Manifest matki dziwaczki


Zdziwaczałam... Tak właśnie odbiera mnie świat i ja siebie samą odkąd Mała Muffinka pojawiła się na tym świecie. Właśnie zdałam sobie z tego sprawę, gdy dotarł do mnie prawdziwy powód, dla którego nie chcę na razie wracać do "starego" życia. Pewną ręką podpisałam się pod rocznym wnioskiem urlopowym i nie zawahałam się ani na moment. Tyle że dotąd tłumaczyłam się na różne sposoby. A bo hormony, a bo zmęczenie i niewyspanie, a bo karmienie piersią i wiele, wiele innych... Nie spodziewano się tego po mnie. Gdy wniosek stał się faktem odkryłam, że w oczach niektórych miałam być mamą tylko na krótki moment. Gdy córeczka okrzepnie na tym świecie, to po dwóch, trzech, może (przy dużej już tolerancji) czterech miesiącach miałam wrócić w stare tryby. W końcu zanim zaszłam w ciążę byłam nieźle nakręconym elementem tego świata, który szedł jak burza sprawnie realizując obowiązki w domu i w pracy. Owszem, byłam z tego powodu szczęśliwa. Był to bardzo ważny element mojego dotychczasowego życia. Perfekcyjna pani domu i niezawodny pracownik. A tu proszę, taki wniosek wyszedł spod mojej ręki. Chcę "siedzieć w domu" przez cały rok! I jeszcze zadeklarowałam, że kurze, niewyprane firany, niewymyte okna i inne tego typu dyrdymały chwilowo mnie tak bardzo nie będą zajmowały. Chyba postradałam zmysły. Nie poznaję sama siebie, nie mówiąc już o zaskoczeniu, jakie wywołałam wokół siebie. Do tej pory bałam się przyznać, jaki jest prawdziwy powód tej mojej zaplanowanej na cały rok "bezczynności". Wyłączam się czasowo nie dlatego, że muszę, ale dlatego że chcę. Robię to nie tylko, bo potrzebuje tego moja Córeczka, ale ja też mam wyjątkowo silną potrzebę bycia chwilowo matką na cały etat. I nie interesuje mnie, jak nigdy dotąd, jak to wygląda w oczach innych.

Chcę nosić, tulić, głaskać, całować, gugać i patrzeć całymi godzinami. Wbrew radom, zaleceniom - "bo przyzwyczaisz", "bo potem nie będziesz mogła zostawić w domu", "bo się zasiedzisz i zanudzisz na śmierć". Zaryzykuję. Jakoś trudno mnie dziś przekonać do tego, że kiedyś będę żałować. I... że będę przez ten czas umierać z nudów.

Już taka jestem, że nie umiem ważnych zadań wykonywać połowicznie. Angażuję się całą sobą i dlatego wychodzi mi w życiu wiele rzeczy. Nie dziwi więc, że gdy los postawił mnie w roli matki postępuję dokładnie tak samo. Niedawno koleżanka przypomniała mi moje słowa, które wypowiedziałam jeszcze będąc w ciąży. To co, jak przyznała, dla niej było lekkim zbzikowaniem, dla mnie należało do stwierdzeń tak naturalnych, że dawno wymazałam je z mojej pamięci. Powiedziałam wtedy (a było to w końcówce ciąży), że muszę przystopować i zaszyć się w domowym zaciszu, bo czuję że za mało czasu poświęcam mojemu nienarodzonemu jeszcze dziecku. Tak właśnie wtedy czułam. Bo kto miał o nim myśleć, jeśli nie ja! Kto miał ją kochać, jeśli ja przytłoczona codziennymi obowiązkami zapominałam, że noszę w sobie ten Cud. Teraz, gdy już się urodziła też potrzebuje mojej miłości. Chociaż ma wokół siebie także kilka innych osób, które się o nią zatroszczą, gdybym chwilowo nie była obecna. Ale wtedy, w ciąży czułam właśnie, że to małe Istnienie nie zasługuje na to, by pojawiać się w moich myślach tylko w charakterze ciążącego z każdym dniem coraz bardziej brzucha. Gdy byłam w ciąży chciałam jej dać w pewnym momencie sto procent swojej uwagi. Nie inaczej jest teraz, tyle że robię to poniekąd z dwóch powodów. Dla Niej i dla siebie, bo teraz gdy już jest na świecie oddaje mi dokładnie tyle samo, co ja jestem w stanie jej dać. To jak się rozwija i jakie są między nami relacje to moje lustrzane odbicie jako matki.

Wiem, że są różne pomysły na macierzyństwo a w zasadzie na jego początek, bo o tym traktuje ten wpis. Nie każda świeżo upieczona matka będzie dobrze czuła się w takiej roli, którą ja dla siebie wybrałam. Ale manifestując swoje "dziwactwo" chciałabym po prostu zaznaczyć, że taki wybór jest możliwy i dodać odwagi tym z Was, które się wahają. Najważniejsze, by być w zgodzie z samą sobą. Czerpać z macierzyństwa to, co naszym zdaniem pomoże nam wzbogacić naszą osobowość. Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko i tym mottem warto się kierować od pierwszych dni życia dziecka. Też tak myślicie? Zachęcam Was do pozostawienia w komentarzach swojego "małego" manifestu drogie mamy. 

Fot. Źródło Flickr

Podwójnie czekoladowe muffinki


Ten przepis uratował mnie już w dziesiątkach sytuacji, kiedy potrzebowałam pewnego, pysznego wypieku. Takiego "na szybko", bez ryzyka, że gdy wyjmę z piekarnika to wyjdzie coś w rodzaju ciastoliny i w dodatku wykonanego z produktów, po które - na wypadek niespodziewanych gości - nie trzeba biec do sklepu z prędkością równą prędkości światła. Ale tak na prawdę, to doceniłam go dopiero po urodzeniu Córeczki. Gdy skończyła pierwszy miesiąc, nieśmiało zaczęli do nas zaglądać pierwsi goście. Ciocie i wujkowie. Pierwsi ciekawi, jak ta nasza Kruszynka wygląda i czy jest bardziej podobna do Mamy czy Taty. To bardzo miłe spotkać się z taką ilością ciepłych słów i spojrzeń. I chociaż w nowych okolicznościach nikt ode mnie tego nie wymagał, to ja przyzwyczaiłam się już, że w moim domu Gość zawsze dostaje chociaż drobny poczęstunek. Trudno mi było odpuścić, nawet, gdy na moich rękach praktycznie cały dzień spoczywał Maluszek. Musiałam jednak myśleć, by przygotować coś szybko i sprawnie, tak by wyrobić się mniej więcej w ramach jednej z krótkich, bo 15-minutowych drzemek maluszka. I tu znów mój flagowy przepis na muffinki przyszedł z pomocą.

Dlatego nieprzypadkowo to właśnie tą recepturą na małe muffinkowe co nieco chciałam podzielić się z Wami w pierwszej kolejności na moim blogu. To przepis, dzięki któremu narodziła się moja miłość do muffinek. 

Znaleziony swego czasu w Internecie i udoskonalony przeze mnie w prosty sposób, tak że aż miło mi się patrzy na zadowolone miny konsumujących go Gości, zaskoczonych miłą niespodzianką kryjącą się w środku.



To właśnie czekolada ze słoika, którą sowicie wypełniam każdego muffinka gwarantuje kulinarny sukces tego prostego wypieku. Po pierwsze sprawia, że muffinek wręcz rozpływa się w ustach, jest głęboko nawilżony i lekko uzależnia ;) Cóż... jedna sztuka, to dla czekoladowych łasuchów zdecydowanie za mało! Pieczenie tego podwójnie czekoladowego cudeńka zajmuje nie więcej jak pół godziny. Do tego przepis jest tak prosty, że niezbędne do niego składniki zazwyczaj są w naszych domach. Może za wyjątkiem tej słoikowej czekolady, ale zapewniam - jeśli raz upieczecie te muffinki to zapasy takiej czekolady znajdą się już na stałe w Waszej kuchni. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie ochota na to małe muffinkowe co nieco.

Składniki mokre:

- 1 jajko
- pół szklanki oleju
- 1 szklanka mleka

Składniki suche:

- pół szklanki cukru
- 2 szklanki mąki
- 3 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 łyżki kakao

oraz 3/4 słoika czekolady (+/- 300g)

Muffinki piekę w silikonowych foremkach (15 sztuk). Jak się przekonałam, także to, do czego wrzucimy nasze ciasto ma znaczenie. Silikon w wypadku tego przepisu sprawdził się najlepiej, pozwalając zachować "soczystą" konsystencję ciasta. Muffinki z tego przepisu pieczone w specjalnej blaszce wychodzą bardziej suche, kruche a nawet lekko się rozpadają. Natomiast próba mojej mamy pieczenia wyłącznie w papierowych foremkach skończyła się katastrofą. Papier rozszedł się pod wpływem ciężaru ciasta, wyszły nieforemne i za mocno przypieczone.

Wykonanie jest bardzo proste, nie potrzebujemy nawet miksera. Najpierw oddzielnie mieszam składniki suche i mokre. Mokre najczęściej ubijam zwykłą trzepaczką, żeby nadać im puszystości. Następnie powoli dosypuję składniki suche do mokrych, mieszam łyżką i ciasto gotowe!

Po rozłożeniu silikonowych foremek na blaszce piekarnika najpierw wypełniam je tak, żeby lekko zakryć dno. Czyli do każdej wkładam tylko małą porcję (łyżeczkę) ciasta. Następnie dokładam czekoladę ze słoika. Do każdej foremki wkładam czubatą (!) łyżeczkę tego uzależniającego (a jakże) kremu. Przy okazji, muszę przyznać, że kilka porcji ląduje w mojej buzi... No cóż, taki przywilej kucharki :) Następnie wypełniam foremki resztą ciasta, starając się rozłożyć je proporcjonalnie w każdej z nich. Im więcej ciasta zostawimy na wierzch, a mniej damy na spód, tym jest szansa, że muffinki ładniej nam wyrosną.

Muffinki piekę zawsze w 200 stopniach C, nie wykorzystując termoobiegu. Piekę 15 min. (wkładając do już rozgrzanego piekarnika), a następnie sprawdzam, czy są gotowe do wyjęcia wkładając w nie wykałaczkę. Zazwyczaj przedłużam pieczenie jeszcze do 2 minut, aby wierzch nabrał lekkiej chrupkości. I gotowe!

Nie muszę chyba dodawać, że najsmaczniejsze są lekko ciepłe. Tata Muffin dba o to, by kilka z nich od razu znikło ze świeżo wyjętej z piekarnika blachy :)

Smacznego! Dajcie proszę znać, czy Wam smakowało :)



Odlotowe misie, czyli pierwszy ręcznie wykonany prezent od Mamy


Mała Muffinka spadła nam z Nieba. Ile razy patrzę na nią, zwłaszcza smacznie śpiącą obok mnie w łóżeczku przychodzi mi na myśl, że jest w tym Dziecku pierwiastek tego, co nieziemskie. Taki mały Cud, który przyszedł na świat, bo bardzo pragnęli tego Rodzice. A skoro tak, to i jego przyjęcie na świecie musiało być koniecznie opatrzone odpowiednim przygotowaniem.

Bardzo chciałam dać mojej Córce prezent, taki od serca, niepowtarzalny, oryginalny. Własnoręcznie wykonana dekoracja pokoju wydała się najbardziej trafionym pomysłem. Dla niebiańskiego dziecka prezent też musiał nawiązywać do bujania w przestworzach. I tak właśnie powstały żyrandole - misie w balonie.

Te latające balony były moim ciążowym wyzwaniem. Zaczęłam przygotowywać je około 6. miesiąca ciąży i powiedzmy sobie szczerze... ledwo zdążyłam przed narodzinami. A w zasadzie zaliczyłam mały poślizg, bo papierowa kula z misiem nr 2 zawisła na suficie już, gdy córeczka smacznie spała sobie w swoim łóżeczku. Skąd pomysł na taką dekorację w pokoiku? Nie jest to moja własna inspiracja, bo w Internecie i sklepach z oświetleniem można natknąć się na podobne "misiowe żyrandole". Natomiast całe know-how wykonania tych balonów z misiem, które zawisły w pokoju mojej córeczki, jest już jak najbardziej mojego autorstwa. Właśnie tą wiedzą chciałam się dziś z Wami podzielić, ponieważ ten długi czas realizacji w moim przypadku był spowodowany właśnie między innymi koniecznością "opatentowania" metody wykonania dekoracji. Jeśli dzięki moim własnym doświadczeniom ktoś może mieć łatwiej, to czemu nie. Polecam się na przyszłość;) Uprzedzę jednak na początek, że w przypadku tych latających balonów i mojej instrukcji, jest to zadanie dla osób cierpliwych i lubiących choć trochę operacje za pomocą igły i nici. Choć bez obaw - maszyna do szycia nie będzie konieczna.

Wszystkie produkty niezbędne do wykonania żyrandoli z misiami kupiłam przez Internet. Oprócz głównych bohaterów - w moim wydaniu misiów "Puchatków". Te dostałam od przyszłej Babci, która kupiła je po okazyjnej cenie w sklepie typu second hand. Miałam na prawdę niezłego farta, bo do wykonania lampy - balona z misiem potrzebowałam wyjątkowo małych misiów, które zmieściłyby się w mini koszyczkach, a do tego najlepiej z tej samej serii. Puchatki z ciucholadnu okazały się być w sam raz. Ale jeśliby Wam taki fart zakupowy nie dopisał, zawsze można zamówić misie z Internetu. Warto by były na prawdę nie za duże. Moje mają ok. 20 cm wysokości. Główny filar dekoracji, czyli balony to najprostsze kule papierowe typu "z IKEI". Chociaż ja akurat kupiłam je na Allegro. Mają 40 cm średnicy. Jest to wymiar kluczowy, ponieważ do wielkości tego klosza należy moim zdaniem dobrać proporcjonalnie wielkość pozostałych elementów dekoracji. Do tego jeszcze dekoracyjny sznurek (mój miał aż 50 m, ale oczywiście został mi jeszcze duuuuży zapas), dwa małe koszyczki (wymiary: wysokość koszyczka - 7 cm. + 10 cm pałąk, średnica denka - 7 cm, średnica górna - 11 cm), materiał (minimum to 50 x 140 cm) i kawałek najlepiej wąskiej, ozdobnej tasiemki - wstążki.

A zatem po kolei. Oto krótka, choć szczegółowa instrukcja, jak wykonać tytułowe "odlotowe misie". Oczywiście możecie przygotować elementy dekoracji w innej kolejności, ważne by efekt finalny był ten sam :) Ja zaczęłam od pracy, która zapowiadała się być najbardziej żmudną, bo zawsze wychodzę z założenia, że jeśli taki wysiłek mnie nie zniechęci to dalej już będzie tylko z górki i w efekcie mam pewność, że ukończę moje zadanie mimo pojawiających się trudności.

Jak zrobić lampę balon z misiem?

Krok nr 1: Szyjemy ozdobne kokardki. Mój żyrandol ma aż 8 sztuk, ponieważ chciałam, żeby dekoracja była bogato zdobiona. Trzeba mieć na uwadze, że żyrandol oglądamy zawsze tylko pod pewnym kątem, w zależności od wymiarów pokoju oczywiście. W moim wypadku jestem absolutnie zadowolona z efektu. Taka liczba kokardek okazała się w sam raz, żeby dekoracja prezentowała się w pełnej krasie z każdego miejsca w pokoju. Do wykonania pojedynczej kokardki (9 x 5 cm) potrzebujemy 8 kawałków materiału (do wielkości kokardki należy dodać +/- 1 cm tzw. "zakładki" materiału na obszycie. Lepiej więcej niż mniej, bo materiał po obszyciu można zawsze przyciąć. Ja za każdym razem tak właśnie robiłam). Składamy je na pół, a następnie obszywamy dookoła na lewej stronie, zostawiając tylko mały otwór ok 2 cm. Na koniec wywijamy całość na stronę prawą. Otrzymujemy prostokątny "woreczek". Zaszywamy do końca materiał w miejscu, które pozostawiliśmy dotąd niezszyte w celu "wywinięcia", starając się zrobić to jak najbardziej estetycznie. Teraz pozostaje już tylko uformować kokardkę, dodając do niej dla ozdoby kawałek tasiemkowej wstążki. Za każdym razem robiłam to w podobny sposób. Układałam wstążkę przyciętą odpowiednio do wymiarów kokardki na prostokącie, następnie łapałam oba materiały po środku tworząc 3 fałdki i formując w ten sposób kokardę. Całość trzeba odpowiednio obszyć (technika wykonania dowolna, ważne, żeby się trzymało) i na końcu uformować odpowiednio palcami ramiona kokardki, tak żeby nie były spłaszczone. Ja dodawałam jeszcze pośrodku dodatkowy pasek z kokardki, żeby zamaskować zszycie wykonane na środku kokardki.



Krok nr 2: Przygotowujemy woreczki. Liczba i wielkość woreczków zależy od wielkości koszyka. Moim zdaniem powinny być nie za duże, tak żeby nie wystawały poza krawędzie koszyka i nie przytłoczyły całej dekoracji. W moim przypadku wystarczyły 4 woreczki. Są mikroskopijnej wielkości, dlatego ich szycie poszło szybko i sprawnie. Na początek przygotowałam 4 kawałki materiału o wymiarach 15 cm x 5 cm + ok. 1 cm zakładki na obszycie z każdej strony po bokach woreczka. Złożyłam materiał na pół, zszyłam z dwóch stron, od góry tworząc zakładkę, dzięki której woreczek po wywinięciu będzie wyglądał estetyczniej. Gotowy, już na prawej stronie wypychałam ścinkami materiału i związywałam tą samą koronką, którą wykorzystałam do przygotowania kokardek. 



Teraz najgorszą pracę mamy już za sobą. Pozostaje już tylko sfinalizować pracę, zaczepiając kolejno elementy dekoracji.

Krok nr 3: Zahaczamy sznurki o górną część balona. Przyjęłam zasadę, że wszystkie techniki są tu dozwolone, ważne tylko, żeby się solidnie trzymało :) Najpewniejszą metodą wydało mi się przyszycie sznurka do papierowego balona. Ma on na szczęście poziomo ułożone druciki, do których śmiało można przyszyć sznurek, zawiązując najpierw na jego końcu supełek. Trzeba zrobić to solidnie, bo na tym sznurku trzymać się potem będzie cała dekoracja. Podobnie jak kokardek, tak i sznurków zahaczyłam aż 8.



Krok nr 4: W połowie klosza zaczepiłam kolejne sznurki, tym razem wiszące poziomo. Przygotowałam w tym celu 8 sztuk krótszych sznureczków. Zaczepiałam je, przywiązując kolejno oba końce do sąsiednio zwisających sznurków zawieszonych w pionie. Fajnie, żeby tak przywiązane poprzeczne sznureczki tworzyły łódeczkę, a więc nie mogą być za bardzo naciągnięte. Cała dekoracja będzie wyglądała dzięki temu bardziej estetycznie.



Krok nr 5: Teraz czas na przyszycie wcześniej wykonanych kokardek. To najprzyjemniejszy punkt programu, bo w miarę ich przyszywania widać, jak dekoracja pięknieje w oczach. Efekt finalny jak dla mnie był bardzo zadowalający :)



Krok nr 6: Na koniec pozostaje zaczepić woreczki do koszyków (także zrobiłam to za pomocą igły i nici), włożenie do środka misia i przywiązanie koszyka do klosza. Najlepiej klosz zawiesić najpierw np. pomiędzy dwoma krzesłami, w zasięgu wzroku i rąk. Łatwo będzie wtedy dobrze wyważyć koszyk (trzeba to koniecznie robić z już siedzącym w środku misiem, inaczej po jego włożeniu może się okazać, że koszyk pod wpływem ciężaru maskotki przechyla się nadmiernie na jedną ze stron). Przywiązując koszyk warto zostawić "zapas" sznurka i nie obcinać go od razu przy wiązaniach. Gdy  klosz zawiśnie przy suficie, będzie możliwość dokonania ostatecznej korekty, na wypadek gdyby okazało się, że koszyk nie wisi jednak idealnie równolegle do podłogi.



Teraz pozostaje cieszyć się nowo wykonaną dekoracją. Zapewniam, że satysfakcja, z racji tego, że została wykonana własnoręcznie jest nieoceniona :) Ja zrobiłam aż 2 sztuki tego żyrandola, bo dokładnie tyle żarówek zwisało z sufitu w pokoju mojej Córeczki.

Żeby ułatwić Wam wykonanie balonów, podaję linki do sklepów, w których zamówiłam kolejne elementy dekoracji. 

Sznurek (sprzedawca Allegro -dmlisztwan)
Koszyki (sprzedawca Allegro - ferrari18)
Materiał (sklep internetowy - Pasmasz.pl)
Klosz-lampion (sprzedawca Allegro - PROFI_ID_pl)

Pozostałe elementy (wstążka oraz misie) udało mi się wygrzebać z domowych zapasów lub kupić w okolicznych sklepach. Mam nadzieję, że też w tej sprawie dopisze Wam szczęście. Jeśli nie, Internet na pewno przyjdzie z pomocą ;)

Powodzenia!


z

Mamy narodziny!


Moje Dziecko uczy mnie jak być Mamą. To na prawdę niesamowite doświadczenie. Wszelkie obawy o to, jak poradzę sobie w nowej roli zeszły na drugi plan. Teraz wiem, że sobie poradzę na pewno. Muszę tylko wsłuchać się w to, co chce mi przekazać Moja Muffinka.

Przyszła na świat kilka chwil temu. Bo jak inaczej można nazwać te 14 dni, które sobie liczy. Cud narodzin. Kruszynka. Taka malutka i Moja. Jestem jej wdzięczna za wszystko. Za to, że przystawiona do piersi tuż po porodzie zaczęła ssać, choć jej Mama nie miała zielonego pojęcia jak nakarmić własne dziecko. Ona doskonale wiedziała i dała mi lekcję tej wyjątkowej sztuki. Potem były kolejne chwile, kiedy Muffinka spała cały dzień. Cicha jak myszka, budząca się tylko do jedzenia. Dała czas swojej Mamie, żeby ta oswoiła się z nową rolą. A ta spadła na nią i przytłoczyła na moment niesamowicie. Chociaż długo wyczekiwana, gorąco upragniona to jednak przyznaję, nie można się do niej przygotować. 

Mamą staje się znienacka i gwałtownie. W bólach porodowych, z krzykiem własnym i tym pierwszym wydanym przez Dziecko. Ale natura wie, co robi, bo w ten sposób stawia granicę pomiędzy dotychczasowym życiem, a nową rolą. Nieodwracalnie. 

Dlatego świeżo upieczona mama czuje się jak rzucona na głęboką wodę. Z dnia na dzień jednak pewniej, bo ma przecież wytrwałą nauczycielkę... Co w tej lekcji zaskoczyło mnie najbardziej? Poplątanie dnia z nocą. Szczere gratulacje od najbliższej przyjaciółki z dopiskiem "p.s. wyśpisz się za rok" chyba najlepiej oddają istotę problemu ;) Oczywiście, że byłam tego świadoma i na to gotowa. Ale jednak dostosowanie się do rytmu życia takiego maluszka wymaga zahartowania. Chwilowo nie czuję się panią swojego czasu, stąd lekkie zmieszanie i nieporadność w wypełnianiu najzwyklejszych obowiązków. Świat się zatrzymał. Dziecko zdominowało wszystko. Ale patrząc na Muffinkę nie potrafię odmówić jej na razie niczego. Stąd nawet, gdy śpi to otrzymuje od Mamy sto procent jej uwagi. Cała reszta może poczekać. Jeszcze chwilę drogi świecie!

Narodziła się Mamamuffin. Dziś ma dla Was w prezencie swoją ulubioną kołysankę. Te kilka minut muzyki mieści w sobie tyle emocji, które w tej chwili we mnie zamieszkały. Łezka kręci się w oku ;)




Jak zyskać 100 zł w gotówce płacąc kartą przy okazji rodzinnych zakupów?


Tak już się utarło w naszej rodzinie, że codzienne zakupy są domeną męskiej połowy. Udział Mamy Muffin w zaopatrywaniu domowej spiżarki najczęściej kończy się na przygotowaniu listy produktów, bez których dalsza egzystencja rodziny nie byłaby możliwa. Korzyści z tego faktu są liczne. Z zadowoloną i nie zmęczoną tachaniem siatek z zakupami Mamą na czele oczywiście. Ale nie można też pominąć zastrzyku gotówki, który dzięki zainteresowaniom Taty wpada co miesiąc w ten sposób do budżetu domowego. Tak, tak, wcale nie ma tu pomyłki. Posiadłem bowiem ciekawą umiejętność zarabiania przez wydawanie, o czym będę chciał od czasu do czasu podzielić się z Wami na tym blogu. Dziś jest ku temu pierwsza okazja. Ten wpis będzie o tym, jak zasilić budżet domowy kwotą 100 zł, przy okazji płacenia w sklepie kartą wydaną przez BZ WBK.

Od jakiegoś czasu jestem bacznym obserwatorem ofert, które serwują banki. Nigdy nie lubiłem przepłacać, a korzystając od czasu do czasu z promocji, które oferują banki na zakupach mogę wręcz zarabiać. 

Ta promocja jest już nieaktualna! Jeśli chcesz poznać dostępne w tej chwili sposoby zarabiania na bankach zajrzyj tutaj.

Wszystko dzięki temu, że na rynku bankowym jest duża konkurencja i każdy z banków walczy dziś o klienta. Niektóre z nich oferują wartościowe premie, czy nagrody w zamian za założenie konta i spełnienie kilku warunków. Przy okazji promocji, o której chcę wspomnieć dzisiaj, korzyści są nawet potrójne:

- 100 zł w kieszeni w zamian za otwarcie konta i 5 dowolnych płatności wykonanych otrzymaną kartą do konta (takich zrealizowanych przy okazji, w ramach codziennych zakupów)
- darmowe konto w banku (żadnych opłat za prowadzenie - i to lubię!)
- dodatkowe 4% na koncie osobistym dla oszczędności do 4 tys. zł (dobry powód, żeby zacząć oszczędzać, bo taki procent w dzisiejszych czasach to na prawdę dobry interes)
- zwolnienie z opłaty za kartę do konta (gwarantowane regulaminem promocji do 30.06.2017 r.)

Jest to więc propozycja zarówno dla tych, którzy szukają taniego konta osobistego, wysokiego oprocentowania, a także dodatkowego bonusu, czyli nagrody w kwocie 100 zł, którą zdobyć można łatwo i bez zobowiązań. No może poza jedną: konto trzeba utrzymać do 30 kwietnia 2016 r. bo wtedy zostanie wypłacona premia.Co zrobić by zarobić? Zasady są całkiem proste, można ująć je w kilku krokach, które trzeba wykonać w terminie od 20 stycznia 2016 roku do 16 lutego 2016 roku:

Krok nr 1: na stronie internetowej promocji zarejestrować się i założyć swój profil poprzez podanie adresu e-mail oraz imienia i nazwiska, 
Krok nr 2: potwierdzić rejestrację klikając w link umieszczony w wiadomości e-mail przesłanej na podany przy okazji rejestracji adres, 
Krok nr 3: po automatycznym przekierowaniu na stronę promocji w sposób podany w kroku poprzednim kliknąć aktywny link udostępniony na tej stronie (przekieruje on uczestnika na stronę serwisu partnera), 
Krok nr 4: wyrazić zgodę na zwolnienie banku z tajemnicy bankowej, w zakresie określonym w formularzu, 
Krok nr 5: wypełnić wniosek o Konto Godne Polecenia

Dalej pozostanie już wykazanie się odrobiną aktywności: 

Krok nr 6: do dnia 15 marca 2016 roku (włącznie) zawrzeć umowę o zamawiany produkt oraz wykonać 5 płatności bezgotówkowych kartą debetową lub mobilną wydaną do konta lub płatności BLIK. "Przez płatność rozumie się transakcje wykonane przez Uczestnika promocji w Internecie oraz w tradycyjnych punktach sprzedaży, zaksięgowane na otwartym Koncie. Transakcja bankomatowa i przelew z konta nie będą brane pod uwagę. Nie będą brane pod uwagę płatności anulowane"

I to wszystko. Podsumowując wyżej opisane kroki, jeżeli po założeniu we wskazany sposób konta w BZ WBK uda nam się wyrobić we wskazanym terminie i wykonać 5 transakcji kartą, premia będzie nasza! To 100 zł zdobyte w stosunkowo prosty i przyjemny sposób, bo większość czynności można wykonać kliknięciem myszy a zakupy i tak robimy na potrzeby nasze rodzinnej spiżarni codziennie. Mogą być to zakupy spożywcze, o takie pewnie najprościej, ale nie tylko. Organizator promocji nie ogranicza nas zapisami regulaminu w tym zakresie.

Najpóźniej do 11 kwietnia 2016 r. organizator roześle maile informujące o spełnieniu warunków promocji i prawie do nagrody. Wtedy do 20 kwietnia będzie czas na uzupełnienie danych w panelu promocji - podanie numeru konta, na które nastąpi wypłata. Premię 100 zł organizator promocji przeleje do końca kwietnia 2016 r. Do uczestników promocji będzie należeć decyzja co z kontem zrobić dalej - zamknąć bez konsekwencji i bez kosztów, albo utrzymywać dalej, bo warunki na jakich prowadzone jest to konto są bardzo dobre. W standardzie to:

- 0 zł za otwarcie konta
- 0 zł za prowadzenie konta
- 0 zł za przelewy zlecane w bankowości elektronicznej 
- 0 zł za wypłaty we wszystkich bankomatach w Polsce

Aby te wszystkie promocyjne warunki Cię obowiązywały, pamiętaj by Konto Godne Polecenia otworzyć z dostępem do bankowości internetowej, a także o tym, że:
"Uczestnik może skorzystać z promocji cenowej w zakresie Karty, jeżeli w Okresie trwania Promocji zawrze z Bankiem umowę o Kartę do Konta oraz:
a. nie złoży sprzeciwu wobec przetwarzania danych w celach marketingowych,
b. wyrazi zgodę na otrzymywanie informacji handlowej drogą elektroniczną"
Ja nie znajdę się już niestety w gronie szczęśliwców, którzy mają szansę na 100 zł w tej promocji (jest to bowiem opcja tylko dla nowych klientów, którzy nie mają umowy z bankiem od 15 sierpnia 2015 roku). Ja Konto Godne Polecenia w Banku Zachodnim WBK założyłem w poprzedniej bardzo podobnej promocji.  Od tego momentu minęły dwa miesiące, więc trudno o opinie w oparciu o długoletnie doświadczenie, ale póki co jestem z oferty banku bardzo zadowolony. Faktycznie nic za konto, ani kartę nie płacę, odsetki naliczają się na koniec miesiąca i zawsze jest to "trochę" dodatkowych zaskórniaków. Bank posiada też bardzo czytelny interfejs bankowości elektronicznej, a aplikacja mobilna pozwala płacić za parkingi. 

Zarejestruj się w promocji - zyskaj 100 zł i 4% dla oszczędności

Nasza Muffiniarnia



Uff zdążyłam... udało się. Może w ostatniej chwili, a może jeszcze mam troszkę czasu? Chociaż moje wypieki są zwykle bardziej zdyscyplinowane - wychodzą z pieca o czasie dokładnie przewidzianym w przepisie, to tym razem mamy wyjątek od tej reguły. Moja najsłodsza Muffinka ma trochę więcej luzu. A więc czekamy na nią cierpliwie. Ja, czyli Mama Muffin i jej Tatuś, którego musiałabym przedstawić jako Muffinożercę. Ale zaoszczędzę mu może tej ksywy i na potrzeby bloga przynajmniej na razie pozostanie Tatusiem :)

Ten wpis powstaje w ostatniej chwili, bo lada dzień, no może najpóźniej za dwa-trzy tygodnie na świecie będzie już nasza Córeczka. To dobry czas, by jeszcze przekazać uciekające myśli i uchwycić nastrój, który lada moment zniknie. Niepewność, oczekiwanie, olbrzymia radość, która przeplata się z tysiącem obaw. Tym razem nie ma gotowego przepisu. Trzeba będzie mocno improwizować, by sprawdzić się w nowej roli. 


No właśnie. Pierwszy wpis na blogu wymaga, by się przedstawić i zdradzić chociaż rąbek tajemnicy o tym, jaka będzie Mama Muffin. Tyle że tego akurat dowiemy się dopiero za chwilę. I wcale liczba mnoga nie jest tu przypadkowa. Dowiecie się Wy i ja, bo też nie mam o tym zielonego pojęcia. Jedna chwila i świat zmieni się nieodwracalnie. Często o niej myślałam, próbując wczuć się w rolę znajomych, gdy ci zostawali świeżo upieczonymi rodzicami. Ten czas, kiedy musieli wnieść dziecko do domu, położyli w łóżeczku i ta świadomość, że to już na zawsze i na całego. Nieodwracalnie. Teraz to ja czekam na to z niecierpliwością, ale i z głową pełną znaków zapytania. 


To trochę jak podarunek złożony przy okazji świąt. Małe zawiniątko. Czeka, by ujrzały je ciekawskie oczy obdarowanego. Ale co z tego spotkania wyniknie?...

Czy moja Muffinka znajdzie na świecie dobrą mamusię? Czy i jak sprawdzę się w tej roli i sprostam jej oczekiwaniom. To się dopiero okaże, a swoje zmagania w nowej roli będę skrupulatnie notować dla Was na blogu.

Mamamuffin to blog po części parentingowy, trochę kulinarny, trochę z dziedziny hand-made a po części też i finansowy. Mała Muffinka będzie niewątpliwie w jego centrum, tak jak znajdzie się też w centrum naszej rodziny. Ale blog będzie po prostu mieszanką naszych osobowości i pasji. Mamy Muffin, Taty i Córeczki. Taki kogel-mogel. Długo się zastanawiałam, czy powinien znaleźć swoje miejsce w sieci. Bo przecież jesteśmy taką sobie zwykłą rodziną. Ale wiem też, że wcale tak nie jest. W końcu mamy coś do przekazania światu. Pogodę ducha, wytrwałość z jaką budujemy naszą rodzinę, szacunek, przywiązanie, życiową zaradność i nie bójmy się tego słowa - także Miłość, której teraz będziemy z siebie dawać tylko więcej i więcej :) No i wreszcie każde z nas ma jakiegoś bzika. Ja duuuuże pokłady cierpliwości, które pozwalają mi własnoręcznie wykonywać różne kulinarne i nie tylko dzieła. On - finanse, bo za obopólną zgodą jest materialną głową naszej rodziny. Czy to się klei, zapytacie może? Pewnie, że tak. Bo składa się w sumie w jedną całość na nasze życie. Jest uczucie, domowe ognisko i ta bardziej materialna jego strona, bez której żyć się nie da. Proste jak to, że 1+1 daje 2 a z czasem wychodzi nawet 3 - nasze nowe wyzwanie ;) W końcu oboje będziemy teraz Rodzicami!


To tyle. Więcej na razie nie napiszę. Czekajcie cierpliwie. Ciąg dalszy nastąpi...