Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cycostory. Pokaż wszystkie posty

Cycki i owsianka. 5 powodów, dla których nie mogę skończyć karmić piersią


Przychodzi taki czas w życiu mamy karmiącej, kiedy to karmienie piersią staje się elementem dnia codziennego, takim samym jak chociażby porcja płatków z mlekiem na śniadanie. Owszem, czasem bywa, że smakują gorzej, innym razem coś się niechcący rozleje. Ale w gruncie rzeczy nikt nie opowiada o tych przygodach na prawo i lewo. Pewnie dlatego tak trudno dotrzeć do wiedzy, która może okazać się bezcenna przy długim karmieniu piersią. Wiele mam się na to decyduje. Ale jednak mam wrażenie, że Internet przychodzi z szybką pomocą w początkach karmienia, gdy pojawiają się pierwsze, podstawowe pytania i wątpliwości. A potem jest już cisza... Albo raczej trzeba dobrze się postarać i poszukać. Wiadomo, w miarę oswajania się z rolą matki uczymy się cierpliwości i dystansu do problemów. Życie pokazuje, że wiele z nich rozwiąże się samo z upływem czasu. Tak jest też w przypadku tych cycowych kłopotów u dziecka. Najwięcej jest ich z noworodkiem, potem sytuacja zwykle się stabilizuje. Co nie znaczy, że nie warto o długim karmieniu piersią wspominać. Bo mamy karmiące ponad pół roku i dużo, dużo dłużej to wcale nie kosmitki. Na prawdę istnieją i mają się dobrze. Dlatego śpieszę donieść o codzienności przy piersi w trzeciej już części mojego blogowego cycostory (część pierwsza opowieści o karmieniu piersią tutaj, część druga tutaj).

Oto kilka uzależniających faktów, które sprawiają, że po 10 miesiącach wciąż ani myślę, aby odstawić Małą Muffinkę od piersi. Tym samym mleko z cyca jest i w najbliższym czasie pozostanie w jej menu równie pewnym składnikiem jak owsianka na śniadanie u jej mamy.

Powód nr 1: Jak cudownie, że karmisz, ale...

Żadna sytuacja z mojego życia nie pomogła mi tak zbudować pewności siebie, jak właśnie karmienie piersią. I w pewnym sensie jestem wdzięczna tym wszystkim, którzy wprost lub między wierszami, mniej lub bardziej świadomie chcą mi powiedzieć, że jestem dziwakiem: "...niezły z Ciebie Stachanowiec!", "...przez długie karmienie narażasz się na osteoporozę, a swoje dziecko na ADHD"(sic!), "...Twoje mleko nie ma już wartości odżywczej dla dziecka" itp., itd. Każdy taki argument zapala w mojej głowie czerwoną lampkę i powoduje, że mogłabym rzucić się na rozmówcę niemalże jak byk na torreadora w trakcie hiszpańskiej corridy. Ale spokojnie, do przemocy fizycznej z mojej strony jeszcze nie doszło i z pewnością nigdy nie dojdzie ;) Choć fakt, że przy takich okazjach ćwiczę niezwykle przydatną w życiu umiejętność "strzelania" w rozmówcę argumentami, bądź - jeśli widzę, że logiczna dyskusja nie ma tutaj sensu - odpuszczania w świadomości swojej najświętszej racji. Wzbogaciłam się niedawno nawet, również z racji mojego zapału do chustonoszenia w torbę z napisem: "Karmię, noszę, nie przeproszę". No i tyle w temacie!

Powód nr 2: Mamo zjem Cię, zjem Cię... obedrę ze skóry :)

Karmienie piersią daje okazję do nawiązania z dzieckiem fizycznej, niesamowicie bliskiej i niepowtarzalnej relacji. Tym większej, im dłużej "się karmimy". Zawsze bawi mnie i daje niesamowitą ilość endorfin, gdy moja Córeczka robiąc się głodna zaczyna po mnie chodzić, wtula się w moje ciało, podgryza mnie gdzie bądź i całym swoim malutkim ciałkiem przyklejającym się do mojego daje mi do zrozumienia, że to już ta pora na małe co nie co. Czasem mam wrażenie, że gdyby mogła to by wessała mnie całą :) Gdybym skończyła karmienie piersią na etapie niemowlaka w powijakach nigdy bym tego nie doświadczyła. W początkach bowiem sygnałem do karmienia był przeraźliwy płacz. Z czasem się to jednak zmienia i dzieciaczek staje się takim małym ssakiem-zwierzakiem, który gryzie, na widok cyca syczy, śmieje się w głos, przykleja się do matki i macha ze szczęścia w trakcie jedzenia nóżkami. Boskie! I uzależniające.

Powód nr 3: I nie będziesz mi dawać cyca lewego przed prawym!

Jest strasznie śmiesznie. Gdy dziecko jest coraz starsze ucierają się bowiem pewne cycowe zwyczaje. Trzeba wytrwać w karmieniu, żeby tego doświadczyć. Jakie na przykład są u nas?
- z lewego cyca tylko na dokładkę: raczej nie ma mowy, by zaczynać karmienia z lewej strony. Ot, takie widzimisie małego ssaka... a może i coś więcej. Jak się domyślam po prawej mam nieco sprawniejsze kanaliki, płynie szybciej i więcej, dlatego na lewą pierś Córeczka godzi się dopiero, gdy mleka trochę się już tam naprodukuje. Wiadomo, każdy woli jeść zupę dużą łyżką, gdy jest pod ręką, a po małą sięga dopiero przy deserze, nie??
- w związku z jedzeniem z obu piersi przy jednym karmieniu, na dobre utrwaliła się nam już pozycja do karmienia. Zaczynamy z pod pachy po prawej stronie, kończymy klasycznie po lewej. Dzięki temu nie ma przerzucania dziecka z boku na bok, co mnie niesamowicie cieszy, bo chyba musiałabym chodzić przy tym na siłownię!
- ciąganie mamy za włosy (to nie prawda, że po ciąży włosy masowo wypadają, po ciąży one się po prostu garściami wyrywają a raczej wyrywa je mały piersiowy rozbójnik)
- drapanie za uszami i po główce (rączki Córeczki muszą mieć zawsze zajęcie, więc jeśli nie ma akurat mamy włosów w zasięgu to zawsze zostaje jeszcze własna główka)
- machanie nogam (uwielbiam to!)
- pierdzenie buzią/mówienie do cyca i dmuchanie też - o dziwo! popatrzcie! jak się to robi w tę stronę to mleko nie poleci ;p
- nowa bluzka u mamy? kolczyki w uszach? ręcznik na głowie? Zapomnijcie! Nie ma jedzenia! Nadszedł czas, by odkryć, że oprócz mleka są inne ciekawe rzeczy na tym świecie :)

A tak całkiem serio to zwyczaje przy cycu owszem są fajne. Ale są też niesamowitą ulgą na mlecznej drodze. Gdy wspomnę czasy przystawiania dziecka, gdy maluszek odrywał buzię z przeraźliwym płaczem. Nie wiedziałam o co chodzi, nie było lekko. A teraz? Są jasne sygnały, co jest ok, co nie tak. Rozumiemy się doskonale i lepiej już być nie może.

Powód nr  4: Ja mam to zjeść? No chyba żartujesz!

Cyc służy do jedzenia. A jedzenie? Co najwyżej do zabawy. A i tak słabo wypada w konkurencji z twardym (czyt. świetnym do gryzienia) talerzykiem albo miską. Na pewno o naszej przygodzie z rozszerzaniem diety napiszę jeszcze pewnego dnia więcej. Na razie jesteśmy w trakcie i idzie nam raz lepiej raz gorzej. Zdecydowanie mleko mamy zawsze wygrywa ze wszelkimi innymi propozycjami kulinarnymi. W pierwszych chwilach budziło to mój niepokój, potem wyluzowałam. I szczerze to też trochę zatkałam uszy. Bo w powszechnym przekonaniu, dziecko w wieku mojej Córki powinno zajadać się już dla swojego zdrowia zupkami, mięskiem, owocami i innymi cudami, a mleko mamy to dla niego raczej tylko dodatek. Ja wiem, że jest odwrotnie i nie musimy się śpieszyć. Rozszerzać cierpliwie dietę a i owszem. Ale nic na siłę, bez obaw i nerwów. Gdy moje dziecko będzie gotowe zacznie wcinać co trzeba, aż uszy będą się trzęsły. Karmienie piersią daje mi w tym względzie niesamowity spokój. Nie jest przeszkodą, jak niektórzy sugerują. Jestem pewna, że Córeczka dostaje najważniejsze składniki diety, w najzdrowszej z możliwych postaci prosto z mojej piersi. Mamy więc czas, aby spokojnie, we własnym tempie rozszerzyć dietę.

Powód nr 5: Jeden, dwa, trzy i ZZzzzzz

Nie pozwalaj jej spać przy cycu! To jedna z rad, którą usłyszałam niedługo po powrocie z dzieckiem ze szpitala. W sumie to się nią trochę przejęłam. Na początku. Ale wiecie co? Umęczona bujaniem, noszeniem przed snem coraz większej liczby kochanych kilogramów z radością przyjęłam chwilę, kiedy mała zaczęła zasypiać przy karmieniu. Nie zawsze tak było. Wcześniej nerwowość przy piersi nie pozwalała na takie błogie ululanie do snu.  Ale od 7-8 miesiąca zaczynało się to stawać naszym zwyczajem. I zbawieniem! Teraz przy okazji południowej drzemki albo po kąpieli robimy myk do sypialni i sprawa załatwiona. Po 5-10 minutach (jeśli mam akurat fazę na przyglądanie się błogo śpiącej na moich kolanach Córeczce), wychodzę z miną bohatera i mam troszkę czasu dla siebie.

Co dalej?

Na koniec tego pełnego entuzjazmu wpisu winna jestem dokonać szczerego wyznania. Za niecałe dwa miesiące wracam do pracy. Dlatego pozytywne myśli, których tu jest co nie miara, przeplata od czasu do czasu lekki niepokój. Jak każda matka martwię się o to, czy decyzja, która na dzień dzisiejszy wydaje mi się najlepszą z możliwych dla mojego dziecka, rzeczywiście okaże się tak samo dobra w perspektywie mojego powrotu do zawodowych obowiązków. Intuicja podpowiada mi, że tak. Ale rozum bez ustanku pyta: Czy karmiąc piersią przez tak długie miesiące nie przywiązałam nadto do siebie mojego dziecka? Jak poradzimy sobie z codziennym menu wobec moich kilkugodzinnych nieobecności? Co będzie z usypianiem małej bez cyca, gdy przyjdzie czas na południową drzemkę? Ok. Niby wiem, że dziecko jest mądre i nie da się zagłodzić. Zje, gdy będzie taka potrzeba. Nauczy się też przebywać bez matki, ale żeby posiąść taką umiejętność musi najpierw... bez niej po prostu zacząć przebywać. I że jest jeszcze masa innych sposobów na usypianie dziecka, każdy opiekun musi tylko znaleźć swój w porozumieniu z maluchem. Ale to jest na razie wiedza w teorii i choćby uspokajały mnie wszystkie mamy świata, które przeszły już to, co mnie czeka, to wiem, że pierwsze dni a może i tygodnie nie będą łatwe. Na pewno Wam potem o wszystkim napiszę. Czy po kilku miesiącach tak rewolucyjnych zmian dalej będę karmić piersią? Mam nadzieję... Czytajcie bloga (a najlepiej też obserwujcie go na Facebooku), bo tak czy inaczej ciąg dalszy mojego cycostory na pewno nastąpi... :)

Obserwuj mój blog na FB! Obiecuję, że będzie ciekawie :)


Smak doskonały?! Lepszy niż mleka w tubce, albo najpyszniejszej kawy. Ale nikt go nie jest w stanie zapamiętać...


Lubisz mleko w tubce, albo chociaż kawę z mlekiem? No to wyobraź sobie, że masz za sobą baaardzo ciężki dzień w pracy i nagle znajdujesz się w domowym zaciszu, przy dźwiękach ulubionej muzyki popijasz tę kawę albo lepiej, ciągniesz ulubione mleko z tubki. Z każdym łykiem jest pyszniej i pyszniej - tak jak jeszcze nigdy nie było! Do tego dociera do Ciebie, że wszystkie problemy, które Cię dotąd trapiły przestały istnieć, masz w tej chwili wszystko czego pragniesz w swoim życiu i w tej błogiej świadomości zasypiasz... Cudownie prawda? To teraz pomyśl o dziecku, które pije mleko z piersi swojej mamy. Jeszcze przed chwilą płakało ze zmęczenia, bo każdy dzień jest przecież pełen tylu nowych wrażeń! Ale to jedno jest niezmienne. Mama i jej mleko. Tak smaczne, kojące, że wszystko inne przestaje się liczyć. Maluszek ssie mleko, czuje ciepło Mamy, swoim zwyczajem smyra rączką w jej włosach a wszelkie bodźce znikają aż przychodzi błogi sen... Podobnie jak z tą kawą albo mlekiem w tubce? Tak, tylko, że taka sytuacja zdarza się na prawdę za każdym razem, gdy w domowym zaciszu (choć nie tylko tam) karmione jest dziecko. A ta pierwsza historia z kawą lub mlekiem w tubce? Cóż, jest raczej tylko pięknym, niespełnionym marzeniem o idealnym świecie.

Jestem mamą karmiącą. Od dziesięciu już miesięcy, od kiedy Córeczka jest na tym świecie staram się codziennie wyobrazić sobie to uczucie, które towarzyszy mojemu dziecku podczas, gdy zaspokaja swój głód korzystając z zapasów z mojej piersi. Za każdym razem dochodzę do wniosku, że nigdy się tego nie dowiem, choć bardzo bym chciała. Dlaczego?

Bo mam takie przekonanie, graniczące z pewnością, że to, czym karmi się Moje Dziecko w tej chwili to m i k s t u r a  d o s k o n a ł a. I nie chodzi tu tylko o smak, zdrowotne właściwości, ale też owo błogie uczucie towarzyszące jego ssaniu.

Z jednej strony jest w nim w r o d z o n y  i n s t y n k t, który pamięta czasy jeszcze z brzucha mamy (tak dobrze znany ze zdjęć USG kciuk w buzi trzymany przez płód). A w miarę upływu czasu dołącza nawiązywana stopniowo dzień za dniem więź z matką, za którą idzie (jeszcze nie nazwane, ale jednak!) m i ł o ś ć. I ostatni, równie ważny składnik tej mikstury: to  u l o t n o ś ć  c h w i l i. Gdy dziecko dorasta to zapomina. Może właśnie dlatego, ja postanowiłam spisywać na bieżąco moje cycostory. Jeszcze w tym tygodniu zaproszę Was na trzecią część tej trwającej już 10 miesięcy historii. A tymczasem, jeśli jeszcze nie czytaliście poprzednich moich wpisów pod tym hasłem to serdecznie polecam: Moje cycostory cz. 1 oraz 6 rzeczy, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej.

Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu z tej serii? Koniecznie zostaw mi swój adres e-mail a ja Cię o nim powiadomię!

6 rzeczy, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej



Karmienie piersią to dla mnie trochę taki rejs na pełnym morzu. Piękne widoki, niezapomniane wrażenia, ale jednocześnie jeśli chcesz tego doświadczać jak najdłużej nie ma odwrotu, nie możesz dobijać do brzegu. Nie ma kompromisów. Mam tu na myśli wszystkie dni, kiedy jestem umęczona nieprzespanymi z powodu karmienia nocami, albo chcę wyjść z domu bez małej, ale nie ma chętnych by z nią zostać. Bo a nuż zrobi się głodna i nie będzie chciała jeść z butelki. Co najbardziej zaskoczyło mnie w tej przygodzie na morzu pełnym mleka? To już druga część mojej historii o karmieniu piersią, którą publikuję pod hasłem "moje cycostory". (Tu zapraszam do przeczytania części pierwszej historii). 

A oto 6 rzeczy, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej:

1. Wysiłek fizyczny. Od pierwszych dni. Być może wynika to z mojej nieporadności. Ale fakt jest taki, że słyszałam o zasadzie, że podczas karmienia wygodnie ma być nie tylko dziecku ale i mamie. Święta prawda. Z tym że od teorii do praktyki jak zawsze długa droga. Zwłaszcza gdy robi się coś po raz pierwszy w życiu. Albo gdy pojawiają się problemy i najważniejszym celem staje się nakarmienie dziecka. Nie ważne jak, choćby na rzęsach ;) byleby zjadło. Początki karmienia w moim wypadku wiązały się więc z bólem. Czasem mniej, czasem bardziej dotkliwym. Zaczęło się od totalnie zdrętwiałej ręki z powodu nieruchomego leżenia przy dziecku na szpitalnym łóżku. Potem było tylko trudniej, bo po powrocie ze szpitala do domu samopoczucie w pierwszych dwóch tygodniach nie najlepsze. Felerne, choć konieczne nacięcie sprawiało, że gimnastyka - szczególnie nocna - przy dziecku to było nie lada wyzwanie. Czasami aż łezka zakręciła się w oku, gdy wyjmowałam i wkładałam ją do łóżeczka a tu akurat nieszczęsne szwy zaczynały doskwierać. Do tego doszedł jeszcze klasyczny problem z poranionymi brodawkami. Na szczęście szybko kłopot z bólem ustąpił, bo leczenie maścią i własnym mlekiem pomogło a i dziecko zaczęło z czasem pewnie sprawniej ssać. Ale to wszystko było i minęło. Każdy dzień przynosił poprawę a z czasem i ja mogłam skorzystać z wygód, dzięki niezawodnej poduszce do karmienia.

2. Nieprzespane noce. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że nie mam pojęcia jak by się przedstawiała sytuacja, gdybym karmiła córeczkę mlekiem sztucznym. Ale w przypadku karmienia piersią na żądanie w zasadzie od narodzin córeczki jestem takim całodobowym barem szybkiej obsługi ;) Są wręcz momenty, że mój ulubiony Klient puka do niego nawet co 1,5 godziny w nocy. A zasadą jest, że są to trzy godziny, nie dłużej bez karmienia. W dzień czy w nocy (z jedną, może czasem dwiema dłuższymi przerwami za dnia). Dochodzi do tego, że czasem czuje się jak lunatyk. Zapytana o to, jak wyglądała miniona noc na prawdę nie jestem w stanie opowiedzieć jej dokładnie. Wstawania, karmienia, odbijania, usypiania. To wszystko zlewa mi się w jedno. I pomyśleć, że do tej pory byłam osobą, która bardzo lubiła się wysypiać i twardo spała całą noc. Nawet w ciąży nie miałam większych problemów z zasypianiem. A tu proszę taka niespodzianka. Cały czas mam przed oczami SMS od mojej przyjaciółki otrzymany tuż po urodzeniu Córeczki "Gratulacje. Wyśpisz się za rok". Racja. Pełne nadziei odliczanie trwa zatem nadal ;)

3. Brak mobilności. Na taką sytuację w pewnym sensie byłam oczywiście gotowa. Rodzi się malutkie dziecko, biorę roczny urlop i będę zajmować się nim całymi dniami. Rzecz dla mnie oczywista, że w tym okresie z wyjazdów we dwoje albo całodniowych wypadów na zakupy wolałam zrezygnować. Ale i w tym zakresie zostałam nieco zaskoczona. Musiałam przywyknąć do tego, że z domu bez dziecka wychodzę na czas nie dłuższy niż 1,5 godziny. Tak było przynajmniej do końca trzeciego miesiąca, kiedy córeczka jadła nawet w dwugodzinnych odstępach a głodna nie dała się uspokoić w żaden sposób. Teraz gdy ma już pięć miesięcy nie reaguje tak gwałtownie na głód. Dlatego przynajmniej nie wracam biegiem, gdy tylko się obudzi, bo wiem że wytrzyma. Nie mogę natomiast polegać na butelce, bo poddenerwowana głodem odmawia jedzenia, gdy nie ma mnie w zasięgu wzroku. Choć tu przyznaję, że pewnie gdybym bardzo chciała mogłabym ją przyzwyczaić do jedzenia z butelki pod moją nieobecność. Ale brak mi do tego samozaparcia. Odciąganie mleka, gdy mała je bardzo dużo, w tej chwili zajmuje mi bardzo dużo czasu (pięć wieczorów na jedną porcję!). A mleka modyfikowanego jakoś nie chcę jej podawać. Tak po prostu - nie bo nie, bo po co? Opcja wyjścia z Małą Muffinką też nie zawsze jest szczęśliwa, gdy w trakcie wypada karmienie. Muszę liczyć się z tym, że będę wracała z płaczącym dzieckiem do domu. Jakoś nie idzie nam jedzenie poza domem. Chyba dziecko za dużo rozprasza, a i ja prawdopodobnie mając w głowie minione doświadczenia jestem za bardzo poddenerwowana i mała to wyczuwa. Mleko mamy najlepiej smakuje w domu. Dlatego też w tym domu spędzamy bardzo dużo czasu.

4. Natura rządzi. Tu muszę się przyznać szczerze - nie wierzyłam we własne ciało. Ba, nawet teraz, gdy karmię dzień w dzień od miesięcy łapię się na tym, że mu nie ufam. Na szczęście moje dziecko nie ma takich zahamowań jak ja i je smacznie nie zdając sobie sprawy z mojego niedowierzania. O ile w początkach karmienia widziałam wypływające samoczynnie mleko, tak teraz ile razy sięgnę po laktator to poddaję się po 20-30 ml. Nie raz przyłapałam się na sytuacji, gdy odwlekam karmienie choćby o pół godzinki, bo wydaje mi się, że przecież tam nic jeszcze nie ma. Przymuszona przez dziecko już wielokrotnie przekonałam się, że brew mojemu złudnemu wrażeniu córeczka się najada. Mało tego ssie jak szalona z piersi, w której jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że nie ma mleka. Dzielna mała. Opanowała po prostu sztukę ssania do perfekcji. A matka natura pomaga jej w tym nawet lepiej niż jej rodzicielka.

5. Czekolada smakuje tak długo... dopóki Cię porządnie nie zemdli. To takie moje pociążowe odkrycie. Pół żartem, pół serio ;) Co to ma wspólnego z karmieniem piersią? W moim wypadku chodzi po prostu o to, że karmiąc wróciłam do wagi z czasów licealnych. 47 kilo, przy moich tradycyjnych 53. Mogę więc się bezkarnie objadać i zupełnie nie przejmować stopniowo okalającym mnie tu i ówdzie tłuszczykiem. No bo go zupełnie nie ma. A jem jak smok! Najbardziej objadając się na noc. I nic, waga ani drgnie, a nawet spada proporcjonalnie do tego, ile przybyło mojej córeczce. Chwilo trwaj, rzec by się chciało ;) Wreszcie mogę najeść się muffinów do woli i bez ograniczeń. Zwłaszcza tych moich ulubionych podwójnie czekoladowych (tu zapraszam po przepis).

6. Może być tak pięknie. Wiem, że to, co napisałam powyżej, jak i w poprzednim wpisie na temat mojej historii karmienia piersią wcale na to nie wskazuje. Jednak tak właśnie jest - pięknie! Po tym, jak już mamy za sobą pierwszy (mam nadzieję ostatni) kryzys, pozostaje nam tylko cieszyć się naszą mleczną przygodą. Dla mnie jako matki są to przede wszystkim chwile niesamowitej naturalnej bliskości. Patrzę na moje już siedmiokilowe "maleństwo" i jestem z siebie dumna. Przecież ona cała jest ze mnie. Dosłownie! W jej ciałku nie ma jak na razie ani grama, który wziąłby się z zewnątrz. A przecież ciąża skończyła się już parę ładnych miesięcy temu. Karmienie to takie przedłużenie chwil, które już nigdy nie powrócą. Przed oczami mam obrazek, gdy moja córeczka odrywa się nagle od cyca, patrzy w górę na moją twarz cała umorusana mlekiem i zaczyna się do mnie uśmiechać. Jestem pewna, że to wspomnienie pozostanie ze mną do końca życia jako jedno z tych najpiękniejszych.


Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec mojej historii o karmieniu piersią. Jeśli nie chcesz przegapić kolejnych wpisów z serii "Moje cycostory" koniecznie daj mi o tym znać, wypełniając poniższy formularz:

Moje cycostory cz.1


To będzie opowieść o mojej przygodzie z karmieniem piersią. Bez happy endu... ale to dlatego, że ten end szczęśliwie jeszcze nie nastąpił. I mam nadzieję, że jeszcze długo tak się nie stanie! Wpis powstaje, bo zainspirowała mnie do tego inna blogerka, matka karmiąca, Hafija - dziękuję :). W minionym niedawno Tygodniu Karmienia Piersią zainicjowała akcję społecznościową pod hasłem #umiemwesprzeć. Tak, by mamy karmiące wspierały inne, które karmią i te które chcą karmić w przyszłości po narodzinach dziecka. Pomyślałam, że warto opisać moją historię blisko już pięciomiesięcznego karmienia. Skoro los był dla mnie tak łaskawy, że karmić mogę i mimo różnych trudności i przeszkód nie poddałam się do tej pory, to może moje zapiski będą wsparciem dla innej mamy. I w ten sposób liczba dzieci wykarmionych najlepszym, maminym mlekiem wzrośnie choć o jedno. Ja tuż przed porodem przeczytałam książkę, która uświadomiła mi, że z karmieniem czasem jest trochę pod górkę. A moja położna dodała do tego jeszcze zasadę, że właściwie zawsze jakiś mniejszy czy większy problem wystąpi. I świadomość tego to pierwszy krok do sukcesu na mlecznej drodze życia Twojego dziecka.

Trzeba liczyć się z trudnościami, wiedzieć gdzie zwrócić się o pomoc, bo gdy problemy z karmieniem piersią wystąpią prawdopodobnie orędowników przerzucenia się na mleko modyfikowane będzie wokół Ciebie wielu. Bo dziecko się nie najada. Mo po co dziewczyno tak się męczysz. Bo przecież na pewno nie masz już mleka.

Nie chcę nikogo straszyć. Wręcz przeciwnie. Chcę opowiedzieć o jednej z najwspanialszych przygód mojego życia i tym samym pomóc swoim doświadczeniem każdej mamie, która takiej pomocy będzie potrzebowała.

Bajka czy thriller?

Na początku było jak w bajce. Mimo wielu moich obaw to córeczka nauczyła mnie karmić piersią, nie ja ją. Przyniesiona do mojego łóżka zaraz po porodzie zaczęła ssać. Jakby robiła to już setki razy. To ja znieruchomiałam z przejęcia, że jakikolwiek mój ruch przerwie tą ważną chwilę. Ona ssała i ssała. Z przerwami całą noc i kolejny dzień. Byłam przeszczęśliwa, zwłaszcza że w tej samej sali leżała dziewczyna, której dziecko niestety bardzo buntowało się przed karmieniem piersią. Na własne oczy widziałam, że może być różnie. Ale fakt, że początek miałam jak w bajce chyba zobowiązał mnie w pewnym sensie, żeby być dzielną. Na szczęście. Bo drugiej nocy i kolejnego dnia zaczęły się problemy. Córeczka dostała żółtaczki. Stała się marudna. Właściwie to zaczęła się mocno denerwować, płakała i nie umiałam już sama przystawić jej do piersi. Nie chciała chwycić. Musiałam liczyć na pomoc personelu, który na szczęście okazał się niezawodny. Przystawianie do piersi wyglądało trochę brutalnie. Pielęgniarki nie robiły oczywiście córeczce krzywdy, ale trzymały jej główkę bardzo zdecydowanym ruchem, nie pozwalając na odchylanie na boki. Dzięki temu zaczynała ssać. Ja tak nie potrafiłam, brakowało mi odwagi i zwinności w jednej tylko ręce, którą leżąc na boku miałam do dyspozycji. Z godziny na godzinę było gorzej, bo poziom bilirubiny rósł, ja wiedziałam, że powinnam jak najczęściej dziecko przystawiać do piersi. Po pierwsze, żeby się nie odwodniło. Po drugie, żeby pomóc córeczce w ten sposób w walce z osłabieniem. Ale dziecko przystawiane do piersi wpadało w histerię, a jak już zaczynało ssać to w moment usypiało a ja bałam się ją wybudzać, żeby znów nie być świadkiem płaczu, nad którym nie umiem zapanować. To nie były łatwe chwile. Zmęczenie, hormony i do tego ta nieporadność skumulowały się do tego stopnia, że płakałam w przerwach pomiędzy karmieniami. Bardzo pomogło mi wtedy wsparcie męża. I pielęgniarki, które były w sali obok na każde zawołanie, a słysząc w nocy płaczące dziecko przychodziły same. Zaczęłam cieszyć się, że z powodu lekkiej żółtaczki u córeczki zostałyśmy w szpitalu o jeden dzień dłużej. Po prostu do dziś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądałaby moja przygoda z karmieniem piersią, gdybym w tym najtrudniejszym momencie znalazła się już w domu. Czy nie sięgnęłabym zdesperowana po butelkę? Na prawdę nie wiem... Warto wykorzystać szpitalną pomoc, żeby poczuć się pewniej w pierwszych chwilach po narodzinach. Pamiętam mój strach czwartego dnia po porodzie, gdy przyszedł czas, by za kilka godzin już być w domu. Numer telefonu do położnej był w tej sytuacji ważnym wsparciem. Szczęśliwie, wraz z lepszym samopoczuciem córeczki powróciły błogie chwile przy piersi. Przez kilka tygodni ich ssanie było dla Małej Muffinki najlepszą drogą do uspokojenia. To było dla mnie, jako młodej i niedoświadczonej mamy takie koło ratunkowe. Pewnik, że poradzę sobie z moim dzieckiem. Bajka powróciła. Do czasu...

Najtrudniejszy moment

Kryzys przyszedł około szóstego tygodnia. Z tego co zdążyłam się już zorientować (między innymi dzięki fejsbookowym grupom, o których to nieocenionej roli pisałam tutaj), tak zdarza się często. Jakby natura chciała powiedzieć: "Sprawdzam" i zmusić nas do wykazania się prawdziwą determinacją, by utrzymać laktację i nadal karmić piersią. Słyszałam, że w tym momencie wiele z mam rezygnuje. Nie dziwię się. Akurat w tym czasie zakończyły się wizyty położnej. W fatalnym momencie, bo przez pierwsze sześć tygodni wszystko szło ok. Nie zdążyłam więc zahartować się w pokonywaniu problemów. Mała Muffinka przybierała na wadze, nie miała kolek. Po prostu dziecko idealne. Ja też czułam się coraz pewniej w opiece nad nią. Byłam dumna z siebie jako z mamy karmiącej. W końcu każde dodatkowe sto gram mojego dziecka to była poniekąd moja osobista zasługa ;) I nagle wszystko zaczęło się sypać... Dziecko wyło przeraźliwie z głodu a przystawiane do piersi odwracało główkę, prężyło całe ciało, jakby kategorycznie mówiąc: "Nie, nie chcę!". A tymczasem wiedziałam przecież, że jest głodna. Miała cyca w buzi a zachowywała się tak, jakby nie miała o tym zielonego pojęcia. W stresie i rozpaczy po prostu nie zdawała sobie z tego sprawy. Porady, które uzyskałam od położnej już tylko przez telefon okazały się skuteczne tylko czasowo. Próbowałam wstrzykiwać do buzi odrobinę pokarmu. Kończyło się na tym, że byłyśmy oblane mlekiem my i wszystko dookoła. Często bez pozytywnego skutku. Próbowałam też na smoczek (żeby pobudzić ssanie i wymienić go szybko na cyca) i o zgrozo na słodzoną wodę podawaną przez butelkę. Ten ostatni pomysł, choć mało godny pochwały, skutkował najczęściej. Ale z czasem i to przestało pomagać, poza tym w obawie o przyzwyczajenie małej do butelki przestałam go nagminnie stosować. Musiałam radzić sobie inaczej. Kończyło się więc na karmieniu na piłce fitness (z bujaniem góra-dół w pakiecie), a jak to nie pomagało to także na stojąco z pozycji spod pachy (chyba już bardziej akrobatycznego sposobu wymyślić nie można). Z czasem oswoiłam się z sytuacją na tyle, że niekiedy decydowałam się te najtrudniejsze chwile po prostu przeczekać. Mała dostawała smoka a ja po upływie kilku, kilkunastu minut próbowałam raz jeszcze. Te wszystkie metody, stosowane na zmianę, w różnej kompilacji i kolejności pomagały. Choć bardzo się namęczyłam. Nie mówiąc już o moim psychicznym stanie, gdy zbliżała się godzina karmienia (mała jadła wtedy co dwie - trzy godziny a trzeba było wliczyć w ten pakiet trwające zawsze około pół godziny próby przystawiania). Najtrudniej było w nocy, bo wtedy najbardziej zmęczenie dawało mi się we znaki. Córeczka też przez paniczną histerię nad cycem rozbudzała się totalnie. W efekcie miałam pół godziny próby nakarmienia, potem mała jadła i usypiałam ją około 40 minut. Sama spałam po pół godziny, do następnej pobudki i walki o chwycenie cyca. Jakoś przetrwałyśmy ten trudny okres. Dziś już wiem, że prawdopodobnie zawdzięczałam go skokom rozwojowym mojego dziecka. Po kilku dniach takiej walki nagle następował z czasem dzień, dwa przerwy a ja widziałam jak córeczka staje się coraz bardziej kontaktowa. Potem te szczęśliwe okresy się wydłużały, żeby wreszcie (mam nadzieję) minąć na dobre pod koniec trzeciego miesiąca. 

Jaki wniosek z tej pierwszej, zwycięskiej walki o pozostanie na mlecznej drodze? Kluczem do sukcesu często bywa cierpliwość, poświęcenie i ufność, że w końcu przyjdą lepsze chwile, które są w stanie wynagrodzić po stokroć to, co działo się wcześniej. Ale najpierw trzeba wiedzieć, że ten lepszy dzień kiedyś nadejdzie. Stąd właśnie moja opowieść. Ja to przeżyłam i się o tym przekonałam. Na szczęście :)

C.d.n..

W kolejnej części tej opowieści napiszę o 6 rzeczach, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej. Jeśli nie chcesz przegapić nowego posta koniecznie daj mi o tym znać. Skorzystaj z tego formularza: