczerze to też trochę zatkałam uszy. Bo w powszechnym przekonaniu, dziecko w wieku mojej Córki powinno zajadać się już dla swojego zdrowia zupkami, mięskiem, owocami i innymi cudami, a mleko mamy to dla niego raczej tylko dodatek. Ja wiem, że jest odwrotnie i nie musimy się śpieszyć. Rozszerzać cierpliwie dietę a i owszem. Ale nic na siłę, bez obaw i nerwów. Gdy moje dziecko będzie gotowe zacznie wcinać co trzeba, aż uszy będą się trzęsły. Karmienie piersią daje mi w tym względzie niesamowity spokój. Nie jest przeszkodą, jak niektórzy sugerują. Jestem pewna, że Córeczka dostaje najważniejsze składniki diety, w najzdrowszej z możliwych postaci prosto z mojej piersi. Mamy więc czas, aby spokojnie, we własnym tempie rozszerzyć dietę.

Powód nr 5: Jeden, dwa, trzy i ZZzzzzz

Nie pozwalaj jej spać przy cycu! To jedna z rad, którą usłyszałam niedługo po powrocie z dzieckiem ze szpitala. W sumie to się nią trochę przejęłam. Na początku. Ale wiecie co? Umęczona bujaniem, noszeniem przed snem coraz większej liczby kochanych kilogramów z radością przyjęłam chwilę, kiedy mała zaczęła zasypiać przy karmieniu. Nie zawsze tak było. Wcześniej nerwowość przy piersi nie pozwalała na takie błogie ululanie do snu.  Ale od 7-8 miesiąca zaczynało się to stawać naszym zwyczajem. I zbawieniem! Teraz przy okazji południowej drzemki albo po kąpieli robimy myk do sypialni i sprawa załatwiona. Po 5-10 minutach (jeśli mam akurat fazę na przyglądanie się błogo śpiącej na moich kolanach Córeczce), wychodzę z miną bohatera i mam troszkę czasu dla siebie.

Co dalej?

Na koniec tego pełnego entuzjazmu wpisu winna jestem dokonać szczerego wyznania. Za niecałe dwa miesiące wracam do pracy. Dlatego pozytywne myśli, których tu jest co nie miara, przeplata od czasu do czasu lekki niepokój. Jak każda matka martwię się o to, czy decyzja, która na dzień dzisiejszy wydaje mi się najlepszą z możliwych dla mojego dziecka, rzeczywiście okaże się tak samo dobra w perspektywie mojego powrotu do zawodowych obowiązków. Intuicja podpowiada mi, że tak. Ale rozum bez ustanku pyta: Czy karmiąc piersią przez tak długie miesiące nie przywiązałam nadto do siebie mojego dziecka? Jak poradzimy sobie z codziennym menu wobec moich kilkugodzinnych nieobecności? Co będzie z usypianiem małej bez cyca, gdy przyjdzie czas na południową drzemkę? Ok. Niby wiem, że dziecko jest mądre i nie da się zagłodzić. Zje, gdy będzie taka potrzeba. Nauczy się też przebywać bez matki, ale żeby posiąść taką umiejętność musi najpierw... bez niej po prostu zacząć przebywać. I że jest jeszcze masa innych sposobów na usypianie dziecka, każdy opiekun musi tylko znaleźć swój w porozumieniu z maluchem. Ale to jest na razie wiedza w teorii i choćby uspokajały mnie wszystkie mamy świata, które przeszły już to, co mnie czeka, to wiem, że pierwsze dni a może i tygodnie nie będą łatwe. Na pewno Wam potem o wszystkim napiszę. Czy po kilku miesiącach tak rewolucyjnych zmian dalej będę karmić piersią? Mam nadzieję... Czytajcie bloga (a najlepiej też obserwujcie go na Facebooku), bo tak czy inaczej ciąg dalszy mojego cycostory na pewno nastąpi... :)

Obserwuj mój blog na FB! Obiecuję, że będzie ciekawie :)


2 komentarze:

Smak doskonały?! Lepszy niż mleka w tubce, albo najpyszniejszej kawy. Ale nikt go nie jest w stanie zapamiętać...

20:42 Mama Muffin 3 Comments


Lubisz mleko w tubce, albo chociaż kawę z mlekiem? No to wyobraź sobie, że masz za sobą baaardzo ciężki dzień w pracy i nagle znajdujesz się w domowym zaciszu, przy dźwiękach ulubionej muzyki popijasz tę kawę albo lepiej, ciągniesz ulubione mleko z tubki. Z każdym łykiem jest pyszniej i pyszniej - tak jak jeszcze nigdy nie było! Do tego dociera do Ciebie, że wszystkie problemy, które Cię dotąd trapiły przestały istnieć, masz w tej chwili wszystko czego pragniesz w swoim życiu i w tej błogiej świadomości zasypiasz... Cudownie prawda? To teraz pomyśl o dziecku, które pije mleko z piersi swojej mamy. Jeszcze przed chwilą płakało ze zmęczenia, bo każdy dzień jest przecież pełen tylu nowych wrażeń! Ale to jedno jest niezmienne. Mama i jej mleko. Tak smaczne, kojące, że wszystko inne przestaje się liczyć. Maluszek ssie mleko, czuje ciepło Mamy, swoim zwyczajem smyra rączką w jej włosach a wszelkie bodźce znikają aż przychodzi błogi sen... Podobnie jak z tą kawą albo mlekiem w tubce? Tak, tylko, że taka sytuacja zdarza się na prawdę za każdym razem, gdy w domowym zaciszu (choć nie tylko tam) karmione jest dziecko. A ta pierwsza historia z kawą lub mlekiem w tubce? Cóż, jest raczej tylko pięknym, niespełnionym marzeniem o idealnym świecie.

Jestem mamą karmiącą. Od dziesięciu już miesięcy, od kiedy Córeczka jest na tym świecie staram się codziennie wyobrazić sobie to uczucie, które towarzyszy mojemu dziecku podczas, gdy zaspokaja swój głód korzystając z zapasów z mojej piersi. Za każdym razem dochodzę do wniosku, że nigdy się tego nie dowiem, choć bardzo bym chciała. Dlaczego?

Bo mam takie przekonanie, graniczące z pewnością, że to, czym karmi się Moje Dziecko w tej chwili to m i k s t u r a  d o s k o n a ł a. I nie chodzi tu tylko o smak, zdrowotne właściwości, ale też owo błogie uczucie towarzyszące jego ssaniu.

Z jednej strony jest w nim w r o d z o n y  i n s t y n k t, który pamięta czasy jeszcze z brzucha mamy (tak dobrze znany ze zdjęć USG kciuk w buzi trzymany przez płód). A w miarę upływu czasu dołącza nawiązywana stopniowo dzień za dniem więź z matką, za którą idzie (jeszcze nie nazwane, ale jednak!) m i ł o ś ć. I ostatni, równie ważny składnik tej mikstury: to  u l o t n o ś ć  c h w i l i. Gdy dziecko dorasta to zapomina. Może właśnie dlatego, ja postanowiłam spisywać na bieżąco moje cycostory. Jeszcze w tym tygodniu zaproszę Was na trzecią część tej trwającej już 10 miesięcy historii. A tymczasem, jeśli jeszcze nie czytaliście poprzednich moich wpisów pod tym hasłem to serdecznie polecam: Moje cycostory cz. 1 oraz 6 rzeczy, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej.

Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu z tej serii? Koniecznie zostaw mi swój adres e-mail a ja Cię o nim powiadomię!

3 komentarze:

Dziecko w potrzebie: Jak można pomóc, gdy nie można inaczej? Moja bajka pomagajka

10:29 Mama Muffin 1 Comments

bajka terapeutyczna bajka pomagajka

Napisałam bajkę. Pierwszy raz w życiu i nawet, przyznam nieśmiało, że jestem zadowolona z efektów :) Ale nie jest to taka zwykła bajka, tylko bajka pomagajka. Może mieliście kiedyś w życiu takie uczucie, słysząc o nieszczęściu, które spotkało kogoś obok, że chcielibyście coś zrobić, jakoś pomóc, ale właściwie to nie wiecie jak? Albo nie macie możliwości, by pomóc tak jak by się wydawało, że będzie najlepiej. Mnie to właśnie spotkało. Tym bardziej dotkliwie, że dotyczyło dziecka. Teraz, gdy mam Córeczkę po prostu serce mi się kraje na wszelkie doniesienia o chorobach maluszków. Zawsze byłam wrażliwa, ale teraz jako matka odczuwam to szczególnie. Czasem mam wrażenie, że prawie tak, jakby spotkało to moje dziecko. To jest chyba ten instynkt macierzyński, który budzi miłość i troskę wylewające się daleko poza nasze osobiste relacje z dzieckiem...

Nie jestem specem od pisania bajek. Ba, nawet na razie niewiele ich czytam, bo moja Córeczka woli przeglądanie książeczek w tempie błyskawicy. Trzy sekundy na jednej stronie to już zdecydowanie za dużo ;) Dlatego treści bajek podczytuję ukradkiem, gdy ona nie widzi, żeby później zręcznie stworzyć jakąś godną narrację do ilustracji. Na szczęście pewnych rzeczy z dzieciństwa się nie zapomina. Odłożone w naszej głowie na półeczkę z napisem "wspomnienia" odżywają, gdy tylko przychodzi okazja ku temu. I motywacja. A tę miałam szczególnie silną po telefonie bliskiej koleżanki i wieści o wypadku, który przydarzył się jej Córeczce. Czteroletnia dziewczynka trafiła do szpitala, gdzie spędziła długie cztery tygodnie praktycznie leżąc w łóżku. Do tego perspektywa długich miesięcy rehabilitacji. Niestety, nie było wesoło :(

Nie mogłam wyobrazić sobie, jak wytłumaczyć czteroletniej, żywiołowej dziewczynce, że nie może na razie biegać tak jak dotąd. Jeden dzień, dwa jeszcze. Ale dla dziecka perspektywa wielu miesięcy leczenia jest właściwie nie do pojęcia. No chyba, że przemówi się jego językiem, czyli słowami bajki. I tak wpadłam na pomysł, żeby przygotować specjalną niespodziankę. Bajkę pomagajkę.

Czym są bajki, które leczą?


"Poczuj się na chwilę jak mały szkrab… Wyobraź sobie, że spokojniutko leżysz sobie w ciepłym łóżeczku… Jest wygodnie i miękko… Jest Ci dobrze i nic Ci nie grozi… A ktoś komu ufasz opowiada spokojnym głosem historię, która wydaje się być znajoma. Jakieś dziecko, trochę takie jak Ty, miało podobne kłopoty jak Ty. I tak samo się na początku bało, płakało i chciało uciekać… Ale okazało się, że to czego się tak bardzo bało – wcale nie było takie straszne… I to dziecko poradziło sobie z tym i cieszyło się tak bardzo. I było bardzo dumne z siebie… I Mama i Tata były z niego takie dumne… Czy to nie wspaniałe?"
Źródło: bajki-zasypianki.pl

Trudno znaleźć taką bajkę gotową, na sklepowej półce. Istotą bajki terapeutycznej jest bowiem to, że bazuje na opowieści w pewnym stopniu pokrywającej się z niektórymi życiowymi okolicznościami, których doświadcza dziecko. Nie są to bajki o magii i cudownych wróżkach. Sama miałam na początku taki pomysł na zakończenie: oto przyszła do dziecka cudowna wróżka i rozwiązała jego problem. Ale bajki pomagajki pokazują realne problemy i tak samo realne musi być ich rozwiązanie. A prowadzi do niego szczera rozmowa z kimś, komu bohater bajki ufa (tak jak jej potencjalny adresat ufa mamie, czy tacie, z którymi może porozmawiać o swoich trudnych przeżyciach). Jak wszystkie bajki, także i te terapeutyczne są z happy endem. Choć bez przesadnego moralizatorstwa na zakończenie. I ostatnia ważna sprawa - taką bajkę dziecko musi przetrawić samo. Jeśli wróci do niej w rozmowie, albo zgodzi się narysować coś nawiązując do treści bajki to znaczy, że cel został osiągnięty. Opiekun ma okazję dotrzeć wtedy do dziecięcego świata w sposób dla dziecka doskonale zrozumiały.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat bajek terapeutycznych zajrzyj koniecznie tutaj i tutaj. Na prawdę polecam te dwa wartościowe blogi!

W moim przypadku bajka miała w sobie dodatkowy prezent. Były to malutkie kukiełki, które zgodnie z treścią bajki pomogły jej bohaterce poradzić sobie z problemem, który ją dotknął.  Oto początek mojej bajki pomagajki, a więcej przeczytacie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury i udostępniania, jeśli treść bajki Wam się spodoba :)


"Agatka to bardzo mądra i wesoła dziewczynka. Mieszka z rodzicami w dużym mieście i uwielbia chodzić z mamą bawić się w parku. Tak jak dziś, gdy korzystając z tego, że świeci słońce, w drodze powrotnej ze sklepu zatrzymały się na chwilę pośród drzew. Mama usiadła na ławeczce, a Agatka biegała szczęśliwa w pobliżu. Czuła się już taka dorosła! Podczas gdy jej młodszy brat Krzyś został z babcią w domu, ona wyszła na zakupy, bo jako duża dziewczynka mogła już co nieco pomóc w nich mamie. Potrafiła na przykład sama zdecydować, który jogurt jest najsmaczniejszy i wybierała z dumą ze sklepowej półki te, które zje potem na drugie śniadanie. Tym razem zakupy poszły i mamie, i Agatce wyjątkowo sprawnie. Gdy przychodziły do sklepu z małym Krzysiem to dopiero się działo! Krzyś biegał między półkami, czasem też trochę płakał. Malutkie dzieci tak mają, ale mama nie mogła przez to skupić się na zakupach i trwały one nieco dłużej. Ale nie dziś! - Jak długo będziemy mogły zostać tutaj w parku, mamo? - zapytała Agatka, bo wcale nie chciało jej się wracać do domu. - Mamy jeszcze 15 minut a potem pójdziemy na autobus - odpowiedziała mama zerkając na zegarek. "Ojej, to chyba dużo czasu" - pomyślała Agatka, choć nie znała się jeszcze tak dobrze na zegarku jak mama i tata. Na wszelki wypadek postanowiła biegać jeszcze szybciej, bo chciała dotknąć rączką i przytulić się do wszystkich drzew w parku. Właściwie to była z mamą w tym parku już wiele razy, ale nigdy wcześniej nie zauważyła, że jest ich tutaj aż tak dużo!  "To bardzo dobrze" - pomyślała. "Przynajmniej nie jest im smutno". Sama natomiast nie mogła sobie wyobrazić, żeby miała stać tak całe życie nieruchomo w jednym miejscu. Jakie to musi być trudne. Drzewa są naprawdę dzielne!"



1 komentarze:

Świadoma mama, czyli jaka? Moje trzy najważniejsze przykazania.

10:24 Mama Muffin 2 Comments


Przychodzi matka do specjalisty:
- Panie doktorze, przeczytałam już chyba wszystkie poradniki, a wciąż nie wiem wszystkiego o moim dziecku. Aż boli mnie od tego głowa.
- Mam dla Pani doskonałe lekarstwo. Taki poradnik w minipigułce.
- Niemożliwe. Co to za książka?
- Ma ją Pani w swojej głowie!

No i problem bólu głowy z głowy :) Bo matka wie najlepiej prawda? Nie macie czasem wrażenia, że za dużo tych mądrości wokół nas? Blogi (mój oczywiście też :), vlogi, serwisy parentingowe, poradniki, programy telewizyjne itp., itd. Jak odsiać to, co na prawdę wartościowe i mądre od tego, na co nie warto tracić naszego cennego czasu? Bo bez wątpienia, skądś wiedzę czerpać trzeba. Pomijając przypadki kluczowe dla zdrowia dziecka, kiedy udajemy się prosto do lekarza są jeszcze tysiące innych sytuacji, w których potrzebujemy wiedzy związanej z opieką nad dzieckiem. Ja, zanim nie urodziła się moja Córeczka nie zmieniłam nigdy pieluszki żadnemu dziecku, nie mówiąc już o kąpieli, ubieraniu itd. Cieszyłam się, że jest Youtube i że są mamy, którym chce się nagrywać filmiki pod hasłem zmiany pampersa! Chociaż nie oszukujmy się, tak na prawdę nauczyłam się to robić dopiero na sali poporodowej na "prawdziwym egzemplarzu" :) Podobnie było z kąpielą i wieloma innymi rzeczami. Zdałam sobie wtedy sprawę, że wszystko czego się naoglądałam, naczytałam i nasłuchałam w ciąży pełniło raczej rolę skutecznego "uspokajacza". Bardzo cennego, ale jednak prawdziwe życie jak zawsze pokazało różnice między teorią a praktyką.

No ale jak to mówią, im dalej w las tym więcej drzew. Bo zmiana pieluchy to są absolutne podstawy. Z każdym dniem, gdy dziecko jest na świecie pytań, wątpliwości, obaw jest coraz więcej. Tymczasem napisano przecież opasłe poradniki poświęcone opiece nad niemowlęciem. Czy bez zawartej w nich wiedzy można dobrze zaopiekować się dzieckiem?

Jeden z takich poradników znalazł się przy łóżku w mojej sypialni. I wiecie co... Po urodzeniu Córeczki nie zajrzałam do niego ani razu. A taki mi się wydawał niezbędny. Tyle wiedzy o dziecku w opasłym tomie! Nie zajrzałam! I na początku wyrzucałam trochę sobie, że idę na łatwiznę. Przy surfowaniu po internecie więcej czasu poświęcam na przegląd ciuszków z drugiej ręki, niż na zapoznanie się z listą rzeczy, które już powinno umieć moje dziecko. Gdy mała była niespokojna przy piersi ja dalej nie szukałam, nie wertowałam. Wbiłam sobie do głowy trzy przykazania świadomej dobra swojego dziecka matki i uparcie się nich po dziś dzień trzymam. Czy słusznie? Ciekawa jestem Waszych opinii. Oto one:

Po pierwsze: SŁUCHAJ SIEBIE.  To Ty i twoje Dziecko a nie nikt inny będziecie ponosić konsekwencje podjętych decyzji. Tak sobie to wykombinowałam. Ale uwaga! Uzbrój się do tego w cierpliwość. Na rozwiązanie wielu problemów potrzeba nie tyle złotej rady, co po prostu czasu. W końcu zrozumiesz swoje Dziecko i znajdziesz własny, najlepszy sposób na ich rozwiązanie.

Po drugie: INTERNET TAK, ALE Z DYSTANSEM. Tu jako blogerka strzelam sobie w stopę? E!!! Raczej nie, bo nie uzurpuję sobie roli rodzicielskiego autorytetu. Piszę to, co dla mnie jest ważne, czym chciałabym się podzielić z innymi, bo moim zdaniem też może ich to zainteresować. Jeśli ktoś znajdzie w moich wpisach inspirację dla siebie - to super! Bardzo się ucieszę :) Reszta mam nadzieję uzna mój blog za całkiem fajny czasoumilacz... Do tego przede wszystkim powinien służyć rodzicom Internet. Trudno bowiem oczekiwać od wujka Google, że rozwiąże problemy związane z naszym dzieckiem. Zazwyczaj, gdy go odwiedzamy mętlik w głowie jest jeszcze większy a pierwotnie lekki niepokój związany chociażby ze zdrowiem maluszka urasta do poziomu paniki totalnej. O tym, jak warto wykorzystywać Internet będąc rodzicem pisałam we wpisie pt. Mamo, ta funkcja Facebooka ułatwi Ci życie. Wkrótce napiszę na ten temat nieco więcej, bo zbiera mi się całkiem spora ilość przemyśleń na temat parentingu w Internecie.

Zapraszam do śledzenia najnowszych wpisów na moim blogu przez Facebook!

Po trzecie: ZNAJDŹ BLISKO SIEBIE KILKORO NAPRAWDĘ MĄDRYCH LUDZI (z naciskiem na k i l k o r o). Specjalistów, ale nie tylko. Już tak jesteśmy skonstruowani, że bardziej ufamy osobom znanym nie tylko z imienia i nazwiska, ale też kilku bliskich nam życiowych faktów. Nie macie czasem wrażenia, że lepiej zapadają w pamięć słowa mamy z placu zabaw, od tych, które usłyszymy w programie TV? Nic nie zastąpi spotkania i rozmowy w cztery oczy. Jak to z tymi ludźmi było u mnie? Zaczęło się od położnej, której w pierwszych tygodniach życia ufałam bezgranicznie. Nawet bardziej niż mojemu własnemu rozumowi. Potem rzeczywistość kilka spraw zweryfikowała (patrz przykazanie nr 1), ale na ten czas, kiedy było bardzo ciężko odnaleźć się w nowej roli była to z pewnością niezastąpiona pomoc. Potem przyszedł czas na samodzielne poszukiwania osób, które mogłyby rozwiązać inne problemy. Pojawił się na przykład doradca laktacyjny. Choć w tym wypadku mimo profesjonalnego podejścia i niewątpliwie wielkiej wiedzy nie udało się znaleźć złotej rady. Musiałam zawalczyć o rozwiązanie problemów z karmieniem sama, metodą prób i błędów (przykazanie nr 1 znów się kłania ;). A i tak najbardziej chyba pomogła cierpliwość, bo były to problemy z natury "cóż, niektóre dzieci tak po prostu mają". Nie żałuję jednak czasu poświęconego na to spotkanie. Powiedzmy, że pozwoliło mi ono złapać oddech, nabrać dystansu i uwierzyć w siebie. Potem w moim telefonie przybyły też dwa inne kontakty, które traktuję jako cenne zdobycze. To namiary do instruktorki masażu Shantala oraz fizjoterapeutki. Obie niesamowicie zaangażowane w pracę z dziećmi, doświadczone i jak się sama przekonałam zdolne do tego, by czynić cuda :) No i w końcu do tego grona dołączyła też moja chustomama, z wykształcenia również położna a w życiu prywatnym mama czwórki dzieci (wywiad z Agnieszką pt. "My chustomamy tak mamy" możesz przeczytać tutaj). Grono tych osób wraz z upływem czasu się zmienia, wszytko zależy od etapu rozwoju, na jakim aktualnie znajduje się moje dziecko.

Świadoma mama - warsztaty

Na koniec tej mojej krótkiej listy przykazań chciałabym Wam jeszcze o czymś wspomnieć. Wprawdzie sama nigdy nie uczestniczyłam w tego rodzaju imprezach, to jednak wiem, ile znaczą dla mnie spotkania w gronie chustomam i innych mam z najbliższej okolicy w klubie "Cafe mama". Tymczasem w najbliższym czasie w różnych miastach w Polsce odbędzie się szereg spotkań pod hasłem "Świadoma mama". To projekt, który ma już udokumentowaną historię sprzed kilku kolejnych lat. Ja z oczywistych względów (w tym roku zostałam mamą po raz pierwszy), nigdy wcześniej się tym wydarzeniem nie interesowałam. Ale przyciągnęło moją uwagę ze względu na wysiłek jaki organizatorzy włożyli w przygotowanie programu spotkań. Konkretnie mam tu na myśli obecność lokalnych specjalistów i lekarzy z okolicy na każdej z nich. Myślę, że dla każdego rodzica, który poszukuje - jak ja - wartościowych kontaktów, będzie to doskonała okazja do ich nawiązania. Zarówno jeśli chodzi o spotkanie ze specjalistami, jak i również innymi rodzicami z okolicy. Jeśli uda mi się dotrzeć na jedno z nich na pewno Wam o tym doniosę!

Co mnie szczególnie kusi?
- spotkanie ze specjalistą ds. bezpieczeństwa dzieci w samochodzie (szykuje nam się zmiana fotelika, a sprzedawcy wiadomo... powiedzą co trzeba oby sprzedać)
- zajęcia fitness dla mam z dzieckiem (czemu nie :) Mała Muffinka uwielbia podrygiwać na moich rękach w rytm muzyki)


Od siebie mogę też polecić pokaz chustonoszenia - sama chętnie zaczerpnę jeszcze raz wiedzy na temat poprawnego wiązania dziecka :) i spotkanie z doradcą laktacyjnym.

Spotkania są organizowane w dwóch cyklach odbywających się zazwyczaj tego samego dnia: dla rodziców spodziewających się dziecka oraz dla rodziców dzieci do lat trzech. W tym roku zaplanowane są jeszcze warsztaty w Kaliszu, Warszawie, Poznaniu i Gdańsku. Szczegóły na temat terminów oraz programów w poszczególnych miastach znajdziecie na stronie projektu Świadoma Mama.

Tu znajduje się plakat z programem na najbliższe spotkanie w Kaliszu w dniu 27. października.

2 komentarze:

Chrrrrrup muffin, czyli muffinki super chrupiące

09:54 Mama Muffin 3 Comments


Jestem po prostu muffinouzależniona... Jakie są tego objawy? A no takie, że gdy w moje ręce wpada przepis na muffiny po prostu nie mogę, nie mogę ich nie upiec :) I całe szczęście! Gdyby nie to, nie spróbowałabym tych muffinów, najbardziej chrupiących na świecie. Wystarczy napisać, że po ich spróbowaniu Tata Muffin rzekł tak: "To drugie w kolejności najlepsze muffiny, jakie upiekłaś". Dla niewtajemniczonych wyjaśnię: pierwsze i bezkonkurencyjne już chyba na zawsze będą muffiny podwójnie czekoladowe, na które przepis znajdziecie tutaj. Z tego wyciągnąć można jeden, bardzo ciekawy wniosek. Im prościej i szybciej wykonuje się muffiny, tym lepiej smakują. No, przynajmniej mojemu mężowi :)

Te ekstra chrupiące muffiny robi się w nieprzyzwoicie szybkim tempie. W jeszcze szybszym się je zapieka a potem... zjada :) Gdyby jednak zdarzyło się komuś nie skonsumować ich zaraz po wypieczeniu to warto wspomnieć, że jak mało które te nie tracą na smaku ani troszkę także na dzień następny.

Przepis na Muffiny trafił do mnie dzięki mojej Córeczce, a właściwie zakupowi, który poczyniliśmy specjalnie dla niej. Znalazłam go pod tacką nowego krzesełka do karmienia z motywem muffinów w roli głównej. Recenzję krzesełka COOKIE Baby Design znajdziecie tutaj, a gwarantujący chrrrrrrrrupiące doznania przepis poniżej.

Składniki na muffinki (przepis oryginalny):

1 szklanka cukru 
1 szklanka masła (ale nie roztopionego!, czyli mniej więcej 2/3 kostki - przyp. MM)
1 szklanka mąki
2 szklanki płatków owsianych błyskawicznych
1 łyżeczka sody (przesianej z mąką)

Wykonanie (z moimi drobnymi uwagami):

W zasadzie prościej być nie może: wrzucamy wszystko do jednej miski a potem ugniatamy ręcznie aż do momentu, gdy z masy będzie można łatwo uformować zwarte kuleczki. Robimy 8 lub 12 sztuk w zależności od foremek. Kulki w foremkach (najlepiej wyłożonych papierowymi papilotkami), lekko przygniatamy. I gotowe. Pieczemy 8-12 minut w temperaturze 250 stopni Celcjusza.

Moje uwagi? Zdecydowałabym się na ciut mniej cukru, zastępując go odrobiną więcej mąki i płatkami. No i uważałabym na temperaturę w piekarniku. 250 to bardzo dużo, rzadko trafia się wypiek, który tego wymaga. Ale chrupiąca konsystencja ma swoje wymogi, stąd pewnie w przepisie tak wysoka temperatura. Ja zdecydowałam się na 220 stopni i 2-3 minuty dłużej. Ale przy takim eksperymencie pierwszy wypiek warto mieć pod bacznym okiem, zaglądając za szybkę piekarnika i kontrolując stopień przyrumienienia muffinków.

To wszystko :) Smacznego!

3 komentarze:

Ale ciacho! Krzesełko Baby Design COOKIE - moje opinie

18:17 Mama Muffin 8 Comments



Gdy wybieraliśmy się z Tatą Muffin po ten zakup, nie myślałam, że spotka mnie tak miła niespodzianka. Muffinkowe krzesełko do jedzenia to przecież coś w sam raz dla Małej Muffinki. Znalazłam je w katalogu, potem krótki research w internecie i jest! A gdy mąż złożył je po wyjęciu z kartonika a ja zabrałam się za czyszczenie, mile zaskoczyłam się po raz drugi :) Pod tacką ukryty był przepis na muffiny :) Chyba nie muszę pisać, że długo nie czekał na wypróbowanie. 

Ale po kolei, dlaczego Mała Muffinka dostała właśnie to krzesełko? Bo design, choć z uwagi na moją pasję bardzo kuszący, nie był tu decydujący. Jestem raczej bardzo praktyczną osobą, dlatego przy wyborze krzesełka kierowały mną pewne kluczowe założenia dotyczące funkcjonalności:

Po pierwsze: kółka
Po drugie: łatwo zmywalne, zdejmowane (!) pokrycie siedziska
Po trzecie: barierka między nogami dziecka, dla większego bezpieczeństwa
Po czwarte: nie duża waga
Po piąte, choć wcale nie najmniej ważne: niewygórowana cena

Zacznę może od ceny, bo ta pewnie spędza sen z powiek wielu rodzicom. W końcu, gdy się ma w domu maluszka, zwłaszcza jeśli jest to pierwsze dziecko, wydatków jest bardzo dużo. A krzesełka do karmienia nie wiedzieć czemu potrafią kosztować niebotyczne pieniądze! Od pewnej kwoty w górę płaci się moim zdaniem już głównie za markę i design. Krzesełko do karmienia COOKIE można kupić w przyzwoitej kwocie, poniżej 300 zł. Niekiedy trudno o wybór koloru w sklepie, ale tu na przykład (przynajmniej na dzień publikacji wpisu) krzesełko COOKIE  jest dostępne jeszcze we wszystkich wariantach kolorystycznych. Za starsze modele, które nie mają kółek (te producent dodał w tym foteliku po 2015 roku), można kupić nawet taniej (za ok. 230 - 240 zł). Jeśli koniecznie zależy Ci na kółkach i kupujesz przez Internet uważaj. Najlepiej najpierw dowiedzieć się mailowo od sprzedawcy, który model ma w ofercie. Tu znajdziesz przegląd ofert w różnych cenach.



Krzesełko COOKIE jest stosunkowo lekkie w sensie wagowym, ale też pod względem designu - nie zagraca mieszkania. Przy takim wyborze kolorów z powodzeniem można dobrać wariant, który dobrze wtopi się w pozostałe elementy wyposażenia domu. Wydaje się, że sposób złożenia, jaki przygotował producent jest najbardziej optymalny z możliwych. Zsuwają się nie tylko nóżki, ale też można odpowiednio zaczepić z tyłu tackę, tak żeby po złożeniu szerokość była nie większa jak 40 cm. Tym samym krzesełko można sprytnie ustawić gdzieś w kącie kuchni czy pokoju, albo za drzwiami, nawet gdy mamy tam mało miejsca. Dodatkowo w załączonym koszyku można trzymać wszelkie niezbędne do jedzenia gadżety.

Teraz słów kilka o tapicerce i pasach. Tak, są w większości białe, co zresztą widać na pierwszy rzut oka. Ale są to elementy zdejmowalne i z możliwością prania w pralce (swoje pasy w tym celu właśnie zdjęłam, dlatego wybaczcie, że nie widać ich na zdjęciach). Na razie piorę, bo wiem, że będą szczególnie ulubionym smakołykiem ;) Nie zdążyły natomiast jeszcze przeżyć kulinarnego armagedonu, ze względu na stosunkowo nieufne podejście do rozszerzania diety u mojego piersiowego maluszka. Myślę jednak, że nie powinno być najgorzej. Już kupując byłam pogodzona z tym, że nie znajdę produktu na wieki. W sprzedaży są krzesełka całkowicie plastikowe lub z silikonowymi elementami w siedzisku. To jednak, wyłożone ceratką wydaje mi się po prostu bardziej przyjemne dla dziecka, bo mięciutkie. W końcu sami z mężem też wolimy jadać w salonie, gdzie mamy tapicerowane krzesła a w kuchni na plastikach zasiadamy tylko na chwilę. No i nie wspomnę już o walorach ceraty w obliczu ząbkowania. Gryzie się znakomicie :)

Element zabezpieczający między nóżkami: zależało mi, żeby się pojawił w krzesełku. Przyznam się dlaczego, choć pewnie nie powinnam tak publicznie. Zdarza mi się nie zapiąć małej pasami. Po prostu widzę, że nie jest jeszcze na tyle zwinna i na dzień dzisiejszy nie potrafi zmienić pozycji w krzesełku. Na widok pasów dostaje natomiast białej gorączki. Tak jest póki co szybciej, wygodniej i mniej emocjonalnie. Na pewno, gdy zauważę, że nabierze sprytu i zacznie się w krzesełku wiercić nóżkami zmienię tę politykę. Tym bardziej, że mam wątpliwość, czy z powodu "przegródki" między nogami nie przyjdzie pewnego dnia chwila, kiedy przed moim małym pulpecikiem nie będę mogła już zasunąć tacki. Wtedy pasy mogą być bezwzględną koniecznością. Ale pewnie się mylę, w końcu jak grubiutkie mogą być nóżki maleństwa ;) Raczej Mała Muffinka będzie teraz rosnąć wzwyż i trochę gdzieniegdzie wysmukleje. Jeśli Ty też masz "na składzie" małego pulpecika przed zakupem weź pod uwagę, że pod tacką jest mniej więcej 11 x 11 cm miejsca na każdą z nóżek.

No i wreszcie rzecz o kółkach i wadze nowego nabytku. Troszkę przestraszyłam się, gdy zobaczyłam, że kółka są plastikowe. Spodziewałam się raczej gumowych lub silikonowych. W każdym razie plastiki wydają mi się w tym przypadku ryzykownym rozwiązaniem. No ale wiadomo - z czegoś musiała wyniknąć nieco niższa cena za produkt. Na razie moje obawy okazują się zbyteczne. Kółka wytrzymują mimo, że w ciągu dnia krzesełko przemierza mniej więcej taką trasę: kuchnia - salon - łazienka - salon - kuchnia - salon - kuchnia ;) Czasem z dzieckiem, czasem bez. Panele nie są porysowane a ja na prawdę cieszę się, że mogę sobie tym pojeździć a nie muszę dźwigać. Bo jak się okazało nawet waga niespełna 8 kg (czyli aktualnie ciut mniej od mojej córeczki) przy takim rozstawie nóżek stwarza problemy przy podnoszeniu. Już przed zakupem byłam nastawiona na wykorzystanie tego krzesełka nie tylko do posiłków, ale i do zabawy. Stąd zależało mi na mobilności. Żeby postawić w tej kwestii "kropkę nad i" to napiszę tylko, że trochę brakuje mi jakiegoś sprytnego uchwytu, który mi - mamie o stosunkowo małych gabarytach - ułatwiłby przemieszczanie tego pojazdu najlepiej jedną ręką :) Bo muszę się przy tym nieźle nagimnastykować. No ale pomarzyć zawsze można, bo nie sądzę żeby znalazł się taki model na rynku...

Poza wymienionymi przeze mnie aspektami krzesełko Baby Design COOKIE jak na dobre ciasteczko przystało kryje w sobie parę ekstra niespodzianek. Mam tu na myśli regulowany na trzech poziomach stolik (co umożliwia dosuwanie go do brzuszka dziecka) i odpinaną na zatrzaski tackę z wgłębieniem na kubeczek. Do tego dochodzi możliwość rozłożenia oparcia (mimo, że córeczka dobrze już siedzi to uzyskany tą metodą dodatkowy "luz" przydaje się przy wkładaniu i wyjmowaniu jej z krzesełka). Producent przewidział też możliwość ustawienia krzesełka aż na sześciu poziomach wysokości, choć w sumie nie wiem dlaczego aż tyle. Osobiście wydaje mi się, że wykorzystamy tylko dwa: ten najwyższy teraz, bo mi jest tak wygodniej i najniższy, gdy córeczka zechce wykorzystać krzesełko do własnych zabaw i tyle. Ale pewnie projektant wyszedł z założenia, że od przybytku głowa nie boli. Lepiej więc dać więcej poziomów regulacji, niż za mało. Aha! jest jeszcze regulacja podnóżka, ale moja dziecina uwielbia machać nogami, dlatego podnóżek od razu poszedł do pozycji pionowej i pewnie już tam tak zostanie na dobre.

To tyle na temat moich osobistych wrażeń, jeśli chodzi o krzesełko Baby Design COOKIE. Każdego kto planuje zakup tego lub podobnego krzesełka zachęcam do zadawania pytań. Chętnie podzielę się wiedzą i doświadczeniem w temacie. Najlepiej pytać na dole w komentarzach, tak żeby potem odpowiedzi mogły zobaczyć też inne osoby.




A deser zostawiłam na koniec. Tu zapraszam po prawdziwe ciacha, czyli przepis na muffinki od Baby Design w wykonaniu Mamy Muffin :) Chrrrrupiące doznania gwarantowane!




8 komentarze:

My chustomamy tak mamy - wywiad z Agnieszką Osinską

13:12 Mama Muffin 4 Comments


To była jedna z większych niespodzianek w początkach mojego macierzyństwa. Trzeci miesiąc życia mojego nieodkładalnego z rąk Maleństwa. Bezsenne noce, płacz który zdawał się nie ustawać i absolutny brak czasu dla siebie, nie mówiąc już o domowych obowiązkach. Dodające niesamowitej macierzyńskiej mocy hormony wciąż buzowały, ale potworne zmęczenie dawało już się powoli we znaki. Docierało do mnie to, czego dotychczas starałam się nie zauważać. Jeśli nic z tym nie zrobię, będzie bardzo źle. 

I wtedy, jak w pięknej bajce pojawiła się ONA :) W moich drzwiach stanęła Agnieszka z zachustowaną córeczką na plecach. A mi w głowie wirowała tylko jedna myśl: skąd mama czwórki dzieci tak ochoczo znalazła czas, by pomóc mi w moim problemie? 

Na prawdę jeszcze chwilę wcześniej nie uwierzyłabym, że tacy ludzie istnieją tak blisko mnie :) Dziś już wiem, że trafiłam w dziesiątkę i szukałam pomocy tam, skąd w moim przypadku mogła dotrzeć w najlepiej podanej formie! Najlepszej zarówno dla mnie jak i dla mojego Dziecka. Niedawno spotkałam się na kawie z moją chustową mamą. O czym rozmawiałyśmy? Zapraszam serdecznie do lektury.

Agnieszko, z wykształcenia jesteś położną. Niedawno skończyłaś profesjonalny kurs chustonoszenia i podpowiadasz mamom jak prawidłowo chustować maluszki. Czy myślałaś może kiedyś o tym co robisz, że tam na sali porodowej nie raz towarzyszyłaś przy odcinaniu pępowiny, a teraz odwiedzając mamy zawiązujesz ją na nowo… Czy chusta jest jak pępowina?

To akurat trochę niebezpieczne porównanie. Bo pępowinę musimy odciąć. Ona nie jest już dziecku po porodzie zupełnie potrzebna. A noszenie tak. Jak najbardziej. Często pomija się fakt, że dzieci rodząc się są już nauczone noszenia. Stąd dużo zarzutów względem chust, że przyzwyczajamy dziecko do tego. Często pokutuje u nas babciny sposób na tak zwany zimny chów. Jak dziecko płacze to niech się wypłacze. Za dużo nie można nosić. A już tym bardziej nie przytulać, nie głaskać, nie całować. Dlatego czasem o mamach noszących myśli się ze zgorszeniem. Myśli się, że dziecko zniewala mamę, nie daje wolności.

Rozumiem... a używając analogii do pępowiny tylko możemy dostarczyć argumentów przeciw. Bo pępowina kojarzy się w potocznym rozumieniu z nadmiernym przywiązaniem do matki, czy też szerzej - do rodziców. 

Tak. Podczas gdy poród jest odcięciem zbędnej pępowiny, chusta jest dopełnieniem tego czego dziecko bardzo potrzebuje. Tak właśnie traktuję chustowanie. Chcę ukierunkować mamy, żeby nie bały się, że te dzieci noszą. To nie jest tak, że dziecko coś na nich wymusza. To nie tak, że urodziło się i teraz powinno być daleko ode mnie. Bo dziecko instynktownie i tak szuka mamy i chce być na niej.

Czyli miałam jednak dobrą intuicję, choć szukałam złej analogii. Bo chustonoszenie to w pewnym sensie powrót do bliskości z okresu ciąży. Rzec można, że to jej ciąg dalszy, ale już nie fizyczny tylko bardziej emocjonalny. Jak to jest z tymi emocjami w chuście?

Wystarczy, że dziecko się przytula a mamie robi się ciepło na sercu. Myślę, że chustowane dzieci mają pewną wyjątkową cechę. Widzę to po mojej najmłodszej chustowanej córce, że są związane z rodzicem, ale nie tak, że trzymają się za nogę, tylko tak emocjonalnie. Niby się bawi, ale ma taką potrzebę, żeby jednak przyjść i się przytulić. Wtedy mama czuje, że to jednak coś dało. Mój drugi syn, Tymek to był typowy egzemplarz dziecka odkładalnego. Jego się nakarmiło on leżał i sam zasypiał. Nawet gdybym go chciała nosić, to nie wiem czy by mu to odpowiadało. Przypuszczam, że tak, ale nawet nie próbowałam. Teraz widzę jaka jest ta moja noszaczka a jaki był on. Taki niedotykalski, nie chciał, żeby wnikać w to, co on robi. Zresztą do dzisiaj taki jest. Nie wiem, na ile to jest kwestia charakteru a na ile to niedopieszczenie w dzieciństwie. Chusta daje więc mamie też poczucie, że dziecko będzie bardziej empatyczne.

No tak… moja córeczka bardzo dużo się uśmiecha do ludzi na ulicy. Zastanawiam się, czy to właśnie jest ten efekt chuściocha.  Bo dziecko czuje się bezpiecznie będąc przy mamie…

Tak. I do tego jest na wysokości wzroku innych ludzi a nie leży w wózku i widzi chmurki i drzewka. To daje mamie też poczucie radości, dumy. Widzę jak moja córka przez to, że była noszona w chuście w domu i poza nim, bardzo szybko przyswoiła sobie wiele umiejętności. Często zaskakuje nas, że rozumie i potrafi zareagować na nasze prośby. Nawet nie muszę mówić. Gdy zobaczy, że coś się wysypało to idzie i przynosi zmiotkę zupełnie o to nie proszona. Po prostu zamiatała będąc ze mną nie raz w chuście i wie, że trzeba to zrobić.

Tyle pięknych słów, ale ty jako doradca pewnie wiesz najlepiej, że przygoda z chustowaniem zaczyna się najczęściej bardziej prozaicznie. Powiedz, kto się do Ciebie z reguły zgłasza po pomoc?

Najczęściej są to mamy w kryzysowej sytuacji. Mamy, których dziecko kolkuje, ząbkuje. Wtedy zaczynają zastanawiać się nad alternatywą. Albo mamy dzieci, które są strasznie nieodkładalne. Czyli one by chciały żeby ono w tym łóżeczku leżało a dziecko robi wszystko, żeby i tak być na rękach. I wtedy się mówi, że ono wymusza, co też jest nieprawdą. Tak jest najczęściej. Chociaż są też mamy, które zaraziły się ideą noszenia jeszcze w ciąży. Ale to są na razie pojedyncze. Jest ich na pewno mały procent. Najwięcej jest takich mam, które z potrzeby się zainteresowały.

Czyli nie jestem wyjątkiem od reguły. Jesteś, rzecz można, moją chustową mamą.  I też spotkałyśmy się, gdy miałam kryzys w opiece nad córeczką. Powiedz, co czujesz, gdy mamę taką jak ja, taką którą uczyłaś, widzisz potem z chustą z dzieckiem na ulicy?

Ostatnio gdy uczyłam mamę świeżo urodzonego maluszka to rodzice stwierdzili, że widać po mnie że się bardzo angażuję. Zależy mi na tym, żeby osoba, którą uczę nie poprzestała na jednej lekcji tylko faktycznie zaczęła nosić. Taka jest moja idea. Chcę zrobić wszystko, żeby ta mama faktycznie wzięła się za to noszenie. A jeszcze jak dostanę jakieś zdjęcie, albo gdzieś spotkam to na prawdę się cieszę. Traktuję to jako swój sukces i też cieszę się, że im się udało nawiązać tą relację i że będą z tego czerpać radość. Nie umiem się od tego odciąć. Nawet jak nie przyślą żadnego zdjęcia, nie mam od nich sygnału, to często myślę czy wiążą się. My chustomamy chyba już tak mamy. Przywiązujemy się do siebie taką niewidzialną więzią. Tak jak nasze dzieci są przywiązane do nas chustami.

W naszej okolicy byłaś jedną z pierwszych mam chustujących. Jak chustowanie jest odbierane w takim jak nasze, niedużym mieście?

Gdy ja zaczynałam noszenie to czułam na sobie zdziwione spojrzenia. Było też dużo nie zawsze miłych komentarzy. Porównań w stylu, że naśladuję Murzynki. Słyszałam je na ulicy, głównie od starszych osób. Gdy zdarzało mi się wiązać w plenerze, to było dużo osób przerażonych. Że to dziecko mi zaraz wyleci. Gdzieś mi zaczynali chustę wyszarpywać: Ja tu pomogę. Na widok samego wiązania pojawiała się panika. Założenie, że mogę zrobić dziecku krzywdę. Kiedyś zapytano mnie nawet o to, w co ja zawiązałam moje dziecko, w prześcieradło czy obrus. Pytano mnie też widząc, ze idę z czwórką dzieci, czy może nie trzeba mi zorganizować wózka. Teraz, gdy minął już rok, słyszę coraz częściej komentarze, że zaczęła panować taka moda. I wzbudza to już coraz mniejszą sensację. Być może ciężko dlatego jest zarazić chustonoszeniem mamy z okolicy. Z jednej strony ze względu na przekonanie, że dziecko nauczy się noszenia i będzie to potem nadmiernie wykorzystywać. A drugie to zdziwienie, jakie wywołuje się wśród ludzi. Jak mama jest nieśmiała, to jest problem.

Powiedz Agnieszko, jak to jest mieć wolne ręce? Czego ty mama czwórki dzieci nie zrobiłabyś, gdyby nie chusta?

Miałam już trudną sytuację z moim trzecim dzieckiem. I żałuję. Bo już wtedy moja chustomama nosiła swoje dzieci. Kiedyś usłyszałam, że jest bariera w noszeniu i jest to masa ciała mamy. Że nie może być za szczupła. A ja zawsze byłam chuda, wtedy nawet jeszcze bardziej niż teraz. Zapadło to na tyle w moją świadomość, że chustowania nie wzięłam pod uwagę. A synek już był takim typowo nieodkładalnym egzemplarzem. Moje siostry wtedy śmiały się, że nabyłam umiejętności oburęcznej. Jego trzymałam w prawej ręce, a wszystko robiłam lewą. I gotowanie i sprzątanie. Wszystko z nim na tej jednej ręce. Przez to ucierpiał mój kręgosłup. Bo pod tym względem lepsze jest dobre noszenie w chuście, niż jakiekolwiek na rękach. W chuście ciężar się rozkłada, odejmuje dziecku kilogramów. Ja dostałam wtedy w kość. Bo dla pozostałej dwójki wszystko robiłam z nim na ręku. I na spacerze też nie chciał siedzieć w wózku. Pchałam brzuchem pusty wózek. Dziecko na ręku a obok jeszcze dwójka starszych dzieci. Bardzo żałuję, że już wtedy nie zaraziłam się chustowaniem. Uratowałoby mnie to w tamtej sytuacji. Dlatego też, gdy urodziła się Kornelka, miałam już czwórkę dzieci i wiedziałam, że może być różnie to zaczęłam szukać. Nie odpuściłam. Koleżanka (dziś mama szóstki dzieci), gdy była u mnie w odwiedzinach zobaczyła, że mała zaczyna być podobnie jak jej starszy brat nie do odłożenia. Wtedy powiedziała mi, że mi tę chustę załatwi. I wtedy się zaczęło. Córka miała 5 tygodni. Ten czas, który poświęciłabym na nerwy, że tu noszę na rękach i nie mogę uspokoić, a tam czeka masa pracy... I jeszcze te wszystkie burze hormonów, które są w kobiecie po porodzie, to już w ogóle pewnie bym usiadła i ryczała. Nic bym nie była w stanie zrobić.

Faktycznie zauważyłaś różnicę w opiece nad dziećmi?

Mała potrzebowała czasu. Dopiero po dobrych trzech, czterech tygodniach zaczęła w pełni akceptować to, że ją noszę. I wtedy był taki czas, że siedziała non stop. To był właśnie ten egzemplarz. Tylko na karmienie i przewijanie wychodziła z chusty. To trochę trwało. A potem jak już przeszła ten swój kryzysowy czas, zaczęła samodzielnie siadać, to już domagała się bycia poza chustą. Ale nie wyobrażam sobie tych 3-4 pierwszych miesięcy, kiedy faktycznie dawała w kość, żeby tej chusty nie mieć. Korzystałam i w domu i na zewnątrz. Mogłam dzieci odprowadzić do szkoły i do przedszkola z nią wygodnie bez wózka. I nie było problemu 6 czy 7 rano, żebym musiała ją włożyć do wózka i taszczyć w zimę. Zawiązana pod kurteczką spała a ja po drodze załatwiłam wszystko co chciałam. Dzięki chuście często ogranicza się lub zupełnie omija nas etap irytacji, który często jest nieuchronny. Przyczyną jest brak wolności. Bo to nie jest normalne dla człowieka, że poświęca sto procent swojego czasu komuś innemu. Podświadomie szukamy swojej neutralnej strefy. I wtedy, gdy dziecko jest typem, który zwykło się niesłusznie określać jako “wymuszający”, to niestety rodzice się podłamują. A po co ładować się w depresję, wyrzucać sobie brak miłości, jak można sobie inaczej pomóc...

... I to tak pięknie z korzyścią dla dziecka.

Tak. I dla siebie i dla dziecka.

Aga, czy ty jesteś chustoświrką?

(Śmiech) Jestem, ale nie mówcie o tym mojemu mężowi. Chusty na pewno nie są tanią inwestycją, bynajmniej te już związane ze świrstwem. Więc chyba stąd to się bierze, że z jakiś swoich tajnych pokładów się te chusty kupuje a mąż niekoniecznie zna cenę. Jak się zaczyna nosić i się poczuje tę magię, to się drąży i szuka. Media społecznościowe to ułatwiają. Ja dłuższy czas nosiłam i nie wiedziałam, że takie środowiska istnieją i trafiłam na grupy na Facebooku zupełnie przez przypadek. No i wtedy się wszystko rozhulało. Zaczęłam zmieniać chusty.

I ile do tej pory miałaś chust na pokładzie?

Przez moje ręce przewinęło się już może przeszło setka. W ciągu półtora roku, bo tyle liczy sobie moja najmłodsza córeczka. Ile mam na stanie to nawet nie odpowiem. Ale to jest tak, że sobie potem świrki tłumaczą, że to jest inwestycja (śmiech), bo chusty nie tracą na wartości. Nawet jak je się kupi, to się sprzeda potem w tej samej cenie. No i potem zaczynają się kombinacje. I ze składami chust i ze wzorami. Można sobie dopasować do stroju, do butów. To już jak to u kobiety. Jedna zbiera torebki, inna okulary, a jeszcze inna świrka zbiera chusty.

Czyli pierwsza chusta pojawia się, żeby sobie poradzić, ale druga i kolejna…

...to już bardziej z zamiłowania.

I - zaryzykuję - z babskiej próżności?

Trochę tak (śmiech). Coś w tym jest. Ja nigdy nie miałam swoich upodobań pod kątem zbieractwa. Dopiero przy chustach się mi to objawiło. Nawet jak sprzedam swoją chustę to śledzę jej historię. Gdzie trafiła? Kto ją nosi? Komu sprzedał? Gdzie jest? Żeby tak nie leżała nie kochana. Mało tego, ja spisuję sobie informacje o wszystkich chustach, które miałam. Jaki miały skład itd. Bo też nie byłabym w stanie wszystkich spamiętać.

A masz już na składzie tą swoją wymarzoną?

Miałam na chwilę pożyczoną. To chusta Natibaby Scarlett. Jest na niej czwórka dzieci i kobieta. Jedno z dzieci niesie w chuście. A więc widziałam w niej siebie i swoje dzieci. I cały czas na nią poluję. Może się kiedyś uda. Jest jeszcze kilka takich miłości, które bym chciała zdążyć chociaż zawiązać. Też w tym świrstwie potem jest tak, że chustomamy - bo najczęściej są to mamy, mają zaufanie do tych innych chustomam. Nawet jeśli są z innego miasta, czy kraju. Tak jak to było w przypadku mojej wymarzonej chusty. Znalazła się mama, która ją ma i zaraz mi wysłała, żebym sobie ponosiła. Nie chcą nawet pieniążków za wysyłkę. Chodzi im o to, żebyś i ty miała okazję sobie zawiązać. Nawiązuje się taka prawdziwa, nieudawana relacja. Nie do pomyślenia w innym wypadku. Bo wyobraźmy sobie, że chodziłoby o torebkę. Nie sądzę, że znalazłybyśmy kogoś w internecie, kto wysłałby nam do ponoszenia swoją torebkę wartą nawet 1000 zł.

Niesamowite. Czyli jednak chustują ludzie o specyficznym nastawieniu do ludzi i świata?

Tak. Bardziej otwarci na relacje międzyludzkie. Mówię tu o tych, którzy ocierają się lub wpadają we świrstwo. To są kobiety, które nawet ubierają się specyficznie. Trochę inaczej jest z mamami, które wiążą tylko przez pewien czas z bardziej praktycznych powodów. Ale chyba rzadko jest tak, że jak ktoś się wkręci to go ominie cała reszta.

Ty jeszcze nie kupiłaś sobie ostatniej chusty?

Zawsze sobie wmawiam, że tak. Ale no cóż… jedyna chusta, która jest ze mną od początku to jest ta, na której się uczyłam. Mam do niej sentyment, dlatego jej nie ruszam. A cała reszta się ciągle zmienia. 

Ach, mówisz o tym żółtym Girasolku. A chciałam od Ciebie wyciągnąć deklarację, że jak go będziesz odsprzedawać to będę miała prawo pierwokupu. Bo myślę, że tak jak ja niejedna mama z okolicy też się na nim uczyła. Też mają do niego sentyment.

No właśnie nie sprzedam. Ona cały czas jest i będzie, choć jest już zmarnowana. Już kilkoro dzieci było na niej wychowanych. 

Myślisz czasem, że przyjdzie taki moment, że nie będziesz nosić?

No już teraz coraz częściej. Kornelka zaczyna uciekać. Ja wyciągam ręce i mówię chodź do chusty a ona ucieka. Aczkolwiek chciałam powiedzieć, że (śmiech) chustowanie sprzyja wielodzietności. Coś w tym jest. W środowisku mam chustujących pojawia się stwierdzenie, że jak ktoś już raz spróbował no to potem jak przychodzi czas, że dziecko zaczyna uciekać to zaczyna myśleć, żeby sobie skombinować chyba nowego chuściocha (śmiech). Na pewno odwlekamy moment kiedy dziecko nie daje się nosić i jakby nie chcemy przyjąć tego do wiadomości, że dziecko się nie daje i chyba same siebie oszukujemy. Ale dziewczyny sobie z tym sprytnie radzą. Szyją sobie z chust torebki, portfele, żeby jednak gdzieś pamiątkę mieć. Więc to jest chyba to świrstwo. Ale ja jeszcze nie kupiłam ostatniej chusty. Choć zawsze się oszukuję, że ta to już na pewno będzie ostatnia. Ale już myślę o kolejnej… póki się da to jeszcze będę próbować.

A czy nie jest tak, że  skończyłaś kurs profesjonalnego noszenia w celu przedłużenia sobie przygody z chustą?

Tak. Chyba po to go zrobiłam. Jakby się okazało, że ta mała się już nie chce nosić, to zawsze będzie okazja, żeby tę lalę zawiązać jak rodzicom się pokazuje. I też będę miała cały czas kontakt z rodzicami malutkich dzieci, którzy są jeszcze entuzjastycznie nastawieni.

Życzę Ci zatem powodzenia na Twojej nowej chustowej drodze.

Dziękuję!

Ja również dziękuję za wywiad.

Chcesz także porozmawiać z Agnieszką? Jej stronę na Facebooku znajdziesz tutaj. 

Regulamin konkursu "Zniżka od Małej Muffinki"

Chcesz poznać moją autentyczną historię z chustą w tle? Pozwól, że powiadomię Cię o nowym wpisie. Zostaw mi swój e-mail:

Foto dzięki Jaskółkowa Fotografia

4 komentarze:

Muffinki extra kokosowe

22:01 Mama Muffin 5 Comments


Ten wypiek to dowód na to, że potrzeba jest matką wynalazków. Także w kuchni. Gdy jeszcze Mała Muffinka była w moim brzuszku zaopatrzyłam się w olej kokosowy. Miał mieć nieco inne niż kulinarne przeznaczenie. Okazuje się bowiem, że ten produkt doskonale sprawdza się przy masażu niemowlaków. Raczej nie uczula, pięknie pachnie a do tego zapewnia wystarczające nawilżenie, a jednocześnie tak jak tradycyjne olejki służące do tego celu nie pozostawia po rozsmarowaniu śladów. W efekcie nie masz niemiłosiernie tłustych rąk, a Twoje dziecko nie świeci się niczym kulturysta na zawodach ;) Takie były założenia. A rzeczywistość je zweryfikowała. Mała Muffinka nie ma zbyt dużo cierpliwości na masaże. Owszem, nawet je lubi ale pod warunkiem, że robię je szybko i masuję tylko jej odpowiadające części ciała (rączki i nóżki). Masaż reszty jest ble, co skutecznie sygnalizuje grymasem twarzy lub stanowczym odpychaniem moich rąk. Zatem i oleju kokosowego nie zużyłam w tempie przewidzianym wcześniej. Zanim minął termin ważności postanowiłam zrobić z niego szerzej zakrojony użytek.

Pomyślałam, że skoro jedne z najbardziej udanych w mojej kuchni muffinek bazują na oleju, to dlaczego nie wykorzystać oleju kokosowego. I nie pomyliłam się! Jeszcze nigdy nie miałam okazji próbować wypieku o tak intensywnym kokosowym smaku i aromacie.

Zazwyczaj przepisy pod hasłem kokosa i kokosanek bazują jedynie na wiórkach koksowych. Nadają one smak przypominający ten egzotyczny owoc, ale szczerze mówiąc nigdy nie satysfakcjonowało to w pełni mojego podniebienia. Tym razem stało się inaczej. Byłam bardzo zaskoczona smakiem, który udało się uzyskać w tych podwójnie kokosowych muffinkach. 

P.s. A gdyby komuś i tego podwójnie kokosowego smaku było mało nic nie stoi na przeszkodzie, by stały się potrójnie kokosowe. Wystarczy przygotowując ciasto jogurt grecki zastąpić mlekiem kokosowym.

A zatem do dzieła. Oto lista składników (12 muffinów):

olej kokosowy 110 g 
mąka 160 g
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
jogurt grecki 230 g
cukier 100 g
1 jajko
wiórki kokosowe 90 g + odrobina do posypania na koniec

Uwaga! Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej. Pamiętaj zatem wyjąć wcześniej z lodówki jajko, jogurt i olej kokosowy (jeśli go tam trzymasz).

Wykonanie jest bardzo proste:

Wymieszaj wszystkie składniki suche (mąkę, proszek do pieczenia, sól, cukier i wiórki kokosowe). W drugiej misce zmiksuj mokre, czyli jogurt, jajko i olej. Dodaj suche do mokrych, zmiksuj ponownie i gotowe! Teraz pozostaje już tylko włożyć masę do foremek na muffinki (ja piekłam je w papierowych, którymi wypełniłam metalową formę).

Ja dodatkowo do środka dodałam niespodziankę. Jaką? Zobacz na moim kanale na Youtube

Przed włożeniem do piekarnika posyp górę muffinek odrobiną wiórek kokosowych. Piecz w temperaturze 190 stopni C przez około 20 minut.

Smacznego! Pamiętaj, że takie muffinki najlepsze są jeszcze tego samego dnia, niedługo po upieczeniu.



5 komentarze:

Wyprawka dla noworodka: 7 zaskakujących i bardzo praktycznych przedmiotów, o których być może nawet byś nie pomyślała...

15:42 Mama Muffin 6 Comments


To nie jest kolejny post, który ma na celu jedynie przekazanie informacji, ile pieluszek i jakiego rodzaju ubranka do szpitala (i nie tylko) powinnaś przygotować dla swojego jeszcze nie narodzonego dziecka. Owszem, są to rzeczy must have i nie możesz ich pominąć przygotowując się na przyjście na świat maleństwa. Ale takich list pod hasłem wyprawka dla niemowlaka w internecie znajdziesz sporo. Wystarczy odpowiednia selekcja i wyprawka gotowa. Ja na przykład przed narodzinami Córeczki skorzystałam z tej oto listy podesłanej przez koleżankę:

Lista tradycyjnych rzeczy, które powinny znaleźć się w wyprawce dla noworodka i jego mamy.

Dziś, gdy mogę nazwać się już z dumą doświadczoną młodą mamą ;) chciałabym podpowiedzieć młodszym stażem rodzicom, o jakie przedmioty warto uzupełnić wyprawkę dla dziecka. Będzie Ci nieco łatwiej, bo ja musiałam je wykombinować sama. Z perspektywy dnia dzisiejszego myślę, że bez tych 7 rzeczy przetrwanie pierwszych miesięcy opieki nad Córeczką byłyby znacznie trudniejsze.

Tradycyjne listy tego typu skupiają się na higienie i zdrowiu niemowlaka, ubiorze, pojawia się na nich też szereg niezbędnych, choć oczywistych przedmiotów typu wózek, fotelik samochodowy czy łóżeczko. Gdy przygotowywałam się do narodzin Małej Muffinki miałam nawet wrażenie, że często tworzone są z automatu. Bardzo pomocne, a jednak brakuje w nich pewnego małego szczegółu... Chodzi po prostu o fakt, że oprócz wykonywania szeregu czynności, które będą składały się na rutynową opiekę nad Twoim dzieckiem, będziesz jeszcze potrzebować prostych wynalazków, które sprawią, że opieka ta stanie się łatwiejsza i bardziej przyjemna dla Ciebie i dla Dziecka. Z korzyścią dla dwojga!

Oto lista 7 "czasoumilaczy" i "opiekoułatwiaczy", które w ciągu pierwszych kilku miesięcy życia mojej Córeczki przydały mi się niesamowicie, a których nie znalazłam wcześniej na żadnej innej liście z wyprawką dla noworodka.

1. Wielokolorowa żarówka na... pilota

To takie istnieją? O tak! W moim domu znalazła się zupełnie przez przypadek w okolicach narodzin dziecka i na długie miesiące stała się naszym najlepszym przyjacielem :) Niezastąpiona nocą, gdy nawet nie chciałam słyszeć o zgaszeniu światła w naszej sypialni. Pewnie też będziesz mieć taką potrzebę, by swojego dziecka nie spuścić z oka ani na moment. Ja na moją śpiącą Córeczkę mogłam patrzeć godzinami, nawet nocą. Ale też bałam się, by nie przydusiła się kocykiem, nie odwróciła w beciku główką do materacyka itp., itd. Takich scenariuszy w głowie młodej mamy rodzi się tysiące. Nie ma więc sensu zasypiać w ciągłym niepokoju, albo bez ustanku wstawać, by zapalić światło i zerknąć na dziecko. Pilot do lampki, która stoi nieco w oddali (i dzięki temu nie bije swoim blaskiem po oczach ani Tobie ani dziecku), to świetna sprawa! Tylko po co kupować nową lampkę, albo szukać jakiejś specjalnej z pilotem? Wystarczy kolorowa, ledowa żarówka z odpowiednim gwintem i po sprawie :) Gdy już nie będziesz jej potrzebowała, wymienisz sobie ją na zwykłą i lampka kupiona kiedyś do sypialni odzyska swoje dawne funkcje. Ale bezprzewodowe włączanie to nie jedyna zaleta takiego urządzenia. Bardzo przydaje się też funkcja rozjaśniania i ściemniania światła oraz zmiany koloru. Po pierwsze w sypialni nie jest już tak nudno, choć przy niemowlaku na brak atrakcji nawet nocą raczej narzekać nie będziesz. Funkcja ta przydaje się, gdy chcesz zasnąć i nie wyłączać światła. Zmieniasz kolor na ciemniejszy, dodatkowo możesz też zmniejszyć jego intensywność. Gdy dziecko się wybudza, przychodzi czas karmienia lub zmiany pieluchy włączasz kolor biały/żółty (w zależności od preferencji), rozjaśniasz na maksa i gotowe. Nie musisz zapalać górnego światła i rozbudzać przy tym siebie i dziecko. Ja przy tej ekonomicznej żaróweczce (LEDy nie zużywają tak dużo energii jak tradycyjne żarówki) spałam przez długie 5 miesięcy. Teraz włączam ją w innym celu - dla zabawy! Córeczka bardzo lubi obserwować zmiany kolorów a pilot ma taką fajną funkcję, że robi to automatycznie.

Jeśli nie masz pomysłu, gdzie dostać taką żarówkę, możesz skorzystać z mojej podpowiedzi. Mąż dostał ją w jednym z popularnych dyskontów, ale to była raczej tylko oferta czasowa. Nie ma więc sensu, żebyś przygotowując się na przyjście na świat maluszka traciła czas i biegała od sklepu do sklepu. Polecam mój sprawdzony sposób w takich sytuacjach - zerknij na oferty sprzedaży takich kolorowych żarówek led z pilotem na stronie jednej z popularniejszych porównywarek (tutaj). Cena, jak zauważysz jest wcale nie wygórowana w zamian za tyle funkcji i wygodę dla mamy i maluszka. Żarówkę z pilotem można bowiem dostać już za około 30 zł. Koniecznie zwróć uwagę na dobór odpowiedniego gwintu, pasującego do Twojej lampki (kinkietu lub żyrandola) w sypialni.

2. Czarno-biały obrazek

Sklepy dziecięce pełne są kolorowych i pięknych zabawek. Ale muszę Cię zmartwić, Twojego malca na starcie wcale nie będą one interesowały. Przynajmniej przez pierwsze miesiące dziecko woli oglądać kontrastowe obrazki, niż podziwiać pięknie uszyte misie. Grzechotek nie potrafi chwytać, dlatego trudno skupić na nich na dłużej uwagę nowo narodzonego maluszka. Ten pomysł, który chciałabym Ci zaproponować, podpowiedziała mi moja położna jeszcze zanim Mała Muffinka przyszła na świat. I sprawdził się znakomicie! Mało tego, dostarczył mi wiele radości. Gdy będziesz już miała swojego maluszka przy sobie zrozumiesz te słowa. Pewnie jak ja będziesz z niecierpliwością wyczekiwała na każdy jego ruch, czy gest - przejaw świadomego rozumienia świata. Nowo narodzone dziecko żyje bowiem troszkę w swoim świecie i dopiero z upływem czasu zaczyna kontrolować ruchy gałek ocznych, rączek czy wydawane dźwięki. Pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy ustawiłam "pierwszą czytankę", jak nazwałam ten przedmiot przed oczami kilkudniowej Córeczki. Przechyliła główkę na bok i wyraźnie zainteresowała się przedmiotem. Wpadłam w zachwyt, bo to był pierwszy raz, kiedy skupiła na czymś swój wzrok. Potem czytanka w formie zwykłej kartki papieru wydrukowanej na domowej drukarce przydawała mi się jeszcze wielokrotnie. Także w celach uspokajających, gdy dziecko stawało się już lekko niecierpliwe i marudne. Zaletą takiej "czytanki" jest też to, że zupełnie nie przejmujesz się, że może się zniszczyć. W końcu w każdej chwili możesz wydrukować następną. Mało tego! Możesz z łatwością taką książeczkę samodzielnie dla swojego dziecka napisać :) Wystarczy tylko troszkę "pogrzebać" np. w Wordzie z kształtami i gotowe.

Jeśli nie masz na to czasu, ochoty lub po prostu obawiasz się, że nie potrafisz mam dla Ciebie prezent. Taką pierwszą czytankę przygotowaną przeze mnie możesz pobrać stąd.

3. Zestaw kołysanek

Zanim urodziłam dziecko wydawało mi się, że na kołysanki przyjdzie czas dopiero później. Będę nucić Córeczce do snu, jak trochę podrośnie. Ale traf chciał, że na mojej nocnej szafeczce znalazła się pożyczona od koleżanki płyta z kołysankami jeszcze zanim stałam się mamą. Jaki to był świetny pomysł! Zaczęłam śpiewać je Córeczce zanim jeszcze się urodziła, a potem nuciłam praktycznie od pierwszych dni, gdy pojawiła się na świecie. Zdążyłam już kilku nauczyć się wcześniej na pamięć. I wiecie co? Nie żałuję! Na początku myślałam, że to może bez sensu. Przecież Córeczka i tak nic nie rozumie. A jednak. Jakie było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia po tym jak zaczęłam nucić pierwsze słowa kołysanki Mała Muffinka będąc na moich rękach spojrzała na mnie, uśmiechnęła się od ucha do ucha, pomachała swoją rączką wokół moich ust a potem słodko zasnęła. Chwilo trwaj wiecznie :) Teraz śpiewam jej codziennie. 

Oto kilka moich ulubionych kołysanek:

- Od tej zaczynałyśmy, taki połogowy wyciskacz łez, piękne słowa o pierwszym kochaniu w rytmie stukającego matczynego serducha (kołysanka: "Mamo żywa kołysko")
- Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga - taka króciutka historia o oszukanym Wojtusiu, to właśnie tę kołysankę Mała Muffinka polubiła tak bardzo, że uspokaja się i uśmiecha na dźwięk pierwszych słów ("Bajka iskierki" w wersji wykonywanej przez Grzegorza Turnaua i Magdę Umer)
- O Dorotce. To kołysanka, którą zainspirował mnie mąż, gdy byłam jeszcze w ciąży i graliśmy ją Małej Muffince do brzuszka (Kołysanka Dorotka)
- I moje najnowsze odkrycie - kołysanka do Słoneczka (Zachodźże Słoneczko)

I jeszcze mała rada. Na początku usypianie niemowlaka może trwać bardzo długo, dlatego dobrze jest mieć kołysanki zgrane na przykład na płycie. Muzyka z nośnika będzie wspierać rodzica, gdy zaschnie mu w gardle ;) i można zostawić ją grającą w tle, gdy maluszek już słodko śpi.

Oto kilka takich zestawów, które mogę polecić:

Kołysanki usypianki - płyta z tradycyjnymi kołysankami na pokładzie
Tata śpiewa kołysanki - bo niby dlaczego tata nie może zaśpiewać na dobranoc?
Mini mini kołysanki - dla tych, którzy lubią śpiewać wspólnie z gwiazdami

4. Piłka fitness

Na tym sprytnym i jakże prostym w obsłudze urządzeniu do ćwiczeń spędzałam podczas pierwszych czterech miesięcy dzień w dzień po kilka godzin. Pomyślisz może, że stałam się namiętną fanką Ewy Chodakowskiej, czy też Ani Lewandowskiej? Nie, nie wynikało to z mojej chęci zrzucenia zebranych po ciąży kilogramów. Był to raczej ratunek dla mojego kręgosłupa i jednocześnie bardzo skuteczny uspokajacz dla Córeczki. O odkrytej przeze mnie metodzie uspokajania płaczliwego niemowlęcia pisałam już tutaj (Przeczytaj koniecznie, bo może i dla Ciebie będzie ona jak zbawienie w najtrudniejszych chwilach!) Piłka była doskonałym narzędziem, dzięki któremu udało się odtworzyć efekt bujania z matczynego brzuszka. Nie musiałam dźwigać godzinami Małej Muffinki na rękach i nadwyrężać i tak doświadczonego po ciąży kręgosłupa. Może pomyślisz, że nie warto wykorzystywać piłki, bo dziecko się przyzwyczai? Moim zdaniem nie trzeba się tego obawiać. Ja na prawdę często wykorzystywałam piłkę a dziś, gdy Córeczka ma już ponad pół roku potrafię ją uspokoić i usypiać bez tego. Chociaż mimo wszystko chętnie siadam z nią na piłce, zwłaszcza w nocy, gdy nie może spać (choć na szczęście zdarza się to już tylko okazjonalnie). Blisko 8-kilowy maluszek, gdy jestem zaspana, wydaje się ważyć co najmniej 10 kilogramów więcej! Nie wyobrażam sobie opieki nad Córeczką bez tego prostego urządzenia fitness.

Polecam zakup piłki z pompką. Jeśli będziesz ją eksploatować tak jak ja swoją, na pewno Ci się przyda możliwość szybkiego uzupełnienia powietrza ;) Tu znalazłam dla Ciebie kilka ciekawych ofert odnośnie piłki fitness.

5. Kwadratowy cienki kocyk/pieluszka

Wiem, że i kocyki i pieluszki znajdują się zawsze na liście z wyprawką dla niemowlaka. Ale rzadko się zdarza, by ich autorzy zwracali uwagę na kształt tych przedmiotów. A zapewniam Cię, że ma on niemałe znaczenie! Na pewno każdy kocyk, czy pieluszka Ci się przyda. Bez dwóch zdań. Ale aby zapewnić malutkiemu dziecku poczucie maksymalnego bezpieczeństwa i jak to było w moim przypadku, zagwarantować spokojny sen oraz szybko i sprawnie utulić w płaczu (Tu jeszcze raz odeślę Cię do wpisu pt. "Nie popełnij mojego błędu tuląc swojego maluszka!"), niezbędny jest właśnie cienki (nie śliski!) kocyk lub pieluszka w kształcie możliwie maksymalnie zbliżonym do kwadratu. Zapewniam Cię, że tradycyjny becik, który też często pojawia się w wyprawce dla niemowlaka, nie spełni tego zadania. Owszem, też go używałam, bo wygodnie jest trzymać w nim dziecko. Natomiast w sytuacjach najbardziej kryzysowych sięgałam zawsze po mój ulubiony pomarańczowy kocyk. Bo tylko on umożliwiał wystarczająco ciasne spowijanie maleństwa. Z każdego innego (prostokątnego, czy grubszego) Córeczka potrafiła wygrzebać się w kilka minut i zaczynała płakać na nowo. Wiem, że to rozwiązanie sprawdza się też doskonale przy kolkowych problemach niemowlaków. Jeśli masz wątpliwości, śmiało zapytaj swoją położną. Każda z nich, jeśli tylko ma wystarczające doświadczenie korzystała z powodzeniem z tego rozwiązania. To, czy powinnaś kupić kocyk czy raczej pieluszkę uzależnione jest od pory roku, w której przyjdzie na świat Twoje maleństwo.

Duży wybór ślicznych muślinowych pieluszek i kocyków o wymiarach 90 x 90 cm i 120 x 120 cm (te większe starczą też dla ciut większego dziecka) znajdziesz na przykład tutaj.

6. Smoczek, który świeci w ciemności

Zanim nie zaszłam w ciążę, nie wiedziałam że takie istnieją. Chodzi o smoczki fluorescencyjne. Pod wpływem naświetlenia (światłem dziennym lub zwykłą żarówką) świeci albo smoczkowy "guziczek" albo uchwyt smoczka. Na prawdę fajna rzecz dla mamy, która karmi nocą. Świecąca funkcja mojego smoczka uratowała mnie już dziesiątki razy od konieczności ponownego usypiania malucha. Z nocnymi karmieniami w moim wypadku wygląda mniej więcej tak, że Mała Muffinka wybudza się w środku nocy 2-3 razy, po tym jak w trakcie snu wypuści z buzi smoczek. Zaczyna czuć wtedy głód i wierci się szukając piersi. Gdybym pozwoliła jej tak "rozwiercić" się na dobre rozbudziłaby się otwierając oczy. A wtedy po karmieniu czekało by mnie minimum 15-20 minut lulania, żeby zasnęła na nowo. Działam więc bardzo szybko. Chwytam dziecko i smoczek, który świecąc sygnalizuje mi swoje położenie. A światło w sypialni jest słabe i gdyby nie jego fluorescencyjność na prawdę trudno by mi go było odnaleźć, bo jestem wtedy baaaaaardzo zaspana. Po karmieniu mam dzięki temu smoczek w gotowości i wkładam go w celach uspokajających i usypiających do budzi od razu Córeczce. Inaczej znów mogłoby mieć miejsce nagłe rozbudzenie (Mała Muffinka jest niestety przy karmieniu, czasem też i po jego zakończeniu bardzo nerwowa - pisałam o tym we wpisie Moje cycostory cz. 1). Teraz, gdy Córeczka ma ponad pół roku dostrzegłam też inną zaletę smoczka. Zaczęłam bowiem stopniowo gasić światło w sypialni, ale wciąż mam kontrolę nad tym co moje dziecko wyrabia w łóżeczku. Czy nie śpi przypadkiem buzią do poduszki, czy odwróciła się w tą czy tamtą stronę. Wszystko oczywiście dzięki świecącemu smoczkowi, który trzyma w ustach ;)

Fajny wybór smoczków świecących nocą znajdziesz na przykład tutaj.

7. Rolety okienne typu "dzień noc"

Ten ostatni punkt na mojej liście to inwestycja obarczona lekkim ryzykiem. Ale ostatecznie ileż można poświęcić w zamian za kilka chwil błogiego snu - Twojego i maluszka! A jeśli byłaby szansa, że powtarzałby się one codziennie, to można rzec, że wygraliśmy los na loterii. Nie wiem, czy każdemu pomogą, stąd to ryzyko. Nie wiem też, na ile faktycznie miały wpływ w przypadku usypiania mojego maluszka. Ale faktem jest, że od pierwszych dni, gdy w domu pojawiła się Mała Muffinka spuszczałam je przy wieczornym usypianiu. Na początku trwało to nawet do godziny, teraz Córeczka zasypia w moment. I zapada w głęboki sen, znacznie głębszy niż te przy drzemkach w ciągu dnia. Wiadomo, fizjologia. Wydaje mi się jednak, że spuszczanie rolet bardzo przyspieszyło naukę wieczornego zasypiania. Pomaga też często o poranku, gdy udaje się nieco "oszukać" ;) dziecko co do pory dnia. Oboje z mężem nie lubimy pobudek o 5.30... więc gdy się zdarzają, to korzystam z faktu, że dziecina dzięki zasłoniętym roletom nie do końca wie, że już wstał dzień. Zazwyczaj jeszcze udaje się nam po krótkiej chwili usypiania skraść około godzinki drzemki. Dlatego za nic w świecie nie dałabym ściągnąć z okna naszych rolet :) Czasem wykorzystuję je również do drzemek w ciągu dnia, gdy dziecko jest wyjątkowo "nakręcone", a wiem, że sen przydałby się mu jak zbawienie. Przyciemnione światło w pokoju pomaga mi Córeczkę wyciszyć.

Polecam oczywiście, by rolety były jak najciemniejsze. Najlepsze wydają się takie zewnętrzne, bo one są w stanie całkowicie zablokować dopływ światła. Ale to spory wydatek, poza tym nie każdy może sobie take zamontować ze względu na elewację budynku. Myślę jednak, że rolety typu: dzień noc czarne - sprawdzą się znakomicie.

A może Ty też masz kilka oryginalnych pomysłów na uzupełnienie wyprawki dla maluszka? Śmiało podziel się nimi w komentarzach! Zapraszam.

Podobał Ci się artykuł? Daj mi o tym znać klikając w "Polub tę stronę" poniżej. Na prawdę bardzo się z tego ucieszę!

6 komentarze: