Tata też może być jak masterchef


Gdy zaczynałam moją przygodę ze studiowaniem, znalazłam sprytny sposób na to, by nie zginąć z głodu. I wcale nie była to pizza na telefon ale samoprzylepne karteczki rozwieszone w kuchni z prostymi przepisami. Były one na prawdę banalne. Wystarczy wspomnieć, że znalazł się na nich przepis m.in. na... ugotowanie ziemniaków. Prościej już być nie może :) Ale tak właśnie wyglądały pierwsze elementarne kroki w kuchni u Mamy Muffin na długo przed tym, zanim jeszcze pomyślała, żeby zostać mamą. Wydawało mi się to tak zabawne, że kartkę z przepisem na ziemniaki zachowałam sobie na pamiątkę. I szczerze nie spodziewałam się, że... kiedyś sięgnę po nią znowu! Ale bez obaw, nie dostałam Alzheimera. Mimo nawału obowiązków związanych z opieką nad małym dzieckiem nie zakręciło mi się też aż tak w głowie, żebym nie ogarniała tak elementarnych rzeczy. Z karteczek o podobnej treści korzysta za to z wielką satysfakcją Tata Muffin.

Są chwile, kiedy musimy racjonalnie podzielić się obowiązkami. Choćbyśmy mieli skazać się na głodówkę, dziecko jest najważniejsze. Zwłaszcza gdy Mała Muffinka płacze w niebogłosy, bo chce jeść. Tata Muffin jej niestety piersią nie nakarmi. Wtedy ja ląduję w pokoju karmiąc małą, a on w kuchni staje przed wyzwaniem zorganizowania/dokończenia przygotowań obiadu.

Do tej pory kończyło się zawsze rozpaczliwą próbą przekrzykiwania płaczącego dziecka tak abyśmy mogli porozumieć się skutecznie pomiędzy kuchnią a salonem. Z tego powodu pewnie sąsiedzi już wiedzą, na której półce trzymam sól kuchenną i ile soli dodaję do gotujących się ziemniaków. Albo czy paprykę do ulubionej surówki kroję w paski czy w kostkę. Moje instrukcje słychać było na pewno za niejedną ścianą mojego mieszkania. I właśnie jedna z takich sytuacji zainspirowała mnie do zastosowania bardzo praktycznego rozwiązania w naszej kuchni. Przygotowałam serię samoprzylepnych karteczek z cennymi informacjami dla dzielnego Taty. Znalazły się na nich proste przepisy - gotowe instrukcje wykonania podstawowych potraw, gdy mama akurat nie może. Postanowiłam się nimi dziś z Wami podzielić, niech Was zatem nie zdziwi, że na blogu sprzedaję tak banalne przepisy. Ot, mój sposób by ułatwić zadanie moim Czytelnikom. Wystarczy skopiować, wydrukować i powiesić. Zatem korzystajcie proszę do woli, żeby zajmując się małym dzieckiem nie zginąć z głodu :)

P.S. Nie gwarantuję, że przepisy zadziałają za pierwszym razem. Być może potrzebny będzie dodatkowy instruktaż pod tytułem "gdzie jest sól?", "jak wygląda tłuczek do mięsa?", "jak włączyć piekarnik?" itp. itd. Mimo to, z pewnością karteczki ułatwią pracę świeżo upieczonemu masterchefowi ;) Za każdym razem podaję porcje do obiadu na 2 osoby.

Ziemniaki gotowane

ok. 4 średnich ziemniaków
sól

Wykonanie: obrać ze skórki :), umyć obrane. Rozkroić małe i średnie na pół, duże na 4 części. Zalać w garnku wodą, tak by pokryła ziemniaki w całości. Posolić wodę do smaku (minimum to pół łyżeczki soli na ziemniaka). Zagotować wodę pod przykryciem i od momentu zagotowania na małym ogniu gotować ok 20 min (uchylić znacznie przykrywkę, bo inaczej woda wykipi!)

Ziemniaki pieczone

4-5 dużych ziemniaków
sól
przyprawa do ziemniaków/czerwona papryka
olej

Wykonanie: Ziemniaki obrać ze skórki :) i umyć obrane. Każdy z nich pokroić na grubsze plasterki (większe plastry rozkroić na pół). Zalać w garnku wodą, tak by pokryła ziemniaki w całości. Posolić wodę do smaku (minimum to pół łyżeczki soli na ziemniaka). Zagotować wodę pod przykryciem i od momentu zagotowania na małym ogniu gotować ziemniaki ok 2-4 minuty, tak by podgotowały się tylko delikatnie (nie mogą być za miękkie i kruche!). Wyjąć je z wody w stanie "półsurowym" (np. odlewając przez sitko). Na blaszce piekarnika położyć papier do pieczenia i wyłożyć na niego ziemniaki. Następnie polać je delikatnie kilkoma kroplami oleju/oliwy i posypać wybraną przyprawą (np. słodka papryka, gotowa przyprawa do ziemniaków). Wstawić do rozgrzanego piekarnika na 30 minut w temp. 200 stopni C. Piec aż do zarumienienia. Pod koniec pieczenia można włączyć termoobieg.

Kotlety schabowe

2 plastry schabu (grubość ok 1-1,5 cm)
sól, pierz
1 jajko
pół szklanki bułki tartej
pół szklanki mąki
3-4 łyżki oleju

Wykonanie: Gotowe plastry schabu rozbić cienko tłuczkiem do mięsa (na grubość ok pół centymetra).
Posolić i lekko popieprzyć z obu stron. Rozbić jajko do miski. Na talerz wysypać bułkę tartą, na drugi zwykłą mąkę. Każdy plaster kotleta maczać kolejno w mące, potem w jajku i na końcu w bułce tartej (szczelnie obtoczyć). Wylać olej na patelnię (3-4 łyżki stołowe). Smażyć kotlety najpierw z jednej, potem z drugiej strony do zarumienienia (jeśli kotlety będą się przypalać dolać oleju na patelnię i/lub zmniejszyć ogień).

Kotlety mielone

ok. 250 g mięsa zmielonego = 5 średniej wielkości kotletów
1 średnia cebula
2 łyżki bułki tartej
2-3 łyżki oleju
sól, pieprz

Wykonanie: Mięso wrzucić do miseczki. Dodać 2 łyżki bułki tartej, pół łyżeczki soli, szczyptę pieprzu. Cebulę pokroić w drobną kostkę, dodać do mięsa. Rozbić jajko, dodać do mięsa. Wszystko wymieszać dokładnie (najlepiej ręką). Z gotowej masy formować okrągłe kotlety wielkości piłki do tenisa stołowego lub odrobinę większe. Surowe kotlety ułożyć na rozgrzanym oleju, lekko spłaszczyć i obsmażyć dokładnie z każdej strony (trzeba przypilnować też boki, żeby nie były surowe!).

Parówki w cieście francuskim

ciasto francuskie (gotowe, ok 300 g)
3-4 parówki
3-4 plastry sera żółtego
1 jajko

Parówki rozkroić na pół. Z ciasta francuskiego wyciąć pasek szerokości połowy parówki + 1 cm dodatkowo z każdej strony na zlepienie. Długość paska powinna wystarczyć na szczelne owinięcie parówki dookoła. Na ciasto położyć plaster sera, na to parówkę. Szczelnie zawinąć i zlepić końce. Na koniec warto posmarować jajkiem (całym lub tylko żółtkiem). Piec w temperaturze 180 stopni C 20 - 30 min. Wyjąć gdy ciasto wyraźnie napęcznieje i stanie się kruche.


Makaron ze szpinakiem

pierś z kurczaka (300 g)
szpinak liście (mrożony lub surowy) 200-300 g
serek biały puszysty 200-250 g
1 ząbek czosnku
makaron (3/4 szklanki na osobę) - świderki lub rurki
sól
pieprz
olej/oliwa

Wykonanie: Połówkę piersi z kurczaka pokroić w drobną kostkę, posolić, popieprzyć i podsmażyć na patelni z odrobiną oleju. Szpinak mrożony lub żywy (po umyciu) wyłożyć na oddzielną patelnię z odrobiną oleju/oliwy, posolić. Smażyć szpinak aż woda, którą wypuścił odparuje z patelni. Do szpinaku dodać 1 ząbek czosnku (przeciśnięty lub pokrojony w baaaardzo drobną kosteczkę). Na końcu dodać biały serek, wymieszać ze szpinakiem i dobrze rozpuścić na patelni. Ugotowany makaron wymieszać na patelni z ciepłym sosem szpinakowym. Wyłożyć na talerze i posypać podsmażonymi kawałkami kurczaka.

Jakie przepisy są jeszcze Waszym zdaniem warte zamieszczenia na tej liście? Piszcie w komentarzach, dzięki czemu powstanie gotowy poradnik gotowania dla świeżo upieczonych rodziców.

Ciasteczka ryżowe (także w wersji bezglutenowej)


Oto przepis na ciastka, które z czystym sumieniem podasz swojemu dziecku. Łatwo przygotować je w wersji bezglutenowej. Bazują na kleiku ryżowym, często stosowanym przy rozszerzaniu diety u niemowląt. Wprawdzie moja Mała Muffinka jeszcze na takie przyjemności nie zwraca uwagi w pełni zadowalając się mlekiem mamy, ale myślę, że gdy przyjdzie odpowiedni czas będą to pierwsze ciasteczka, których posmakuje. Dodatkowa zaleta, to błyskawiczny czas przygotowania. I efekt jak zawsze murowany. 

Z odrobiną dżemu wyglądają wyjątkowo smakowicie. Pełni on nie tylko rolę dekoracyjną, ale też dopełnia smak ciasteczka. Dzięki dżemowi z czarnej porzeczki jest dobrze wyważony. Słodycz z delikatną kwaskową nutą owocu. Pyyyszności!

Składniki:

Kasia 200g (niecała kostka)
3 całe jaja
1 kleik ryżowy (może być bezglutenowy) - 160g
4 łyżeczki kokosu (wiórki)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy
3/4 szklanki cukru
dżem z czarnej porzeczki (niskosłodzony)


Wszystkie składniki (z wyjątkiem dżemu oczywiście) dokładnie mieszamy. Najlepiej mikserem. Następnie pomagając sobie łyżką robimy kulki wielkości orzecha włoskiego. Układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. z podanych składników powinno wyjść ok. 26-28 sztuk. Ważne, by zachować większe odległości, bo z kulek w trakcie pieczenia czasem wypływa margaryna. Unikniemy posklejania. Na środku każdego ciasteczka drążymy otwór za pomocą, np. uchwytu noża stołowego. Pieczemy ok. 15-20 minut w temperaturze 200 stopni C. Po wyjęciu z piekarnika otwory w jeszcze ciepłych ciasteczkach wypełniamy dżemem. Aż po brzegi.

Smacznego!

P.S. Ważne, by studząc wypieki nie przykrywać ciasteczek zbyt szczelnie. Będą dzięki temu bardziej chrupiące. 


I spraw Boże, by wyrosły mi jeszcze dwie ręce...


Matka po porodzie powinna doświadczyć mutacji cielesnej. Chociaż na pierwsze trzy miesiące stać się czterorękim stworem. Albo... nabyć umiejętność wyciągania przynajmniej jednej ręki na odległość minimum kilku metrów. Świat byłby wtedy piękniejszy, nieprawdaż? No, przynajmniej z subiektywnego punktu widzenia świeżo upieczonych mam. Chwilowo z takiej właśnie perspektywy mierzę się z otaczającą mnie domową rzeczywistością. A nie jest łatwo. Moje dziecko, pewnie jak 50% albo i więcej innych maludów należy do grona tych cudownie niezdejmowalnych z rąk. Na rękach je, zasypia, wpatruje się w otaczającą (i coraz bardziej ciekawą) rzeczywistość. Próba pozbawienia jej tego przywileju kończy się nieuchronnie awanturą.

Tak było od urodzenia. Pamiętam ten sądny dzień w szpitalu, dwa dni po porodzie, gdy Mała Muffinka wreszcie pokazała swój charakterek. Objawił się on trudnym do ukojenia płaczem. Mimo przerażenia całą sytuacją, instynktownie wiedziałam co jej pomoże. Owinęłam, wzięłam na ręce i zaczęłam nasz pierwszy wspólny bujany spacer. W jedną i drugą stronę szpitalnej sali. Aż do wyczerpania - mamy oczywiście. Ale wreszcie pomogło. Z tym, że sytuacja ta powracała często także po powrocie do domu. Nie ma co ukrywać. Ręce matki leczą. Gdy dziecina została brutalnie wypchnięta z brzucha, jest to w zasadzie jedyny sposób, by zachować ten fizyczny kontakt, przypominający jej nieuchronnie minione, cudowne dziewięć miesięcy. Obok piersi, ręce matki to najlepsze ukojenie. Zatem moja Mała Muffinka niejako zarezerwowała sobie je do swoich celów. Nie zważając na to, że w czasach ją poprzedzających miały także wiele innych praktycznych funkcji. Sprzątały, gotowały, robiły mamie kawę czy herbatę, czy też po prostu otwierały przed nią drzwi tak, by ocalić jej jakże ważny czubek nosa przed niemiłym zderzeniem z szybką.

Problem polega na tym, że mama rąk nadal potrzebuje. A jeśli już mają być notorycznie zajęte, to musi zorganizować rzeczywistość wokół siebie tak, by nie zginąć z głodu, nudów, czy też po prostu nie rozbić sobie nosa o drzwi w pędzie po smoczek do sypialni. Modlitwy tu raczej nie pomogą, wystarczy odrobina sprytu i garść doświadczeń, którymi postanowiłam się z Wami właśnie podzielić.

Oto krótki poradnik o tym, jak sobie poradzić przy wymagającym ciągłego noszenia dziecku bez "nadludzkich" atrybutów.

To nie logika, a logistyka
Jadłyście kiedyś kotleta... łyżką? Ja robię tak już prawie od trzech miesięcy. Łyżka sprawdza się lepiej, bo łatwiej nią "ganiać" po talerzu wszystkie inne obiadowe dodatki, jak ziemniaki, surówka itd. Z wąskiego widelca nieuchronnie spadały zawsze na kocyk, którym była otulona córeczka. Taki mój nowy przystołowy savoir vivre. To cena za to, by móc zjeść ciepły obiad bez akompaniamentu płaczącej do granic możliwości Córeczki. I może jedzenie obiadu łyżką jest nielogiczne, to na pewno sprawdza się z punktu widzenia logistyki. Ona ma kluczowe znaczenie w przypadku, gdy małe dziecko nie opuszcza Twoich rąk. Warto korzystać wtedy z praktycznych rozwiązań, nawet jeśli z punktu widzenia logiki są one troszkę odstające od normy.

Cudze ręce wyręczają
To rada cenna, choć zdaję sobie sprawę, że w wielu wypadkach nie do skorzystania. Niewiele z nas, młodych mam ma bowiem przywilej korzystania z pomocy drugiej osoby - męża, mamy, teściowej, czy opiekunki. Będą jednak na pewno chwile, choćby w weekend, kiedy koło Was pojawi się druga osoba. Nie wahajcie się wykorzystywać jej do granic możliwości! Owszem, w pierwszych miesiącach życia dziecka nie zastąpią matki przy dziecku, ale pomogą we wszelkich innych obowiązkach. Przynieś, podaj, pozamiataj, Dosłownie! Ważna jest tu umiejętność delegowania zadań. Ja przed narodzinami Małej Muffinki nie byłam dobra w te klocki. Wydawało mi się zawsze, że jak czegoś nie zrobię sama, to nie będzie dobrze zrobione. Obecność Córeczki na rękach skutecznie mnie z tego wyleczyła. Już mi nie przeszkadza krzywo zaścielone przez męża łóżko. Po prostu cieszę się, że w ogóle jest zaścielone ;)

Efekt notoryczny - bałagan praktyczny
Zamiłowanie do porządku to kolejna cecha, z której szybko przyszło mi się wyleczyć. Zasadą naczelną, z którą musiałam się pogodzić stało się: "wszystko pod ręką". W efekcie oznacza to po prostu bałagan, choć kontrolowany. Gdy jeszcze będąc w ciąży czytałam różne porady odnośnie macierzyństwa, szczególnie spodobała mi się jedna z nich. Otóż, jakoby czas karmienia dziecka był czasem relaksu dla mnie. Doskonałą okazją do poczytania książki, lub obejrzenia filmu na tablecie. I tak właśnie wyobrażałam sobie te pierwsze tygodnie spędzone z Córeczką. Będę karmić cierpliwie, choćby trwało to godzinami, a przy okazji wykorzystam ten czas dla siebie. Rzeczywistość okazała się inna. Córeczka przy karmieniu stawała się z tygodnia na tydzień coraz bardziej nerwowa. W efekcie, gdy tylko zauważyłam pierwsze symptomy głodu przystawiałam ją do piersi natychmiast. Tam gdzie się akurat znajdowałyśmy. W salonie, sypialni, kuchni, pokoju dziecka. Na nic zdała się zakupiona wcześniej wygodna sofka z myślą o karmieniu. I oczywiście w tych okolicznościach wszelkie gadżety służące rozrywce mamy. Gdy przychodziło co do czego orientowałam się, że wszystko jest poza zasięgiem, za ścianą lub na drugim końcu pokoju. Musiałam zadowolić się patrzeniem w sufit i marzeniem, co by było gdyby akurat pod moją ręką znalazł się tablet. Nauczona kilkoma takimi przygodami zorganizowałam sobie w każdym pokoju liczne "punkty rozrywki". Znalazły się tam najpotrzebniejsze rzeczy (kartka do zapisywania godzin karmień, pieluszka, poduszka do karmienia itd) oraz przedmioty, które zapewniały mi zajęcie podczas czasu spędzonego na karmieniu (książka, pilot tv, laptop, komputer). Dzięki temu rozwiązaniu zawsze miałam coś pod ręką, dzięki czemu uniknęłam zanudzenia się na śmierć.

Obudź w sobie talent cyrkowy
Do czego jeszcze może służyć... głowa? Można nią na przykład włączyć/wyłączyć światło. Bo zamykanie nogą zmywarki lub pralki można pewnie uznać za standard sprytnej gospodyni domowej. Gdy na twoich rękach wisi maluszek codzienne czynności domowe są trudniejsze, niektóre nieosiągalne, choć jak pokazało mi życie ćwiczenia czynią mistrza. Nigdy przedtem nie myślałam, że jestem tak zwinna. Choć gdybym mogła cofnąć czas, to z pewnością do ćwiczeń wykonywanych w czasie ciąży dodałabym jeszcze te wzmacniające ręce. Powiedzmy, kilka razy dziennie podnoszenie hantelek w górę i w dół.

Łam zasady, choć z rozsądkiem
Lepiej, żeby tego fragmentu nie czytała babcia Małej Muffinki. Są pewne zasady, których dla dobra dziecka warto przestrzegać. W myśl powiedzenia "dmuchać na zimne", by nie stała się maluszkowi krzywda. To właściwa i godna pochwały postawa. Jak każda matka staram się wdrażać ją na wszystkich frontach. Chcę przecież dla Małej Muffinki jak najlepiej. Z upływem czasu zauważyłam jednak, że stałam się w tych zasadach nieco bardziej liberalna. Powód jak zwykle ten sam. Trzymając ją nieustannie na rękach nie byłabym w stanie bez tego normalnie funkcjonować. Przykłady?
- Na początku nie wchodziłam z dzieckiem do kuchni. Twarda posadzka przyprawiała mnie o drżenie serca na myśl, co mogłoby się stać gdyby... (nawet tego nie napiszę). Teraz zaglądam jednak w te okolice, chociażby po to, by sięgnąć po wodę mineralną, zaparzyć coś ciepłego, sięgnąć po jakąś przekąskę do lodówki.
- Piję kawę i herbatę nad dzieckiem. Wcześniej z podobnych powodów co zaglądanie do kuchni unikałam tego. Teraz pozwalam sobie na tego typu przyjemności, bo inaczej nigdy napić bym się nie mogła. Znalazłam jedno małe kompromisowe rozwiązanie - dolewam do kawy zimnego mleka, a do herbaty odrobinę zimnej wody. Nie piję więc wrzątku.
- Jem nad dzieckiem trzymanym na ręku obiad. Oczywiście ze skutkiem czasem opłakanym, typu sos na kocyku albo kawałek marchewki za kołnierzem dziecka. Cóż, czego nie robi głodna matka...
- Gdy usypiam dziecko zdarza mi się rozmawiać przez telefon. Czasami, bo z reguły jak przykładna matka śpiewam jej kołysanki. Ale są dni, gdy po prostu muszę to zrobić. Bo mam wtedy chwilę ciszy i spokoju. Bo jak ją wreszcie wypuszczę z rąk to będę miała czas na inne sprawy, niż rozmowę przez telefon. 
- Siedzę z komputerem nad dzieckiem. Myślicie, że jak powstają wpisy na tym blogu? Pisze je jednoręka matka! I nabieram w tym coraz większej wprawy. Czasem nawet w desperacji myślę, czy nie dałoby się klawiatury obsługiwać czubkiem nosa ;)

Pokochaj seriale
Przy wieczornym usypianiu dziecka na ręku można umrzeć z nudów. Albo gdy dziecko w trakcie drzemki w ciągu dnia też jest "nieodkładalne", bo w innym wypadku oczy otworzą mu się jak tylko pomyślisz, że chciałabyś je zostawić w łóżeczku (Wasze dzieci też tak mają?!) Czytanie książki też nie zawsze wchodzi w grę (Mała ma wbudowany radar, gdy po nią sięgam zaczyna się wiercić niemiłosiernie). Był więc moment, kiedy namiętnie oglądałam całymi seriami telewizyjne tasiemce. Chwała temu, kto wymyślił smart TV i kanały dostępne w internecie! Czas ten powoli mija, bo ileż można odcinków fundować sobie każdego dnia. Jeśli jednak sytuacja mnie do tego zmusi, na pewno wrócę do mojego przymusowego "hobby".

Odpuść sobie, pofolguj!
To już ostatnia moja rada, choć czuję, że ten wpis mógłby się ciągnąć kilometrami. Ale to, co teraz napiszę chyba zawiera w sobie wszystko powyższe i wystarczy za kolejne porady. Otóż, nie wszystko musi być zrobione tu i teraz. Nie wszystko musi być w ogóle zrobione. Po prostu, gdy dziecko wisi na Twoich rękach trzeba czasem odpuścić. Żeby nie zwariować. Ja należę do osób, które mają w sobie potrzebę "ciągłego robienia". Nawet, gdy opiekuję się dzieckiem wydaje mi się, że powinnam jeszcze jakoś inaczej spożytkować ten czas. A przecież już sama opieka jest wystarczająco ambitnym zajęciem.
Nieprawdaż?

Manifest matki dziwaczki


Zdziwaczałam... Tak właśnie odbiera mnie świat i ja siebie samą odkąd Mała Muffinka pojawiła się na tym świecie. Właśnie zdałam sobie z tego sprawę, gdy dotarł do mnie prawdziwy powód, dla którego nie chcę na razie wracać do "starego" życia. Pewną ręką podpisałam się pod rocznym wnioskiem urlopowym i nie zawahałam się ani na moment. Tyle że dotąd tłumaczyłam się na różne sposoby. A bo hormony, a bo zmęczenie i niewyspanie, a bo karmienie piersią i wiele, wiele innych... Nie spodziewano się tego po mnie. Gdy wniosek stał się faktem odkryłam, że w oczach niektórych miałam być mamą tylko na krótki moment. Gdy córeczka okrzepnie na tym świecie, to po dwóch, trzech, może (przy dużej już tolerancji) czterech miesiącach miałam wrócić w stare tryby. W końcu zanim zaszłam w ciążę byłam nieźle nakręconym elementem tego świata, który szedł jak burza sprawnie realizując obowiązki w domu i w pracy. Owszem, byłam z tego powodu szczęśliwa. Był to bardzo ważny element mojego dotychczasowego życia. Perfekcyjna pani domu i niezawodny pracownik. A tu proszę, taki wniosek wyszedł spod mojej ręki. Chcę "siedzieć w domu" przez cały rok! I jeszcze zadeklarowałam, że kurze, niewyprane firany, niewymyte okna i inne tego typu dyrdymały chwilowo mnie tak bardzo nie będą zajmowały. Chyba postradałam zmysły. Nie poznaję sama siebie, nie mówiąc już o zaskoczeniu, jakie wywołałam wokół siebie. Do tej pory bałam się przyznać, jaki jest prawdziwy powód tej mojej zaplanowanej na cały rok "bezczynności". Wyłączam się czasowo nie dlatego, że muszę, ale dlatego że chcę. Robię to nie tylko, bo potrzebuje tego moja Córeczka, ale ja też mam wyjątkowo silną potrzebę bycia chwilowo matką na cały etat. I nie interesuje mnie, jak nigdy dotąd, jak to wygląda w oczach innych.

Chcę nosić, tulić, głaskać, całować, gugać i patrzeć całymi godzinami. Wbrew radom, zaleceniom - "bo przyzwyczaisz", "bo potem nie będziesz mogła zostawić w domu", "bo się zasiedzisz i zanudzisz na śmierć". Zaryzykuję. Jakoś trudno mnie dziś przekonać do tego, że kiedyś będę żałować. I... że będę przez ten czas umierać z nudów.

Już taka jestem, że nie umiem ważnych zadań wykonywać połowicznie. Angażuję się całą sobą i dlatego wychodzi mi w życiu wiele rzeczy. Nie dziwi więc, że gdy los postawił mnie w roli matki postępuję dokładnie tak samo. Niedawno koleżanka przypomniała mi moje słowa, które wypowiedziałam jeszcze będąc w ciąży. To co, jak przyznała, dla niej było lekkim zbzikowaniem, dla mnie należało do stwierdzeń tak naturalnych, że dawno wymazałam je z mojej pamięci. Powiedziałam wtedy (a było to w końcówce ciąży), że muszę przystopować i zaszyć się w domowym zaciszu, bo czuję że za mało czasu poświęcam mojemu nienarodzonemu jeszcze dziecku. Tak właśnie wtedy czułam. Bo kto miał o nim myśleć, jeśli nie ja! Kto miał ją kochać, jeśli ja przytłoczona codziennymi obowiązkami zapominałam, że noszę w sobie ten Cud. Teraz, gdy już się urodziła też potrzebuje mojej miłości. Chociaż ma wokół siebie także kilka innych osób, które się o nią zatroszczą, gdybym chwilowo nie była obecna. Ale wtedy, w ciąży czułam właśnie, że to małe Istnienie nie zasługuje na to, by pojawiać się w moich myślach tylko w charakterze ciążącego z każdym dniem coraz bardziej brzucha. Gdy byłam w ciąży chciałam jej dać w pewnym momencie sto procent swojej uwagi. Nie inaczej jest teraz, tyle że robię to poniekąd z dwóch powodów. Dla Niej i dla siebie, bo teraz gdy już jest na świecie oddaje mi dokładnie tyle samo, co ja jestem w stanie jej dać. To jak się rozwija i jakie są między nami relacje to moje lustrzane odbicie jako matki.

Wiem, że są różne pomysły na macierzyństwo a w zasadzie na jego początek, bo o tym traktuje ten wpis. Nie każda świeżo upieczona matka będzie dobrze czuła się w takiej roli, którą ja dla siebie wybrałam. Ale manifestując swoje "dziwactwo" chciałabym po prostu zaznaczyć, że taki wybór jest możliwy i dodać odwagi tym z Was, które się wahają. Najważniejsze, by być w zgodzie z samą sobą. Czerpać z macierzyństwa to, co naszym zdaniem pomoże nam wzbogacić naszą osobowość. Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko i tym mottem warto się kierować od pierwszych dni życia dziecka. Też tak myślicie? Zachęcam Was do pozostawienia w komentarzach swojego "małego" manifestu drogie mamy. 

Fot. Źródło Flickr

Podwójnie czekoladowe muffinki


Ten przepis uratował mnie już w dziesiątkach sytuacji, kiedy potrzebowałam pewnego, pysznego wypieku. Takiego "na szybko", bez ryzyka, że gdy wyjmę z piekarnika to wyjdzie coś w rodzaju ciastoliny i w dodatku wykonanego z produktów, po które - na wypadek niespodziewanych gości - nie trzeba biec do sklepu z prędkością równą prędkości światła. Ale tak na prawdę, to doceniłam go dopiero po urodzeniu Córeczki. Gdy skończyła pierwszy miesiąc, nieśmiało zaczęli do nas zaglądać pierwsi goście. Ciocie i wujkowie. Pierwsi ciekawi, jak ta nasza Kruszynka wygląda i czy jest bardziej podobna do Mamy czy Taty. To bardzo miłe spotkać się z taką ilością ciepłych słów i spojrzeń. I chociaż w nowych okolicznościach nikt ode mnie tego nie wymagał, to ja przyzwyczaiłam się już, że w moim domu Gość zawsze dostaje chociaż drobny poczęstunek. Trudno mi było odpuścić, nawet, gdy na moich rękach praktycznie cały dzień spoczywał Maluszek. Musiałam jednak myśleć, by przygotować coś szybko i sprawnie, tak by wyrobić się mniej więcej w ramach jednej z krótkich, bo 15-minutowych drzemek maluszka. I tu znów mój flagowy przepis na muffinki przyszedł z pomocą.

Dlatego nieprzypadkowo to właśnie tą recepturą na małe muffinkowe co nieco chciałam podzielić się z Wami w pierwszej kolejności na moim blogu. To przepis, dzięki któremu narodziła się moja miłość do muffinek. 

Znaleziony swego czasu w Internecie i udoskonalony przeze mnie w prosty sposób, tak że aż miło mi się patrzy na zadowolone miny konsumujących go Gości, zaskoczonych miłą niespodzianką kryjącą się w środku.



To właśnie czekolada ze słoika, którą sowicie wypełniam każdego muffinka gwarantuje kulinarny sukces tego prostego wypieku. Po pierwsze sprawia, że muffinek wręcz rozpływa się w ustach, jest głęboko nawilżony i lekko uzależnia ;) Cóż... jedna sztuka, to dla czekoladowych łasuchów zdecydowanie za mało! Pieczenie tego podwójnie czekoladowego cudeńka zajmuje nie więcej jak pół godziny. Do tego przepis jest tak prosty, że niezbędne do niego składniki zazwyczaj są w naszych domach. Może za wyjątkiem tej słoikowej czekolady, ale zapewniam - jeśli raz upieczecie te muffinki to zapasy takiej czekolady znajdą się już na stałe w Waszej kuchni. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie ochota na to małe muffinkowe co nieco.

Składniki mokre:

- 1 jajko
- pół szklanki oleju
- 1 szklanka mleka

Składniki suche:

- pół szklanki cukru
- 2 szklanki mąki
- 3 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 łyżki kakao

oraz 3/4 słoika czekolady (+/- 300g)

Muffinki piekę w silikonowych foremkach (15 sztuk). Jak się przekonałam, także to, do czego wrzucimy nasze ciasto ma znaczenie. Silikon w wypadku tego przepisu sprawdził się najlepiej, pozwalając zachować "soczystą" konsystencję ciasta. Muffinki z tego przepisu pieczone w specjalnej blaszce wychodzą bardziej suche, kruche a nawet lekko się rozpadają. Natomiast próba mojej mamy pieczenia wyłącznie w papierowych foremkach skończyła się katastrofą. Papier rozszedł się pod wpływem ciężaru ciasta, wyszły nieforemne i za mocno przypieczone.

Wykonanie jest bardzo proste, nie potrzebujemy nawet miksera. Najpierw oddzielnie mieszam składniki suche i mokre. Mokre najczęściej ubijam zwykłą trzepaczką, żeby nadać im puszystości. Następnie powoli dosypuję składniki suche do mokrych, mieszam łyżką i ciasto gotowe!

Po rozłożeniu silikonowych foremek na blaszce piekarnika najpierw wypełniam je tak, żeby lekko zakryć dno. Czyli do każdej wkładam tylko małą porcję (łyżeczkę) ciasta. Następnie dokładam czekoladę ze słoika. Do każdej foremki wkładam czubatą (!) łyżeczkę tego uzależniającego (a jakże) kremu. Przy okazji, muszę przyznać, że kilka porcji ląduje w mojej buzi... No cóż, taki przywilej kucharki :) Następnie wypełniam foremki resztą ciasta, starając się rozłożyć je proporcjonalnie w każdej z nich. Im więcej ciasta zostawimy na wierzch, a mniej damy na spód, tym jest szansa, że muffinki ładniej nam wyrosną.

Muffinki piekę zawsze w 200 stopniach C, nie wykorzystując termoobiegu. Piekę 15 min. (wkładając do już rozgrzanego piekarnika), a następnie sprawdzam, czy są gotowe do wyjęcia wkładając w nie wykałaczkę. Zazwyczaj przedłużam pieczenie jeszcze do 2 minut, aby wierzch nabrał lekkiej chrupkości. I gotowe!

Nie muszę chyba dodawać, że najsmaczniejsze są lekko ciepłe. Tata Muffin dba o to, by kilka z nich od razu znikło ze świeżo wyjętej z piekarnika blachy :)

Smacznego! Dajcie proszę znać, czy Wam smakowało :)



Odlotowe misie, czyli pierwszy ręcznie wykonany prezent od Mamy


Mała Muffinka spadła nam z Nieba. Ile razy patrzę na nią, zwłaszcza smacznie śpiącą obok mnie w łóżeczku przychodzi mi na myśl, że jest w tym Dziecku pierwiastek tego, co nieziemskie. Taki mały Cud, który przyszedł na świat, bo bardzo pragnęli tego Rodzice. A skoro tak, to i jego przyjęcie na świecie musiało być koniecznie opatrzone odpowiednim przygotowaniem.

Bardzo chciałam dać mojej Córce prezent, taki od serca, niepowtarzalny, oryginalny. Własnoręcznie wykonana dekoracja pokoju wydała się najbardziej trafionym pomysłem. Dla niebiańskiego dziecka prezent też musiał nawiązywać do bujania w przestworzach. I tak właśnie powstały żyrandole - misie w balonie.

Te latające balony były moim ciążowym wyzwaniem. Zaczęłam przygotowywać je około 6. miesiąca ciąży i powiedzmy sobie szczerze... ledwo zdążyłam przed narodzinami. A w zasadzie zaliczyłam mały poślizg, bo papierowa kula z misiem nr 2 zawisła na suficie już, gdy córeczka smacznie spała sobie w swoim łóżeczku. Skąd pomysł na taką dekorację w pokoiku? Nie jest to moja własna inspiracja, bo w Internecie i sklepach z oświetleniem można natknąć się na podobne "misiowe żyrandole". Natomiast całe know-how wykonania tych balonów z misiem, które zawisły w pokoju mojej córeczki, jest już jak najbardziej mojego autorstwa. Właśnie tą wiedzą chciałam się dziś z Wami podzielić, ponieważ ten długi czas realizacji w moim przypadku był spowodowany właśnie między innymi koniecznością "opatentowania" metody wykonania dekoracji. Jeśli dzięki moim własnym doświadczeniom ktoś może mieć łatwiej, to czemu nie. Polecam się na przyszłość;) Uprzedzę jednak na początek, że w przypadku tych latających balonów i mojej instrukcji, jest to zadanie dla osób cierpliwych i lubiących choć trochę operacje za pomocą igły i nici. Choć bez obaw - maszyna do szycia nie będzie konieczna.

Wszystkie produkty niezbędne do wykonania żyrandoli z misiami kupiłam przez Internet. Oprócz głównych bohaterów - w moim wydaniu misiów "Puchatków". Te dostałam od przyszłej Babci, która kupiła je po okazyjnej cenie w sklepie typu second hand. Miałam na prawdę niezłego farta, bo do wykonania lampy - balona z misiem potrzebowałam wyjątkowo małych misiów, które zmieściłyby się w mini koszyczkach, a do tego najlepiej z tej samej serii. Puchatki z ciucholadnu okazały się być w sam raz. Ale jeśliby Wam taki fart zakupowy nie dopisał, zawsze można zamówić misie z Internetu. Warto by były na prawdę nie za duże. Moje mają ok. 20 cm wysokości. Główny filar dekoracji, czyli balony to najprostsze kule papierowe typu "z IKEI". Chociaż ja akurat kupiłam je na Allegro. Mają 40 cm średnicy. Jest to wymiar kluczowy, ponieważ do wielkości tego klosza należy moim zdaniem dobrać proporcjonalnie wielkość pozostałych elementów dekoracji. Do tego jeszcze dekoracyjny sznurek (mój miał aż 50 m, ale oczywiście został mi jeszcze duuuuży zapas), dwa małe koszyczki (wymiary: wysokość koszyczka - 7 cm. + 10 cm pałąk, średnica denka - 7 cm, średnica górna - 11 cm), materiał (minimum to 50 x 140 cm) i kawałek najlepiej wąskiej, ozdobnej tasiemki - wstążki.

A zatem po kolei. Oto krótka, choć szczegółowa instrukcja, jak wykonać tytułowe "odlotowe misie". Oczywiście możecie przygotować elementy dekoracji w innej kolejności, ważne by efekt finalny był ten sam :) Ja zaczęłam od pracy, która zapowiadała się być najbardziej żmudną, bo zawsze wychodzę z założenia, że jeśli taki wysiłek mnie nie zniechęci to dalej już będzie tylko z górki i w efekcie mam pewność, że ukończę moje zadanie mimo pojawiających się trudności.

Jak zrobić lampę balon z misiem?

Krok nr 1: Szyjemy ozdobne kokardki. Mój żyrandol ma aż 8 sztuk, ponieważ chciałam, żeby dekoracja była bogato zdobiona. Trzeba mieć na uwadze, że żyrandol oglądamy zawsze tylko pod pewnym kątem, w zależności od wymiarów pokoju oczywiście. W moim wypadku jestem absolutnie zadowolona z efektu. Taka liczba kokardek okazała się w sam raz, żeby dekoracja prezentowała się w pełnej krasie z każdego miejsca w pokoju. Do wykonania pojedynczej kokardki (9 x 5 cm) potrzebujemy 8 kawałków materiału (do wielkości kokardki należy dodać +/- 1 cm tzw. "zakładki" materiału na obszycie. Lepiej więcej niż mniej, bo materiał po obszyciu można zawsze przyciąć. Ja za każdym razem tak właśnie robiłam). Składamy je na pół, a następnie obszywamy dookoła na lewej stronie, zostawiając tylko mały otwór ok 2 cm. Na koniec wywijamy całość na stronę prawą. Otrzymujemy prostokątny "woreczek". Zaszywamy do końca materiał w miejscu, które pozostawiliśmy dotąd niezszyte w celu "wywinięcia", starając się zrobić to jak najbardziej estetycznie. Teraz pozostaje już tylko uformować kokardkę, dodając do niej dla ozdoby kawałek tasiemkowej wstążki. Za każdym razem robiłam to w podobny sposób. Układałam wstążkę przyciętą odpowiednio do wymiarów kokardki na prostokącie, następnie łapałam oba materiały po środku tworząc 3 fałdki i formując w ten sposób kokardę. Całość trzeba odpowiednio obszyć (technika wykonania dowolna, ważne, żeby się trzymało) i na końcu uformować odpowiednio palcami ramiona kokardki, tak żeby nie były spłaszczone. Ja dodawałam jeszcze pośrodku dodatkowy pasek z kokardki, żeby zamaskować zszycie wykonane na środku kokardki.



Krok nr 2: Przygotowujemy woreczki. Liczba i wielkość woreczków zależy od wielkości koszyka. Moim zdaniem powinny być nie za duże, tak żeby nie wystawały poza krawędzie koszyka i nie przytłoczyły całej dekoracji. W moim przypadku wystarczyły 4 woreczki. Są mikroskopijnej wielkości, dlatego ich szycie poszło szybko i sprawnie. Na początek przygotowałam 4 kawałki materiału o wymiarach 15 cm x 5 cm + ok. 1 cm zakładki na obszycie z każdej strony po bokach woreczka. Złożyłam materiał na pół, zszyłam z dwóch stron, od góry tworząc zakładkę, dzięki której woreczek po wywinięciu będzie wyglądał estetyczniej. Gotowy, już na prawej stronie wypychałam ścinkami materiału i związywałam tą samą koronką, którą wykorzystałam do przygotowania kokardek. 



Teraz najgorszą pracę mamy już za sobą. Pozostaje już tylko sfinalizować pracę, zaczepiając kolejno elementy dekoracji.

Krok nr 3: Zahaczamy sznurki o górną część balona. Przyjęłam zasadę, że wszystkie techniki są tu dozwolone, ważne tylko, żeby się solidnie trzymało :) Najpewniejszą metodą wydało mi się przyszycie sznurka do papierowego balona. Ma on na szczęście poziomo ułożone druciki, do których śmiało można przyszyć sznurek, zawiązując najpierw na jego końcu supełek. Trzeba zrobić to solidnie, bo na tym sznurku trzymać się potem będzie cała dekoracja. Podobnie jak kokardek, tak i sznurków zahaczyłam aż 8.



Krok nr 4: W połowie klosza zaczepiłam kolejne sznurki, tym razem wiszące poziomo. Przygotowałam w tym celu 8 sztuk krótszych sznureczków. Zaczepiałam je, przywiązując kolejno oba końce do sąsiednio zwisających sznurków zawieszonych w pionie. Fajnie, żeby tak przywiązane poprzeczne sznureczki tworzyły łódeczkę, a więc nie mogą być za bardzo naciągnięte. Cała dekoracja będzie wyglądała dzięki temu bardziej estetycznie.



Krok nr 5: Teraz czas na przyszycie wcześniej wykonanych kokardek. To najprzyjemniejszy punkt programu, bo w miarę ich przyszywania widać, jak dekoracja pięknieje w oczach. Efekt finalny jak dla mnie był bardzo zadowalający :)



Krok nr 6: Na koniec pozostaje zaczepić woreczki do koszyków (także zrobiłam to za pomocą igły i nici), włożenie do środka misia i przywiązanie koszyka do klosza. Najlepiej klosz zawiesić najpierw np. pomiędzy dwoma krzesłami, w zasięgu wzroku i rąk. Łatwo będzie wtedy dobrze wyważyć koszyk (trzeba to koniecznie robić z już siedzącym w środku misiem, inaczej po jego włożeniu może się okazać, że koszyk pod wpływem ciężaru maskotki przechyla się nadmiernie na jedną ze stron). Przywiązując koszyk warto zostawić "zapas" sznurka i nie obcinać go od razu przy wiązaniach. Gdy  klosz zawiśnie przy suficie, będzie możliwość dokonania ostatecznej korekty, na wypadek gdyby okazało się, że koszyk nie wisi jednak idealnie równolegle do podłogi.



Teraz pozostaje cieszyć się nowo wykonaną dekoracją. Zapewniam, że satysfakcja, z racji tego, że została wykonana własnoręcznie jest nieoceniona :) Ja zrobiłam aż 2 sztuki tego żyrandola, bo dokładnie tyle żarówek zwisało z sufitu w pokoju mojej Córeczki.

Żeby ułatwić Wam wykonanie balonów, podaję linki do sklepów, w których zamówiłam kolejne elementy dekoracji. 

Sznurek (sprzedawca Allegro -dmlisztwan)
Koszyki (sprzedawca Allegro - ferrari18)
Materiał (sklep internetowy - Pasmasz.pl)
Klosz-lampion (sprzedawca Allegro - PROFI_ID_pl)

Pozostałe elementy (wstążka oraz misie) udało mi się wygrzebać z domowych zapasów lub kupić w okolicznych sklepach. Mam nadzieję, że też w tej sprawie dopisze Wam szczęście. Jeśli nie, Internet na pewno przyjdzie z pomocą ;)

Powodzenia!


z

Mamy narodziny!


Moje Dziecko uczy mnie jak być Mamą. To na prawdę niesamowite doświadczenie. Wszelkie obawy o to, jak poradzę sobie w nowej roli zeszły na drugi plan. Teraz wiem, że sobie poradzę na pewno. Muszę tylko wsłuchać się w to, co chce mi przekazać Moja Muffinka.

Przyszła na świat kilka chwil temu. Bo jak inaczej można nazwać te 14 dni, które sobie liczy. Cud narodzin. Kruszynka. Taka malutka i Moja. Jestem jej wdzięczna za wszystko. Za to, że przystawiona do piersi tuż po porodzie zaczęła ssać, choć jej Mama nie miała zielonego pojęcia jak nakarmić własne dziecko. Ona doskonale wiedziała i dała mi lekcję tej wyjątkowej sztuki. Potem były kolejne chwile, kiedy Muffinka spała cały dzień. Cicha jak myszka, budząca się tylko do jedzenia. Dała czas swojej Mamie, żeby ta oswoiła się z nową rolą. A ta spadła na nią i przytłoczyła na moment niesamowicie. Chociaż długo wyczekiwana, gorąco upragniona to jednak przyznaję, nie można się do niej przygotować. 

Mamą staje się znienacka i gwałtownie. W bólach porodowych, z krzykiem własnym i tym pierwszym wydanym przez Dziecko. Ale natura wie, co robi, bo w ten sposób stawia granicę pomiędzy dotychczasowym życiem, a nową rolą. Nieodwracalnie. 

Dlatego świeżo upieczona mama czuje się jak rzucona na głęboką wodę. Z dnia na dzień jednak pewniej, bo ma przecież wytrwałą nauczycielkę... Co w tej lekcji zaskoczyło mnie najbardziej? Poplątanie dnia z nocą. Szczere gratulacje od najbliższej przyjaciółki z dopiskiem "p.s. wyśpisz się za rok" chyba najlepiej oddają istotę problemu ;) Oczywiście, że byłam tego świadoma i na to gotowa. Ale jednak dostosowanie się do rytmu życia takiego maluszka wymaga zahartowania. Chwilowo nie czuję się panią swojego czasu, stąd lekkie zmieszanie i nieporadność w wypełnianiu najzwyklejszych obowiązków. Świat się zatrzymał. Dziecko zdominowało wszystko. Ale patrząc na Muffinkę nie potrafię odmówić jej na razie niczego. Stąd nawet, gdy śpi to otrzymuje od Mamy sto procent jej uwagi. Cała reszta może poczekać. Jeszcze chwilę drogi świecie!

Narodziła się Mamamuffin. Dziś ma dla Was w prezencie swoją ulubioną kołysankę. Te kilka minut muzyki mieści w sobie tyle emocji, które w tej chwili we mnie zamieszkały. Łezka kręci się w oku ;)