Chrrrrrup muffin, czyli muffinki super chrupiące


Jestem po prostu muffinouzależniona... Jakie są tego objawy? A no takie, że gdy w moje ręce wpada przepis na muffiny po prostu nie mogę, nie mogę ich nie upiec :) I całe szczęście! Gdyby nie to, nie spróbowałabym tych muffinów, najbardziej chrupiących na świecie. Wystarczy napisać, że po ich spróbowaniu Tata Muffin rzekł tak: "To drugie w kolejności najlepsze muffiny, jakie upiekłaś". Dla niewtajemniczonych wyjaśnię: pierwsze i bezkonkurencyjne już chyba na zawsze będą muffiny podwójnie czekoladowe, na które przepis znajdziecie tutaj. Z tego wyciągnąć można jeden, bardzo ciekawy wniosek. Im prościej i szybciej wykonuje się muffiny, tym lepiej smakują. No, przynajmniej mojemu mężowi :)

Te ekstra chrupiące muffiny robi się w nieprzyzwoicie szybkim tempie. W jeszcze szybszym się je zapieka a potem... zjada :) Gdyby jednak zdarzyło się komuś nie skonsumować ich zaraz po wypieczeniu to warto wspomnieć, że jak mało które te nie tracą na smaku ani troszkę także na dzień następny.

Przepis na Muffiny trafił do mnie dzięki mojej Córeczce, a właściwie zakupowi, który poczyniliśmy specjalnie dla niej. Znalazłam go pod tacką nowego krzesełka do karmienia z motywem muffinów w roli głównej. Recenzję krzesełka COOKIE Baby Design znajdziecie tutaj, a gwarantujący chrrrrrrrrupiące doznania przepis poniżej.

Składniki na muffinki (przepis oryginalny):

1 szklanka cukru 
1 szklanka masła (ale nie roztopionego!, czyli mniej więcej 2/3 kostki - przyp. MM)
1 szklanka mąki
2 szklanki płatków owsianych błyskawicznych
1 łyżeczka sody (przesianej z mąką)

Wykonanie (z moimi drobnymi uwagami):

W zasadzie prościej być nie może: wrzucamy wszystko do jednej miski a potem ugniatamy ręcznie aż do momentu, gdy z masy będzie można łatwo uformować zwarte kuleczki. Robimy 8 lub 12 sztuk w zależności od foremek. Kulki w foremkach (najlepiej wyłożonych papierowymi papilotkami), lekko przygniatamy. I gotowe. Pieczemy 8-12 minut w temperaturze 250 stopni Celcjusza.

Moje uwagi? Zdecydowałabym się na ciut mniej cukru, zastępując go odrobiną więcej mąki i płatkami. No i uważałabym na temperaturę w piekarniku. 250 to bardzo dużo, rzadko trafia się wypiek, który tego wymaga. Ale chrupiąca konsystencja ma swoje wymogi, stąd pewnie w przepisie tak wysoka temperatura. Ja zdecydowałam się na 220 stopni i 2-3 minuty dłużej. Ale przy takim eksperymencie pierwszy wypiek warto mieć pod bacznym okiem, zaglądając za szybkę piekarnika i kontrolując stopień przyrumienienia muffinków.

To wszystko :) Smacznego!

Ale ciacho! Krzesełko Baby Design COOKIE - moje opinie



Gdy wybieraliśmy się z Tatą Muffin po ten zakup, nie myślałam, że spotka mnie tak miła niespodzianka. Muffinkowe krzesełko do jedzenia to przecież coś w sam raz dla Małej Muffinki. Znalazłam je w katalogu, potem krótki research w internecie i jest! A gdy mąż złożył je po wyjęciu z kartonika a ja zabrałam się za czyszczenie, mile zaskoczyłam się po raz drugi :) Pod tacką ukryty był przepis na muffiny :) Chyba nie muszę pisać, że długo nie czekał na wypróbowanie. 

Ale po kolei, dlaczego Mała Muffinka dostała właśnie to krzesełko? Bo design, choć z uwagi na moją pasję bardzo kuszący, nie był tu decydujący. Jestem raczej bardzo praktyczną osobą, dlatego przy wyborze krzesełka kierowały mną pewne kluczowe założenia dotyczące funkcjonalności:

Po pierwsze: kółka
Po drugie: łatwo zmywalne, zdejmowane (!) pokrycie siedziska
Po trzecie: barierka między nogami dziecka, dla większego bezpieczeństwa
Po czwarte: nie duża waga
Po piąte, choć wcale nie najmniej ważne: niewygórowana cena

Zacznę może od ceny, bo ta pewnie spędza sen z powiek wielu rodzicom. W końcu, gdy się ma w domu maluszka, zwłaszcza jeśli jest to pierwsze dziecko, wydatków jest bardzo dużo. A krzesełka do karmienia nie wiedzieć czemu potrafią kosztować niebotyczne pieniądze! Od pewnej kwoty w górę płaci się moim zdaniem już głównie za markę i design. Krzesełko do karmienia COOKIE można kupić w przyzwoitej kwocie, poniżej 300 zł. Niekiedy trudno o wybór koloru w sklepie, ale tu na przykład (przynajmniej na dzień publikacji wpisu) krzesełko COOKIE  jest dostępne jeszcze we wszystkich wariantach kolorystycznych. Za starsze modele, które nie mają kółek (te producent dodał w tym foteliku po 2015 roku), można kupić nawet taniej (za ok. 230 - 240 zł). Jeśli koniecznie zależy Ci na kółkach i kupujesz przez Internet uważaj. Najlepiej najpierw dowiedzieć się mailowo od sprzedawcy, który model ma w ofercie. Tu znajdziesz przegląd ofert w różnych cenach.



Krzesełko COOKIE jest stosunkowo lekkie w sensie wagowym, ale też pod względem designu - nie zagraca mieszkania. Przy takim wyborze kolorów z powodzeniem można dobrać wariant, który dobrze wtopi się w pozostałe elementy wyposażenia domu. Wydaje się, że sposób złożenia, jaki przygotował producent jest najbardziej optymalny z możliwych. Zsuwają się nie tylko nóżki, ale też można odpowiednio zaczepić z tyłu tackę, tak żeby po złożeniu szerokość była nie większa jak 40 cm. Tym samym krzesełko można sprytnie ustawić gdzieś w kącie kuchni czy pokoju, albo za drzwiami, nawet gdy mamy tam mało miejsca. Dodatkowo w załączonym koszyku można trzymać wszelkie niezbędne do jedzenia gadżety.

Teraz słów kilka o tapicerce i pasach. Tak, są w większości białe, co zresztą widać na pierwszy rzut oka. Ale są to elementy zdejmowalne i z możliwością prania w pralce (swoje pasy w tym celu właśnie zdjęłam, dlatego wybaczcie, że nie widać ich na zdjęciach). Na razie piorę, bo wiem, że będą szczególnie ulubionym smakołykiem ;) Nie zdążyły natomiast jeszcze przeżyć kulinarnego armagedonu, ze względu na stosunkowo nieufne podejście do rozszerzania diety u mojego piersiowego maluszka. Myślę jednak, że nie powinno być najgorzej. Już kupując byłam pogodzona z tym, że nie znajdę produktu na wieki. W sprzedaży są krzesełka całkowicie plastikowe lub z silikonowymi elementami w siedzisku. To jednak, wyłożone ceratką wydaje mi się po prostu bardziej przyjemne dla dziecka, bo mięciutkie. W końcu sami z mężem też wolimy jadać w salonie, gdzie mamy tapicerowane krzesła a w kuchni na plastikach zasiadamy tylko na chwilę. No i nie wspomnę już o walorach ceraty w obliczu ząbkowania. Gryzie się znakomicie :)

Element zabezpieczający między nóżkami: zależało mi, żeby się pojawił w krzesełku. Przyznam się dlaczego, choć pewnie nie powinnam tak publicznie. Zdarza mi się nie zapiąć małej pasami. Po prostu widzę, że nie jest jeszcze na tyle zwinna i na dzień dzisiejszy nie potrafi zmienić pozycji w krzesełku. Na widok pasów dostaje natomiast białej gorączki. Tak jest póki co szybciej, wygodniej i mniej emocjonalnie. Na pewno, gdy zauważę, że nabierze sprytu i zacznie się w krzesełku wiercić nóżkami zmienię tę politykę. Tym bardziej, że mam wątpliwość, czy z powodu "przegródki" między nogami nie przyjdzie pewnego dnia chwila, kiedy przed moim małym pulpecikiem nie będę mogła już zasunąć tacki. Wtedy pasy mogą być bezwzględną koniecznością. Ale pewnie się mylę, w końcu jak grubiutkie mogą być nóżki maleństwa ;) Raczej Mała Muffinka będzie teraz rosnąć wzwyż i trochę gdzieniegdzie wysmukleje. Jeśli Ty też masz "na składzie" małego pulpecika przed zakupem weź pod uwagę, że pod tacką jest mniej więcej 11 x 11 cm miejsca na każdą z nóżek.

No i wreszcie rzecz o kółkach i wadze nowego nabytku. Troszkę przestraszyłam się, gdy zobaczyłam, że kółka są plastikowe. Spodziewałam się raczej gumowych lub silikonowych. W każdym razie plastiki wydają mi się w tym przypadku ryzykownym rozwiązaniem. No ale wiadomo - z czegoś musiała wyniknąć nieco niższa cena za produkt. Na razie moje obawy okazują się zbyteczne. Kółka wytrzymują mimo, że w ciągu dnia krzesełko przemierza mniej więcej taką trasę: kuchnia - salon - łazienka - salon - kuchnia - salon - kuchnia ;) Czasem z dzieckiem, czasem bez. Panele nie są porysowane a ja na prawdę cieszę się, że mogę sobie tym pojeździć a nie muszę dźwigać. Bo jak się okazało nawet waga niespełna 8 kg (czyli aktualnie ciut mniej od mojej córeczki) przy takim rozstawie nóżek stwarza problemy przy podnoszeniu. Już przed zakupem byłam nastawiona na wykorzystanie tego krzesełka nie tylko do posiłków, ale i do zabawy. Stąd zależało mi na mobilności. Żeby postawić w tej kwestii "kropkę nad i" to napiszę tylko, że trochę brakuje mi jakiegoś sprytnego uchwytu, który mi - mamie o stosunkowo małych gabarytach - ułatwiłby przemieszczanie tego pojazdu najlepiej jedną ręką :) Bo muszę się przy tym nieźle nagimnastykować. No ale pomarzyć zawsze można, bo nie sądzę żeby znalazł się taki model na rynku...

Poza wymienionymi przeze mnie aspektami krzesełko Baby Design COOKIE jak na dobre ciasteczko przystało kryje w sobie parę ekstra niespodzianek. Mam tu na myśli regulowany na trzech poziomach stolik (co umożliwia dosuwanie go do brzuszka dziecka) i odpinaną na zatrzaski tackę z wgłębieniem na kubeczek. Do tego dochodzi możliwość rozłożenia oparcia (mimo, że córeczka dobrze już siedzi to uzyskany tą metodą dodatkowy "luz" przydaje się przy wkładaniu i wyjmowaniu jej z krzesełka). Producent przewidział też możliwość ustawienia krzesełka aż na sześciu poziomach wysokości, choć w sumie nie wiem dlaczego aż tyle. Osobiście wydaje mi się, że wykorzystamy tylko dwa: ten najwyższy teraz, bo mi jest tak wygodniej i najniższy, gdy córeczka zechce wykorzystać krzesełko do własnych zabaw i tyle. Ale pewnie projektant wyszedł z założenia, że od przybytku głowa nie boli. Lepiej więc dać więcej poziomów regulacji, niż za mało. Aha! jest jeszcze regulacja podnóżka, ale moja dziecina uwielbia machać nogami, dlatego podnóżek od razu poszedł do pozycji pionowej i pewnie już tam tak zostanie na dobre.

To tyle na temat moich osobistych wrażeń, jeśli chodzi o krzesełko Baby Design COOKIE. Każdego kto planuje zakup tego lub podobnego krzesełka zachęcam do zadawania pytań. Chętnie podzielę się wiedzą i doświadczeniem w temacie. Najlepiej pytać na dole w komentarzach, tak żeby potem odpowiedzi mogły zobaczyć też inne osoby.




A deser zostawiłam na koniec. Tu zapraszam po prawdziwe ciacha, czyli przepis na muffinki od Baby Design w wykonaniu Mamy Muffin :) Chrrrrupiące doznania gwarantowane!




My chustomamy tak mamy - wywiad z Agnieszką Osinską


To była jedna z większych niespodzianek w początkach mojego macierzyństwa. Trzeci miesiąc życia mojego nieodkładalnego z rąk Maleństwa. Bezsenne noce, płacz który zdawał się nie ustawać i absolutny brak czasu dla siebie, nie mówiąc już o domowych obowiązkach. Dodające niesamowitej macierzyńskiej mocy hormony wciąż buzowały, ale potworne zmęczenie dawało już się powoli we znaki. Docierało do mnie to, czego dotychczas starałam się nie zauważać. Jeśli nic z tym nie zrobię, będzie bardzo źle. 

I wtedy, jak w pięknej bajce pojawiła się ONA :) W moich drzwiach stanęła Agnieszka z zachustowaną córeczką na plecach. A mi w głowie wirowała tylko jedna myśl: skąd mama czwórki dzieci tak ochoczo znalazła czas, by pomóc mi w moim problemie? 

Na prawdę jeszcze chwilę wcześniej nie uwierzyłabym, że tacy ludzie istnieją tak blisko mnie :) Dziś już wiem, że trafiłam w dziesiątkę i szukałam pomocy tam, skąd w moim przypadku mogła dotrzeć w najlepiej podanej formie! Najlepszej zarówno dla mnie jak i dla mojego Dziecka. Niedawno spotkałam się na kawie z moją chustową mamą. O czym rozmawiałyśmy? Zapraszam serdecznie do lektury.

Agnieszko, z wykształcenia jesteś położną. Niedawno skończyłaś profesjonalny kurs chustonoszenia i podpowiadasz mamom jak prawidłowo chustować maluszki. Czy myślałaś może kiedyś o tym co robisz, że tam na sali porodowej nie raz towarzyszyłaś przy odcinaniu pępowiny, a teraz odwiedzając mamy zawiązujesz ją na nowo… Czy chusta jest jak pępowina?

To akurat trochę niebezpieczne porównanie. Bo pępowinę musimy odciąć. Ona nie jest już dziecku po porodzie zupełnie potrzebna. A noszenie tak. Jak najbardziej. Często pomija się fakt, że dzieci rodząc się są już nauczone noszenia. Stąd dużo zarzutów względem chust, że przyzwyczajamy dziecko do tego. Często pokutuje u nas babciny sposób na tak zwany zimny chów. Jak dziecko płacze to niech się wypłacze. Za dużo nie można nosić. A już tym bardziej nie przytulać, nie głaskać, nie całować. Dlatego czasem o mamach noszących myśli się ze zgorszeniem. Myśli się, że dziecko zniewala mamę, nie daje wolności.

Rozumiem... a używając analogii do pępowiny tylko możemy dostarczyć argumentów przeciw. Bo pępowina kojarzy się w potocznym rozumieniu z nadmiernym przywiązaniem do matki, czy też szerzej - do rodziców. 

Tak. Podczas gdy poród jest odcięciem zbędnej pępowiny, chusta jest dopełnieniem tego czego dziecko bardzo potrzebuje. Tak właśnie traktuję chustowanie. Chcę ukierunkować mamy, żeby nie bały się, że te dzieci noszą. To nie jest tak, że dziecko coś na nich wymusza. To nie tak, że urodziło się i teraz powinno być daleko ode mnie. Bo dziecko instynktownie i tak szuka mamy i chce być na niej.

Czyli miałam jednak dobrą intuicję, choć szukałam złej analogii. Bo chustonoszenie to w pewnym sensie powrót do bliskości z okresu ciąży. Rzec można, że to jej ciąg dalszy, ale już nie fizyczny tylko bardziej emocjonalny. Jak to jest z tymi emocjami w chuście?

Wystarczy, że dziecko się przytula a mamie robi się ciepło na sercu. Myślę, że chustowane dzieci mają pewną wyjątkową cechę. Widzę to po mojej najmłodszej chustowanej córce, że są związane z rodzicem, ale nie tak, że trzymają się za nogę, tylko tak emocjonalnie. Niby się bawi, ale ma taką potrzebę, żeby jednak przyjść i się przytulić. Wtedy mama czuje, że to jednak coś dało. Mój drugi syn, Tymek to był typowy egzemplarz dziecka odkładalnego. Jego się nakarmiło on leżał i sam zasypiał. Nawet gdybym go chciała nosić, to nie wiem czy by mu to odpowiadało. Przypuszczam, że tak, ale nawet nie próbowałam. Teraz widzę jaka jest ta moja noszaczka a jaki był on. Taki niedotykalski, nie chciał, żeby wnikać w to, co on robi. Zresztą do dzisiaj taki jest. Nie wiem, na ile to jest kwestia charakteru a na ile to niedopieszczenie w dzieciństwie. Chusta daje więc mamie też poczucie, że dziecko będzie bardziej empatyczne.

No tak… moja córeczka bardzo dużo się uśmiecha do ludzi na ulicy. Zastanawiam się, czy to właśnie jest ten efekt chuściocha.  Bo dziecko czuje się bezpiecznie będąc przy mamie…

Tak. I do tego jest na wysokości wzroku innych ludzi a nie leży w wózku i widzi chmurki i drzewka. To daje mamie też poczucie radości, dumy. Widzę jak moja córka przez to, że była noszona w chuście w domu i poza nim, bardzo szybko przyswoiła sobie wiele umiejętności. Często zaskakuje nas, że rozumie i potrafi zareagować na nasze prośby. Nawet nie muszę mówić. Gdy zobaczy, że coś się wysypało to idzie i przynosi zmiotkę zupełnie o to nie proszona. Po prostu zamiatała będąc ze mną nie raz w chuście i wie, że trzeba to zrobić.

Tyle pięknych słów, ale ty jako doradca pewnie wiesz najlepiej, że przygoda z chustowaniem zaczyna się najczęściej bardziej prozaicznie. Powiedz, kto się do Ciebie z reguły zgłasza po pomoc?

Najczęściej są to mamy w kryzysowej sytuacji. Mamy, których dziecko kolkuje, ząbkuje. Wtedy zaczynają zastanawiać się nad alternatywą. Albo mamy dzieci, które są strasznie nieodkładalne. Czyli one by chciały żeby ono w tym łóżeczku leżało a dziecko robi wszystko, żeby i tak być na rękach. I wtedy się mówi, że ono wymusza, co też jest nieprawdą. Tak jest najczęściej. Chociaż są też mamy, które zaraziły się ideą noszenia jeszcze w ciąży. Ale to są na razie pojedyncze. Jest ich na pewno mały procent. Najwięcej jest takich mam, które z potrzeby się zainteresowały.

Czyli nie jestem wyjątkiem od reguły. Jesteś, rzecz można, moją chustową mamą.  I też spotkałyśmy się, gdy miałam kryzys w opiece nad córeczką. Powiedz, co czujesz, gdy mamę taką jak ja, taką którą uczyłaś, widzisz potem z chustą z dzieckiem na ulicy?

Ostatnio gdy uczyłam mamę świeżo urodzonego maluszka to rodzice stwierdzili, że widać po mnie że się bardzo angażuję. Zależy mi na tym, żeby osoba, którą uczę nie poprzestała na jednej lekcji tylko faktycznie zaczęła nosić. Taka jest moja idea. Chcę zrobić wszystko, żeby ta mama faktycznie wzięła się za to noszenie. A jeszcze jak dostanę jakieś zdjęcie, albo gdzieś spotkam to na prawdę się cieszę. Traktuję to jako swój sukces i też cieszę się, że im się udało nawiązać tą relację i że będą z tego czerpać radość. Nie umiem się od tego odciąć. Nawet jak nie przyślą żadnego zdjęcia, nie mam od nich sygnału, to często myślę czy wiążą się. My chustomamy chyba już tak mamy. Przywiązujemy się do siebie taką niewidzialną więzią. Tak jak nasze dzieci są przywiązane do nas chustami.

W naszej okolicy byłaś jedną z pierwszych mam chustujących. Jak chustowanie jest odbierane w takim jak nasze, niedużym mieście?

Gdy ja zaczynałam noszenie to czułam na sobie zdziwione spojrzenia. Było też dużo nie zawsze miłych komentarzy. Porównań w stylu, że naśladuję Murzynki. Słyszałam je na ulicy, głównie od starszych osób. Gdy zdarzało mi się wiązać w plenerze, to było dużo osób przerażonych. Że to dziecko mi zaraz wyleci. Gdzieś mi zaczynali chustę wyszarpywać: Ja tu pomogę. Na widok samego wiązania pojawiała się panika. Założenie, że mogę zrobić dziecku krzywdę. Kiedyś zapytano mnie nawet o to, w co ja zawiązałam moje dziecko, w prześcieradło czy obrus. Pytano mnie też widząc, ze idę z czwórką dzieci, czy może nie trzeba mi zorganizować wózka. Teraz, gdy minął już rok, słyszę coraz częściej komentarze, że zaczęła panować taka moda. I wzbudza to już coraz mniejszą sensację. Być może ciężko dlatego jest zarazić chustonoszeniem mamy z okolicy. Z jednej strony ze względu na przekonanie, że dziecko nauczy się noszenia i będzie to potem nadmiernie wykorzystywać. A drugie to zdziwienie, jakie wywołuje się wśród ludzi. Jak mama jest nieśmiała, to jest problem.

Powiedz Agnieszko, jak to jest mieć wolne ręce? Czego ty mama czwórki dzieci nie zrobiłabyś, gdyby nie chusta?

Miałam już trudną sytuację z moim trzecim dzieckiem. I żałuję. Bo już wtedy moja chustomama nosiła swoje dzieci. Kiedyś usłyszałam, że jest bariera w noszeniu i jest to masa ciała mamy. Że nie może być za szczupła. A ja zawsze byłam chuda, wtedy nawet jeszcze bardziej niż teraz. Zapadło to na tyle w moją świadomość, że chustowania nie wzięłam pod uwagę. A synek już był takim typowo nieodkładalnym egzemplarzem. Moje siostry wtedy śmiały się, że nabyłam umiejętności oburęcznej. Jego trzymałam w prawej ręce, a wszystko robiłam lewą. I gotowanie i sprzątanie. Wszystko z nim na tej jednej ręce. Przez to ucierpiał mój kręgosłup. Bo pod tym względem lepsze jest dobre noszenie w chuście, niż jakiekolwiek na rękach. W chuście ciężar się rozkłada, odejmuje dziecku kilogramów. Ja dostałam wtedy w kość. Bo dla pozostałej dwójki wszystko robiłam z nim na ręku. I na spacerze też nie chciał siedzieć w wózku. Pchałam brzuchem pusty wózek. Dziecko na ręku a obok jeszcze dwójka starszych dzieci. Bardzo żałuję, że już wtedy nie zaraziłam się chustowaniem. Uratowałoby mnie to w tamtej sytuacji. Dlatego też, gdy urodziła się Kornelka, miałam już czwórkę dzieci i wiedziałam, że może być różnie to zaczęłam szukać. Nie odpuściłam. Koleżanka (dziś mama szóstki dzieci), gdy była u mnie w odwiedzinach zobaczyła, że mała zaczyna być podobnie jak jej starszy brat nie do odłożenia. Wtedy powiedziała mi, że mi tę chustę załatwi. I wtedy się zaczęło. Córka miała 5 tygodni. Ten czas, który poświęciłabym na nerwy, że tu noszę na rękach i nie mogę uspokoić, a tam czeka masa pracy... I jeszcze te wszystkie burze hormonów, które są w kobiecie po porodzie, to już w ogóle pewnie bym usiadła i ryczała. Nic bym nie była w stanie zrobić.

Faktycznie zauważyłaś różnicę w opiece nad dziećmi?

Mała potrzebowała czasu. Dopiero po dobrych trzech, czterech tygodniach zaczęła w pełni akceptować to, że ją noszę. I wtedy był taki czas, że siedziała non stop. To był właśnie ten egzemplarz. Tylko na karmienie i przewijanie wychodziła z chusty. To trochę trwało. A potem jak już przeszła ten swój kryzysowy czas, zaczęła samodzielnie siadać, to już domagała się bycia poza chustą. Ale nie wyobrażam sobie tych 3-4 pierwszych miesięcy, kiedy faktycznie dawała w kość, żeby tej chusty nie mieć. Korzystałam i w domu i na zewnątrz. Mogłam dzieci odprowadzić do szkoły i do przedszkola z nią wygodnie bez wózka. I nie było problemu 6 czy 7 rano, żebym musiała ją włożyć do wózka i taszczyć w zimę. Zawiązana pod kurteczką spała a ja po drodze załatwiłam wszystko co chciałam. Dzięki chuście często ogranicza się lub zupełnie omija nas etap irytacji, który często jest nieuchronny. Przyczyną jest brak wolności. Bo to nie jest normalne dla człowieka, że poświęca sto procent swojego czasu komuś innemu. Podświadomie szukamy swojej neutralnej strefy. I wtedy, gdy dziecko jest typem, który zwykło się niesłusznie określać jako “wymuszający”, to niestety rodzice się podłamują. A po co ładować się w depresję, wyrzucać sobie brak miłości, jak można sobie inaczej pomóc...

... I to tak pięknie z korzyścią dla dziecka.

Tak. I dla siebie i dla dziecka.

Aga, czy ty jesteś chustoświrką?

(Śmiech) Jestem, ale nie mówcie o tym mojemu mężowi. Chusty na pewno nie są tanią inwestycją, bynajmniej te już związane ze świrstwem. Więc chyba stąd to się bierze, że z jakiś swoich tajnych pokładów się te chusty kupuje a mąż niekoniecznie zna cenę. Jak się zaczyna nosić i się poczuje tę magię, to się drąży i szuka. Media społecznościowe to ułatwiają. Ja dłuższy czas nosiłam i nie wiedziałam, że takie środowiska istnieją i trafiłam na grupy na Facebooku zupełnie przez przypadek. No i wtedy się wszystko rozhulało. Zaczęłam zmieniać chusty.

I ile do tej pory miałaś chust na pokładzie?

Przez moje ręce przewinęło się już może przeszło setka. W ciągu półtora roku, bo tyle liczy sobie moja najmłodsza córeczka. Ile mam na stanie to nawet nie odpowiem. Ale to jest tak, że sobie potem świrki tłumaczą, że to jest inwestycja (śmiech), bo chusty nie tracą na wartości. Nawet jak je się kupi, to się sprzeda potem w tej samej cenie. No i potem zaczynają się kombinacje. I ze składami chust i ze wzorami. Można sobie dopasować do stroju, do butów. To już jak to u kobiety. Jedna zbiera torebki, inna okulary, a jeszcze inna świrka zbiera chusty.

Czyli pierwsza chusta pojawia się, żeby sobie poradzić, ale druga i kolejna…

...to już bardziej z zamiłowania.

I - zaryzykuję - z babskiej próżności?

Trochę tak (śmiech). Coś w tym jest. Ja nigdy nie miałam swoich upodobań pod kątem zbieractwa. Dopiero przy chustach się mi to objawiło. Nawet jak sprzedam swoją chustę to śledzę jej historię. Gdzie trafiła? Kto ją nosi? Komu sprzedał? Gdzie jest? Żeby tak nie leżała nie kochana. Mało tego, ja spisuję sobie informacje o wszystkich chustach, które miałam. Jaki miały skład itd. Bo też nie byłabym w stanie wszystkich spamiętać.

A masz już na składzie tą swoją wymarzoną?

Miałam na chwilę pożyczoną. To chusta Natibaby Scarlett. Jest na niej czwórka dzieci i kobieta. Jedno z dzieci niesie w chuście. A więc widziałam w niej siebie i swoje dzieci. I cały czas na nią poluję. Może się kiedyś uda. Jest jeszcze kilka takich miłości, które bym chciała zdążyć chociaż zawiązać. Też w tym świrstwie potem jest tak, że chustomamy - bo najczęściej są to mamy, mają zaufanie do tych innych chustomam. Nawet jeśli są z innego miasta, czy kraju. Tak jak to było w przypadku mojej wymarzonej chusty. Znalazła się mama, która ją ma i zaraz mi wysłała, żebym sobie ponosiła. Nie chcą nawet pieniążków za wysyłkę. Chodzi im o to, żebyś i ty miała okazję sobie zawiązać. Nawiązuje się taka prawdziwa, nieudawana relacja. Nie do pomyślenia w innym wypadku. Bo wyobraźmy sobie, że chodziłoby o torebkę. Nie sądzę, że znalazłybyśmy kogoś w internecie, kto wysłałby nam do ponoszenia swoją torebkę wartą nawet 1000 zł.

Niesamowite. Czyli jednak chustują ludzie o specyficznym nastawieniu do ludzi i świata?

Tak. Bardziej otwarci na relacje międzyludzkie. Mówię tu o tych, którzy ocierają się lub wpadają we świrstwo. To są kobiety, które nawet ubierają się specyficznie. Trochę inaczej jest z mamami, które wiążą tylko przez pewien czas z bardziej praktycznych powodów. Ale chyba rzadko jest tak, że jak ktoś się wkręci to go ominie cała reszta.

Ty jeszcze nie kupiłaś sobie ostatniej chusty?

Zawsze sobie wmawiam, że tak. Ale no cóż… jedyna chusta, która jest ze mną od początku to jest ta, na której się uczyłam. Mam do niej sentyment, dlatego jej nie ruszam. A cała reszta się ciągle zmienia. 

Ach, mówisz o tym żółtym Girasolku. A chciałam od Ciebie wyciągnąć deklarację, że jak go będziesz odsprzedawać to będę miała prawo pierwokupu. Bo myślę, że tak jak ja niejedna mama z okolicy też się na nim uczyła. Też mają do niego sentyment.

No właśnie nie sprzedam. Ona cały czas jest i będzie, choć jest już zmarnowana. Już kilkoro dzieci było na niej wychowanych. 

Myślisz czasem, że przyjdzie taki moment, że nie będziesz nosić?

No już teraz coraz częściej. Kornelka zaczyna uciekać. Ja wyciągam ręce i mówię chodź do chusty a ona ucieka. Aczkolwiek chciałam powiedzieć, że (śmiech) chustowanie sprzyja wielodzietności. Coś w tym jest. W środowisku mam chustujących pojawia się stwierdzenie, że jak ktoś już raz spróbował no to potem jak przychodzi czas, że dziecko zaczyna uciekać to zaczyna myśleć, żeby sobie skombinować chyba nowego chuściocha (śmiech). Na pewno odwlekamy moment kiedy dziecko nie daje się nosić i jakby nie chcemy przyjąć tego do wiadomości, że dziecko się nie daje i chyba same siebie oszukujemy. Ale dziewczyny sobie z tym sprytnie radzą. Szyją sobie z chust torebki, portfele, żeby jednak gdzieś pamiątkę mieć. Więc to jest chyba to świrstwo. Ale ja jeszcze nie kupiłam ostatniej chusty. Choć zawsze się oszukuję, że ta to już na pewno będzie ostatnia. Ale już myślę o kolejnej… póki się da to jeszcze będę próbować.

A czy nie jest tak, że  skończyłaś kurs profesjonalnego noszenia w celu przedłużenia sobie przygody z chustą?

Tak. Chyba po to go zrobiłam. Jakby się okazało, że ta mała się już nie chce nosić, to zawsze będzie okazja, żeby tę lalę zawiązać jak rodzicom się pokazuje. I też będę miała cały czas kontakt z rodzicami malutkich dzieci, którzy są jeszcze entuzjastycznie nastawieni.

Życzę Ci zatem powodzenia na Twojej nowej chustowej drodze.

Dziękuję!

Ja również dziękuję za wywiad.

Chcesz także porozmawiać z Agnieszką? Jej stronę na Facebooku znajdziesz tutaj. 

Regulamin konkursu "Zniżka od Małej Muffinki"

Chcesz poznać moją autentyczną historię z chustą w tle? Pozwól, że powiadomię Cię o nowym wpisie. Zostaw mi swój e-mail:

Foto dzięki Jaskółkowa Fotografia

Muffinki extra kokosowe


Ten wypiek to dowód na to, że potrzeba jest matką wynalazków. Także w kuchni. Gdy jeszcze Mała Muffinka była w moim brzuszku zaopatrzyłam się w olej kokosowy. Miał mieć nieco inne niż kulinarne przeznaczenie. Okazuje się bowiem, że ten produkt doskonale sprawdza się przy masażu niemowlaków. Raczej nie uczula, pięknie pachnie a do tego zapewnia wystarczające nawilżenie, a jednocześnie tak jak tradycyjne olejki służące do tego celu nie pozostawia po rozsmarowaniu śladów. W efekcie nie masz niemiłosiernie tłustych rąk, a Twoje dziecko nie świeci się niczym kulturysta na zawodach ;) Takie były założenia. A rzeczywistość je zweryfikowała. Mała Muffinka nie ma zbyt dużo cierpliwości na masaże. Owszem, nawet je lubi ale pod warunkiem, że robię je szybko i masuję tylko jej odpowiadające części ciała (rączki i nóżki). Masaż reszty jest ble, co skutecznie sygnalizuje grymasem twarzy lub stanowczym odpychaniem moich rąk. Zatem i oleju kokosowego nie zużyłam w tempie przewidzianym wcześniej. Zanim minął termin ważności postanowiłam zrobić z niego szerzej zakrojony użytek.

Pomyślałam, że skoro jedne z najbardziej udanych w mojej kuchni muffinek bazują na oleju, to dlaczego nie wykorzystać oleju kokosowego. I nie pomyliłam się! Jeszcze nigdy nie miałam okazji próbować wypieku o tak intensywnym kokosowym smaku i aromacie.

Zazwyczaj przepisy pod hasłem kokosa i kokosanek bazują jedynie na wiórkach koksowych. Nadają one smak przypominający ten egzotyczny owoc, ale szczerze mówiąc nigdy nie satysfakcjonowało to w pełni mojego podniebienia. Tym razem stało się inaczej. Byłam bardzo zaskoczona smakiem, który udało się uzyskać w tych podwójnie kokosowych muffinkach. 

P.s. A gdyby komuś i tego podwójnie kokosowego smaku było mało nic nie stoi na przeszkodzie, by stały się potrójnie kokosowe. Wystarczy przygotowując ciasto jogurt grecki zastąpić mlekiem kokosowym.

A zatem do dzieła. Oto lista składników (12 muffinów):

olej kokosowy 110 g 
mąka 160 g
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
jogurt grecki 230 g
cukier 100 g
1 jajko
wiórki kokosowe 90 g + odrobina do posypania na koniec

Uwaga! Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej. Pamiętaj zatem wyjąć wcześniej z lodówki jajko, jogurt i olej kokosowy (jeśli go tam trzymasz).

Wykonanie jest bardzo proste:

Wymieszaj wszystkie składniki suche (mąkę, proszek do pieczenia, sól, cukier i wiórki kokosowe). W drugiej misce zmiksuj mokre, czyli jogurt, jajko i olej. Dodaj suche do mokrych, zmiksuj ponownie i gotowe! Teraz pozostaje już tylko włożyć masę do foremek na muffinki (ja piekłam je w papierowych, którymi wypełniłam metalową formę).

Ja dodatkowo do środka dodałam niespodziankę. Jaką? Zobacz na moim kanale na Youtube. 

Przed włożeniem do piekarnika posyp górę muffinek odrobiną wiórek kokosowych. Piecz w temperaturze 190 stopni C przez około 20 minut.

Smacznego! Pamiętaj, że takie muffinki najlepsze są jeszcze tego samego dnia, niedługo po upieczeniu.



Wyprawka dla noworodka: 7 zaskakujących i bardzo praktycznych przedmiotów, o których być może nawet byś nie pomyślała...


To nie jest kolejny post, który ma na celu jedynie przekazanie informacji, ile pieluszek i jakiego rodzaju ubranka do szpitala (i nie tylko) powinnaś przygotować dla swojego jeszcze nie narodzonego dziecka. Owszem, są to rzeczy must have i nie możesz ich pominąć przygotowując się na przyjście na świat maleństwa. Ale takich list pod hasłem wyprawka dla niemowlaka w internecie znajdziesz sporo. Wystarczy odpowiednia selekcja i wyprawka gotowa. Ja na przykład przed narodzinami Córeczki skorzystałam z tej oto listy podesłanej przez koleżankę:

Lista tradycyjnych rzeczy, które powinny znaleźć się w wyprawce dla noworodka i jego mamy.

Dziś, gdy mogę nazwać się już z dumą doświadczoną młodą mamą ;) chciałabym podpowiedzieć młodszym stażem rodzicom, o jakie przedmioty warto uzupełnić wyprawkę dla dziecka. Będzie Ci nieco łatwiej, bo ja musiałam je wykombinować sama. Z perspektywy dnia dzisiejszego myślę, że bez tych 7 rzeczy przetrwanie pierwszych miesięcy opieki nad Córeczką byłyby znacznie trudniejsze.

Tradycyjne listy tego typu skupiają się na higienie i zdrowiu niemowlaka, ubiorze, pojawia się na nich też szereg niezbędnych, choć oczywistych przedmiotów typu wózek, fotelik samochodowy czy łóżeczko. Gdy przygotowywałam się do narodzin Małej Muffinki miałam nawet wrażenie, że często tworzone są z automatu. Bardzo pomocne, a jednak brakuje w nich pewnego małego szczegółu... Chodzi po prostu o fakt, że oprócz wykonywania szeregu czynności, które będą składały się na rutynową opiekę nad Twoim dzieckiem, będziesz jeszcze potrzebować prostych wynalazków, które sprawią, że opieka ta stanie się łatwiejsza i bardziej przyjemna dla Ciebie i dla Dziecka. Z korzyścią dla dwojga!

Oto lista 7 "czasoumilaczy" i "opiekoułatwiaczy", które w ciągu pierwszych kilku miesięcy życia mojej Córeczki przydały mi się niesamowicie, a których nie znalazłam wcześniej na żadnej innej liście z wyprawką dla noworodka.

1. Wielokolorowa żarówka na... pilota

To takie istnieją? O tak! W moim domu znalazła się zupełnie przez przypadek w okolicach narodzin dziecka i na długie miesiące stała się naszym najlepszym przyjacielem :) Niezastąpiona nocą, gdy nawet nie chciałam słyszeć o zgaszeniu światła w naszej sypialni. Pewnie też będziesz mieć taką potrzebę, by swojego dziecka nie spuścić z oka ani na moment. Ja na moją śpiącą Córeczkę mogłam patrzeć godzinami, nawet nocą. Ale też bałam się, by nie przydusiła się kocykiem, nie odwróciła w beciku główką do materacyka itp., itd. Takich scenariuszy w głowie młodej mamy rodzi się tysiące. Nie ma więc sensu zasypiać w ciągłym niepokoju, albo bez ustanku wstawać, by zapalić światło i zerknąć na dziecko. Pilot do lampki, która stoi nieco w oddali (i dzięki temu nie bije swoim blaskiem po oczach ani Tobie ani dziecku), to świetna sprawa! Tylko po co kupować nową lampkę, albo szukać jakiejś specjalnej z pilotem? Wystarczy kolorowa, ledowa żarówka z odpowiednim gwintem i po sprawie :) Gdy już nie będziesz jej potrzebowała, wymienisz sobie ją na zwykłą i lampka kupiona kiedyś do sypialni odzyska swoje dawne funkcje. Ale bezprzewodowe włączanie to nie jedyna zaleta takiego urządzenia. Bardzo przydaje się też funkcja rozjaśniania i ściemniania światła oraz zmiany koloru. Po pierwsze w sypialni nie jest już tak nudno, choć przy niemowlaku na brak atrakcji nawet nocą raczej narzekać nie będziesz. Funkcja ta przydaje się, gdy chcesz zasnąć i nie wyłączać światła. Zmieniasz kolor na ciemniejszy, dodatkowo możesz też zmniejszyć jego intensywność. Gdy dziecko się wybudza, przychodzi czas karmienia lub zmiany pieluchy włączasz kolor biały/żółty (w zależności od preferencji), rozjaśniasz na maksa i gotowe. Nie musisz zapalać górnego światła i rozbudzać przy tym siebie i dziecko. Ja przy tej ekonomicznej żaróweczce (LEDy nie zużywają tak dużo energii jak tradycyjne żarówki) spałam przez długie 5 miesięcy. Teraz włączam ją w innym celu - dla zabawy! Córeczka bardzo lubi obserwować zmiany kolorów a pilot ma taką fajną funkcję, że robi to automatycznie.

Jeśli nie masz pomysłu, gdzie dostać taką żarówkę, możesz skorzystać z mojej podpowiedzi. Mąż dostał ją w jednym z popularnych dyskontów, ale to była raczej tylko oferta czasowa. Nie ma więc sensu, żebyś przygotowując się na przyjście na świat maluszka traciła czas i biegała od sklepu do sklepu. Polecam mój sprawdzony sposób w takich sytuacjach - zerknij na oferty sprzedaży takich kolorowych żarówek led z pilotem na stronie jednej z popularniejszych porównywarek (tutaj). Cena, jak zauważysz jest wcale nie wygórowana w zamian za tyle funkcji i wygodę dla mamy i maluszka. Żarówkę z pilotem można bowiem dostać już za około 30 zł. Koniecznie zwróć uwagę na dobór odpowiedniego gwintu, pasującego do Twojej lampki (kinkietu lub żyrandola) w sypialni.

2. Czarno-biały obrazek

Sklepy dziecięce pełne są kolorowych i pięknych zabawek. Ale muszę Cię zmartwić, Twojego malca na starcie wcale nie będą one interesowały. Przynajmniej przez pierwsze miesiące dziecko woli oglądać kontrastowe obrazki, niż podziwiać pięknie uszyte misie. Grzechotek nie potrafi chwytać, dlatego trudno skupić na nich na dłużej uwagę nowo narodzonego maluszka. Ten pomysł, który chciałabym Ci zaproponować, podpowiedziała mi moja położna jeszcze zanim Mała Muffinka przyszła na świat. I sprawdził się znakomicie! Mało tego, dostarczył mi wiele radości. Gdy będziesz już miała swojego maluszka przy sobie zrozumiesz te słowa. Pewnie jak ja będziesz z niecierpliwością wyczekiwała na każdy jego ruch, czy gest - przejaw świadomego rozumienia świata. Nowo narodzone dziecko żyje bowiem troszkę w swoim świecie i dopiero z upływem czasu zaczyna kontrolować ruchy gałek ocznych, rączek czy wydawane dźwięki. Pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy ustawiłam "pierwszą czytankę", jak nazwałam ten przedmiot przed oczami kilkudniowej Córeczki. Przechyliła główkę na bok i wyraźnie zainteresowała się przedmiotem. Wpadłam w zachwyt, bo to był pierwszy raz, kiedy skupiła na czymś swój wzrok. Potem czytanka w formie zwykłej kartki papieru wydrukowanej na domowej drukarce przydawała mi się jeszcze wielokrotnie. Także w celach uspokajających, gdy dziecko stawało się już lekko niecierpliwe i marudne. Zaletą takiej "czytanki" jest też to, że zupełnie nie przejmujesz się, że może się zniszczyć. W końcu w każdej chwili możesz wydrukować następną. Mało tego! Możesz z łatwością taką książeczkę samodzielnie dla swojego dziecka napisać :) Wystarczy tylko troszkę "pogrzebać" np. w Wordzie z kształtami i gotowe.

Jeśli nie masz na to czasu, ochoty lub po prostu obawiasz się, że nie potrafisz mam dla Ciebie prezent. Taką pierwszą czytankę przygotowaną przeze mnie możesz pobrać stąd.

3. Zestaw kołysanek

Zanim urodziłam dziecko wydawało mi się, że na kołysanki przyjdzie czas dopiero później. Będę nucić Córeczce do snu, jak trochę podrośnie. Ale traf chciał, że na mojej nocnej szafeczce znalazła się pożyczona od koleżanki płyta z kołysankami jeszcze zanim stałam się mamą. Jaki to był świetny pomysł! Zaczęłam śpiewać je Córeczce zanim jeszcze się urodziła, a potem nuciłam praktycznie od pierwszych dni, gdy pojawiła się na świecie. Zdążyłam już kilku nauczyć się wcześniej na pamięć. I wiecie co? Nie żałuję! Na początku myślałam, że to może bez sensu. Przecież Córeczka i tak nic nie rozumie. A jednak. Jakie było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia po tym jak zaczęłam nucić pierwsze słowa kołysanki Mała Muffinka będąc na moich rękach spojrzała na mnie, uśmiechnęła się od ucha do ucha, pomachała swoją rączką wokół moich ust a potem słodko zasnęła. Chwilo trwaj wiecznie :) Teraz śpiewam jej codziennie. 

Oto kilka moich ulubionych kołysanek:

- Od tej zaczynałyśmy, taki połogowy wyciskacz łez, piękne słowa o pierwszym kochaniu w rytmie stukającego matczynego serducha (kołysanka: "Mamo żywa kołysko")
- Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga - taka króciutka historia o oszukanym Wojtusiu, to właśnie tę kołysankę Mała Muffinka polubiła tak bardzo, że uspokaja się i uśmiecha na dźwięk pierwszych słów ("Bajka iskierki" w wersji wykonywanej przez Grzegorza Turnaua i Magdę Umer)
- O Dorotce. To kołysanka, którą zainspirował mnie mąż, gdy byłam jeszcze w ciąży i graliśmy ją Małej Muffince do brzuszka (Kołysanka Dorotka)
- I moje najnowsze odkrycie - kołysanka do Słoneczka (Zachodźże Słoneczko)

I jeszcze mała rada. Na początku usypianie niemowlaka może trwać bardzo długo, dlatego dobrze jest mieć kołysanki zgrane na przykład na płycie. Muzyka z nośnika będzie wspierać rodzica, gdy zaschnie mu w gardle ;) i można zostawić ją grającą w tle, gdy maluszek już słodko śpi.

Oto kilka takich zestawów, które mogę polecić:

Kołysanki usypianki - płyta z tradycyjnymi kołysankami na pokładzie
Tata śpiewa kołysanki - bo niby dlaczego tata nie może zaśpiewać na dobranoc?
Mini mini kołysanki - dla tych, którzy lubią śpiewać wspólnie z gwiazdami

4. Piłka fitness

Na tym sprytnym i jakże prostym w obsłudze urządzeniu do ćwiczeń spędzałam podczas pierwszych czterech miesięcy dzień w dzień po kilka godzin. Pomyślisz może, że stałam się namiętną fanką Ewy Chodakowskiej, czy też Ani Lewandowskiej? Nie, nie wynikało to z mojej chęci zrzucenia zebranych po ciąży kilogramów. Był to raczej ratunek dla mojego kręgosłupa i jednocześnie bardzo skuteczny uspokajacz dla Córeczki. O odkrytej przeze mnie metodzie uspokajania płaczliwego niemowlęcia pisałam już tutaj (Przeczytaj koniecznie, bo może i dla Ciebie będzie ona jak zbawienie w najtrudniejszych chwilach!) Piłka była doskonałym narzędziem, dzięki któremu udało się odtworzyć efekt bujania z matczynego brzuszka. Nie musiałam dźwigać godzinami Małej Muffinki na rękach i nadwyrężać i tak doświadczonego po ciąży kręgosłupa. Może pomyślisz, że nie warto wykorzystywać piłki, bo dziecko się przyzwyczai? Moim zdaniem nie trzeba się tego obawiać. Ja na prawdę często wykorzystywałam piłkę a dziś, gdy Córeczka ma już ponad pół roku potrafię ją uspokoić i usypiać bez tego. Chociaż mimo wszystko chętnie siadam z nią na piłce, zwłaszcza w nocy, gdy nie może spać (choć na szczęście zdarza się to już tylko okazjonalnie). Blisko 8-kilowy maluszek, gdy jestem zaspana, wydaje się ważyć co najmniej 10 kilogramów więcej! Nie wyobrażam sobie opieki nad Córeczką bez tego prostego urządzenia fitness.

Polecam zakup piłki z pompką. Jeśli będziesz ją eksploatować tak jak ja swoją, na pewno Ci się przyda możliwość szybkiego uzupełnienia powietrza ;) Tu znalazłam dla Ciebie kilka ciekawych ofert odnośnie piłki fitness.

5. Kwadratowy cienki kocyk/pieluszka

Wiem, że i kocyki i pieluszki znajdują się zawsze na liście z wyprawką dla niemowlaka. Ale rzadko się zdarza, by ich autorzy zwracali uwagę na kształt tych przedmiotów. A zapewniam Cię, że ma on niemałe znaczenie! Na pewno każdy kocyk, czy pieluszka Ci się przyda. Bez dwóch zdań. Ale aby zapewnić malutkiemu dziecku poczucie maksymalnego bezpieczeństwa i jak to było w moim przypadku, zagwarantować spokojny sen oraz szybko i sprawnie utulić w płaczu (Tu jeszcze raz odeślę Cię do wpisu pt. "Nie popełnij mojego błędu tuląc swojego maluszka!"), niezbędny jest właśnie cienki (nie śliski!) kocyk lub pieluszka w kształcie możliwie maksymalnie zbliżonym do kwadratu. Zapewniam Cię, że tradycyjny becik, który też często pojawia się w wyprawce dla niemowlaka, nie spełni tego zadania. Owszem, też go używałam, bo wygodnie jest trzymać w nim dziecko. Natomiast w sytuacjach najbardziej kryzysowych sięgałam zawsze po mój ulubiony pomarańczowy kocyk. Bo tylko on umożliwiał wystarczająco ciasne spowijanie maleństwa. Z każdego innego (prostokątnego, czy grubszego) Córeczka potrafiła wygrzebać się w kilka minut i zaczynała płakać na nowo. Wiem, że to rozwiązanie sprawdza się też doskonale przy kolkowych problemach niemowlaków. Jeśli masz wątpliwości, śmiało zapytaj swoją położną. Każda z nich, jeśli tylko ma wystarczające doświadczenie korzystała z powodzeniem z tego rozwiązania. To, czy powinnaś kupić kocyk czy raczej pieluszkę uzależnione jest od pory roku, w której przyjdzie na świat Twoje maleństwo.

Duży wybór ślicznych muślinowych pieluszek i kocyków o wymiarach 90 x 90 cm i 120 x 120 cm (te większe starczą też dla ciut większego dziecka) znajdziesz na przykład tutaj.

6. Smoczek, który świeci w ciemności

Zanim nie zaszłam w ciążę, nie wiedziałam że takie istnieją. Chodzi o smoczki fluorescencyjne. Pod wpływem naświetlenia (światłem dziennym lub zwykłą żarówką) świeci albo smoczkowy "guziczek" albo uchwyt smoczka. Na prawdę fajna rzecz dla mamy, która karmi nocą. Świecąca funkcja mojego smoczka uratowała mnie już dziesiątki razy od konieczności ponownego usypiania malucha. Z nocnymi karmieniami w moim wypadku wygląda mniej więcej tak, że Mała Muffinka wybudza się w środku nocy 2-3 razy, po tym jak w trakcie snu wypuści z buzi smoczek. Zaczyna czuć wtedy głód i wierci się szukając piersi. Gdybym pozwoliła jej tak "rozwiercić" się na dobre rozbudziłaby się otwierając oczy. A wtedy po karmieniu czekało by mnie minimum 15-20 minut lulania, żeby zasnęła na nowo. Działam więc bardzo szybko. Chwytam dziecko i smoczek, który świecąc sygnalizuje mi swoje położenie. A światło w sypialni jest słabe i gdyby nie jego fluorescencyjność na prawdę trudno by mi go było odnaleźć, bo jestem wtedy baaaaaardzo zaspana. Po karmieniu mam dzięki temu smoczek w gotowości i wkładam go w celach uspokajających i usypiających do budzi od razu Córeczce. Inaczej znów mogłoby mieć miejsce nagłe rozbudzenie (Mała Muffinka jest niestety przy karmieniu, czasem też i po jego zakończeniu bardzo nerwowa - pisałam o tym we wpisie Moje cycostory cz. 1). Teraz, gdy Córeczka ma ponad pół roku dostrzegłam też inną zaletę smoczka. Zaczęłam bowiem stopniowo gasić światło w sypialni, ale wciąż mam kontrolę nad tym co moje dziecko wyrabia w łóżeczku. Czy nie śpi przypadkiem buzią do poduszki, czy odwróciła się w tą czy tamtą stronę. Wszystko oczywiście dzięki świecącemu smoczkowi, który trzyma w ustach ;)

Fajny wybór smoczków świecących nocą znajdziesz na przykład tutaj.

7. Rolety okienne typu "dzień noc"

Ten ostatni punkt na mojej liście to inwestycja obarczona lekkim ryzykiem. Ale ostatecznie ileż można poświęcić w zamian za kilka chwil błogiego snu - Twojego i maluszka! A jeśli byłaby szansa, że powtarzałby się one codziennie, to można rzec, że wygraliśmy los na loterii. Nie wiem, czy każdemu pomogą, stąd to ryzyko. Nie wiem też, na ile faktycznie miały wpływ w przypadku usypiania mojego maluszka. Ale faktem jest, że od pierwszych dni, gdy w domu pojawiła się Mała Muffinka spuszczałam je przy wieczornym usypianiu. Na początku trwało to nawet do godziny, teraz Córeczka zasypia w moment. I zapada w głęboki sen, znacznie głębszy niż te przy drzemkach w ciągu dnia. Wiadomo, fizjologia. Wydaje mi się jednak, że spuszczanie rolet bardzo przyspieszyło naukę wieczornego zasypiania. Pomaga też często o poranku, gdy udaje się nieco "oszukać" ;) dziecko co do pory dnia. Oboje z mężem nie lubimy pobudek o 5.30... więc gdy się zdarzają, to korzystam z faktu, że dziecina dzięki zasłoniętym roletom nie do końca wie, że już wstał dzień. Zazwyczaj jeszcze udaje się nam po krótkiej chwili usypiania skraść około godzinki drzemki. Dlatego za nic w świecie nie dałabym ściągnąć z okna naszych rolet :) Czasem wykorzystuję je również do drzemek w ciągu dnia, gdy dziecko jest wyjątkowo "nakręcone", a wiem, że sen przydałby się mu jak zbawienie. Przyciemnione światło w pokoju pomaga mi Córeczkę wyciszyć.

Polecam oczywiście, by rolety były jak najciemniejsze. Najlepsze wydają się takie zewnętrzne, bo one są w stanie całkowicie zablokować dopływ światła. Ale to spory wydatek, poza tym nie każdy może sobie take zamontować ze względu na elewację budynku. Myślę jednak, że rolety typu: dzień noc czarne - sprawdzą się znakomicie.

A może Ty też masz kilka oryginalnych pomysłów na uzupełnienie wyprawki dla maluszka? Śmiało podziel się nimi w komentarzach! Zapraszam.

Podobał Ci się artykuł? Daj mi o tym znać klikając w "Polub tę stronę" poniżej. Na prawdę bardzo się z tego ucieszę!

Muffiny z jagodami (Jagodzianki)

muffiny jagodowe jagodzianki

Jestem na wakacjach, w miejscu gdzie spędziłam całe dzieciństwo. Jednym z najpiękniejszych wspomnień stąd pochodzących są moje wyprawy na jagody. Pamiętam, że jako mała dziewczynka, wspólnie z mamą lub koleżankami potrafiłam godzinami zbierać te owoce w lesie. To był taki mój pierwszy poważny trening wytrwałości. Aby uzbierać 2-3 litry trzeba było się trochę napracować. Nic potem nie smakowało tak cudownie jak cieplutkie bułeczki z jagodami, popijane mlekiem prosto od krowy!

Czasy się zmieniły. Ja już na jagody nie chodzę, bo obowiązków zbyt wiele. Zwłaszcza z półrocznym dzieckiem u boku byłby to nieco szalony pomysł (Tu przeczytasz więcej na temat moich wyzwań w opiece nad Małą Muffinką). Jestem też bogatsza o kilka własnych (wykraczających poza maminy zeszyt z przepisami) doświadczeń kulinarnych. 

I tak oto powstały te muffiny-jagodzianki, z podarowanych po sąsiedzku jagód. To taki miks sąsiedzkiej życzliwości, moich wspomnień i proporcji z zeszytu mamy przełożonych na potrzeby formy muffinowej.

Zapraszam do smakowania. Efekt jagodowych zębów murowany!

P.s. Chociaż zazwyczaj składniki staram się podawać w gramach (jest to dokładniejsze), tym razem użyłam tradycyjnej szklanki (250 ml). Jak już wspomniałam wyżej, jestem na wakacjach i nie zabrałam ze sobą całego asortymentu kuchennego, w tym elektronicznej wagi.

Składniki na muffinki (12 sztuk):

2 szklanki mąki 
1 szklanka cukru
1/2 łyżeczki soli
3 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szklanki oleju
1 jajko
1 szklanka mleka

Składniki na posypkę:

25 gr masła
+/- 1/3 szklanki mąki (sypać ostrożnie aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji!)
1/4 szklanki cukru
1 czubata łyżka cynamonu lub kokosu

Wykonanie:

Wymieszaj 2 szklanki mąki, szklankę cukru, sól i proszek do pieczenia. Do odrębnego naczynia o pojemności min. 350 ml wlej pół szklanki oleju, dodaj jajko a następnie dolej tyle mleka, by uzupełnić mieszankę o brakujący płyn aż do uzyskania 350 mililitrów mieszanki. Wymieszaj a następnie dodaj do składników suchych. Zmiksuj wszystko razem.

Teraz możesz dodać jagody, ale uwaga! Zrób to ostrożnie, mieszając jedynie łyżką, niezbyt energicznie. Jagody mają to do siebie, że mocno barwią ciasto, jeśli się przypadkiem rozgniotą.

Włóż tak przygotowane ciasto do metalowej formy na muffinki, wyłożonej wcześniej papierowymi papilotkami.

Przygotuj posypkę w formie kruszonki. Ja zrobiłam cynamonową, ale już po fakcie przyszło mi do głowy, że kokosowa będzie tu lepiej pasowała. Podkreśli smak jagód, a nie zdominuje go. Do 1/3 szklanki mąki dodaj masło, cukier, kokos lub cynamon. Ugniataj kruszonkę ręką. Jeśli nadal będzie lepka, dodaj jeszcze tyle mąki aż uzyskasz kruchą, w miarę sypką konsystencję. Posyp kruszonką muffinki.

Wstaw do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni C. Piecz ok 20-25 min. aż włożony do ciasta patyczek będzie suchy.

Smacznego!

Pierwsze pół roku z życia dziecka, czyli Abecadło Małej Muffinki.


Minęło dokładnie pół roku od dnia, w którym urodziła się Mała Muffinka. To też pół roku od momentu, w którym powstał jeden z pierwszych wpisów na tym blogu. Nie wspominałam tego dotąd na jego łamach, ale prawdą jest, że powstawał on dosłownie w bólach porodowych. Gdy rozkręcały się pierwsze skurcze byłam lekko zestresowana i strasznie potrzebowałam jakiegoś rozpraszacza. Redagowanie bloga okazało się doskonałym pomysłem.

Dziś moja Córeczka ma już sześć miesięcy, a blog stałe grono wiernych Czytelników ;) Z okazji tej małej "półrocznicy" pomyślałam, że winna jestem Wam kilka słów więcej o sobie i Małej Muffince. Zwłaszcza, że pierwsze posty publikowałam zadając w nich pytanie, jaką będę mamą (Zobacz wpis pt. Nasza Muffiniarnia). Dziś coś już o tym wiem. Z wielką radością przyglądam się, w jakim tempie rozwija się moja Córeczka. 

Pierwsze pół roku to chyba okres największych zmian. Czas, gdy Twoje dziecko zamienia się z niewiele widzącego i (niekiedy) płaczącego godzinami niemowlaczka w pełne radości, uśmiechające się od ucha do ucha dziecko.

Żeby uchwycić te wszystkie przemijające chwile, postanowiłam przygotować dla Was opowieść o Córeczce w formie Abecadła. Taki alfabet o życiu półrocznego dziecka. Jego zwyczajach i przemianach, które zaszły od chwili narodzin aż do momentu, gdy Mała Muffinka skończyła 6. miesiąc życia.

A jak apetyt
A ten rośnie i rośnie. Od samego początku karmimy się piersią, przeżywając najwspanialszą wspólną przygodę w życiu. Choć nie od razu było tak pięknie i z górki (Zobacz wpisy: Moje cycostory cz. 1 oraz 6 rzeczy, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej). Dziś jedzenie to przyjemność zarówno dla mamy, jak i dla maluszka. Czasem mam wrażenie, że Mała Muffinka przyssała się do mnie z takim apetytem, że za chwilę wypije mnie całą. Mój apetyt jest też wprost proporcjonalny do jej możliwości. 

B jak bobasek
Pamiętam ciałko Małej Muffinki tuż po urodzeniu. Chudziutkie, delikatne rączki i nóżki. Jak patyczki. Strach było dotknąć, by nie zrobić dziecku krzywdy. Z czasem noworodek zamienił się w bobaska. I to z bardzo konkretnym ciałkiem. Po prostu nie mogę czasem oderwać wzroku. Dobrze, że w dobie patyczaków królujących na wybiegach w kwestii mody niemowlęcej nic się nie zmienia. Im więcej do kochania tym lepiej!

C czyli chusta
Tak. Chustujemy się już od końca trzeciego miesiąca. Zbieram się powoli na przygotowane wpisu o naszych doświadczeniach. Ale już teraz wspomnę, że Mała Muffinka to bardzo lubi. Na razie wiążemy się z przodu i w słoneczne dni wychodzimy na miasto. Córeczka w swoim kapelusiku niczym meksykańskie sombrero, z wielkimi oczami, które stają się jeszcze większe na widok wszystkiego co mijamy po drodze, przyciąga uwagę przechodniów. A serce matki rośnie, gdy słyszy za plecami "Patrz jakie śliczne dziecko" :)

D jak dom
W domu jest fajnie, ale pod gołym niebem jeszcze lepiej. Gdy nie ma humoru, to czas spędzać lepiej na zewnątrz. Tam jest wiele ciekawszych obiektów do zaobserwowania. I pomyśleć, że w pierwszych miesiącach cztery ściany własnego mieszkania zupełnie wystarczały. W domu było tyle do podziwiania. Teraz niestety najbardziej atrakcyjnym obiektem jest włączony telewizor. A tego razem oglądać nie chcemy. Bo czyż listki w parku nie są bardziej atrakcyjne?

E = emocje
A tych w życiu Małej Muffinki jest wiele. Bardzo żywo reaguje na otaczający świat. I zdecydowanie jest ekstrawertyczką. Nie muszę chyba pisać, co to oznacza w przypadku małego dziecka... W naszym domu jest bardzo głośno. Mała manifestuje w sposób zdecydowany wszystkie swoje potrzeby, zwiększając decybele wydawanych dźwięków z każdą sekundą wyczekiwania na reakcję rodziców. Ale tak jak wkłada wszystkie swoje siły w głośny płacz, gdy jest jej źle, tak też z wielką namiętnością okazuje radość i zadowolenie. Kocham ją za to bezgranicznie. Jednakowo za ten płacz i uśmiech. Bo to jest właśnie cała moja Mała Muffinka!

F czyli figle
Powoli się zaczynają. Są chwile, gdy Córeczka zamienia się w małego dzikusa. Tak stało się z czasem, gdy nauczyła się swojego ciała. Niekiedy mam wrażenie, że wszystkie jego fragmenty muszą być w danej chwili w ruchu. Tak przejawia się jej radość. Jeszcze nie nauczyła się raczkować, ale poruszanie opanowała do perfekcji. Z tym, że chodzi... na plecach i do tyłu. Taki mały raczek-nieboraczek.

G jak głos
Z czasem płacz przestał być jedynym dźwiękiem wydawanym przez Małą Muffinkę. Z zachwytem przyjmowaliśmy każdy z nich. Zaczęło się od gugania, potem pojawiło się gaworzenie. Teraz najczęściej jest radosny pisk. I głośne rechotanie. 

H, czyli harmonogram dnia
A raczej jego brak? Przez te pół roku życia nauczyłam się, że najlepszy plan dnia to... brak planu. Wtedy i Córeczka i mama są najszczęśliwsze. Oczywiście są pewne stałe punkty programu, bo zawsze jest jakiś spacer, jedzenie, przewijanie itp. itd. Ale ile razy wpadała mi do głowy myśl, że powinnam robić to o danej porze, Mała Muffinka szybko wyprowadzała mnie z błędu. W całym jej krótkim życiu pory na spanie, spacer, czas jedzenia i częstotliwość wymiany pieluszek zmieniały się tak często, że aż wydaje się to nieprawdopodobne. A jednak. Nie można się przyzwyczajać i nabierać nawyków. Trzeba uważnie obserwować dziecko i się dostosowywać. Nie ma mowy o nudzie. Oj nie!

I... co z tymi rękami?
Pytanie, jak najbardziej zasadne, zwłaszcza dla tych, którzy śledzą mojego bloga już od jakiegoś czasu. Mniej więcej do końca trzeciego miesiąca (nawet ciut dłużej), Córeczka była po prostu niezdejmowalna z moich rąk (Zobacz wpis: I spraw Boże, by wyrosły mi jeszcze dwie ręce). Zastanawiałam się, jaki będzie tego efekt, że tak dużo i często ją noszę. No i? Nic. Mała Muffinka podrosła, zaczęła interesować się światem i stała się bardziej niezależna ode mnie. Zdarzyło się nawet, że usnęła w łóżeczku sama, bez mojej pomocy. Nie żałuję tego noszenia. Nasza historia to dowód, że nosić warto. Bez obaw o to, że dziecko się przyzwyczai.

J czyli jeszcze nie...
...siedzimy, chodzimy, ba nawet nie raczkujemy. I jeszcze nie jemy nic poza mlekiem mamy. Choć to ostatnie już lada moment się zmieni. Taką listę rzeczy, których Mała Muffinka jeszcze nie potrafi można by rozwinąć. Pół roku za nami, wiele przed nami...

K czyli kąpiel
W tej dziedzinie zaszło u nas sporo zmian. Wystarczy wspomnieć, że kiedyś pokój, w którym stoi wanienka nazywałam żartobliwie "pokojem kaźni i tortur". Tak w skrócie można by opisać nasze starania o to, by Mała Muffinka kładła się do łóżeczka czysta i odświeżona. Nie lubiła kąpieli, dlatego ich częstotliwość w pewnym momencie starałam się ograniczać. Głośny protest wywoływało albo wkładanie do wody, a gdy to stało się z czasem przyjemnością, to niechęć została zwrócona w stronę wycierania/ubierania. Ale i tu przyszedł czas na zmiany. Dziś samo wniesienie do pokoju kąpielowego wywołuje w Małej Muffince dziki szał. A na widok pluskającej wody buzia cieszy się od ucha do ucha. Już nie mogę się doczekać kąpieli na siedząco, kiedy w ruch pójdą skrywane jeszcze w szafie kąpielowe zabawki. Podwodny świat jeszcze przed nami!

L jak ludzie
Mała Muffinka bardzo lubi ludzkie twarze. Zwłaszcza te kobiece. A na uśmiech i wesołe zaczepki odpowiada takim samym szczerym i rozbrajającym uśmiechem. Oczywiście nie zawsze tak było, bo do trzeciego miesiąca raczej unikałyśmy publicznych występów. Z czasem zaczęłyśmy razem wychodzić "na kawę" i spotkania pod chmurką. Już nie mogę się doczekać, kiedy Córeczka zacznie rozpoznawać swoje koleżanki i swoich kolegów.

Ł niczym Łzy
Było ich dotąd sporo w życiu Córeczki. Skąd się biorą wyjaśniam pod literką E. A moje sposoby na radzenie sobie z ich nadmiarem opisywałam na blogu jakiś czas temu, polecając metodę na uspokajanie płaczącego dziecka, która mi bardzo pomogła. Mniej więcej pod koniec czwartego miesiąca już mogłam o niej zapomnieć. Odetchnęłyśmy obie, gdy tylko Mała Muffinka zaczęła rozumieć coraz więcej z otaczającego świata. Zainteresowanie jej widokiem zza okna, zabawką czy piosenką zazwyczaj wystarcza by odciągnąć uwagę od gorszego nastroju. A gdy zmęczenie sięga zenitu parę sprawdzonych metod na usypianie wystarcza, by w miejsce łez pojawił się błogi spokój śpiącego maluszka.

M jak mama
Wciąż z utęsknieniem czekam na to słowo w ustach mojego dziecka. Ale to pewnie jeszcze potrwa. To nic. I tak rozumiemy się bez słów. Mała Muffinka najbardziej lubi, gdy smyram ją włosami z mojej grzywki po buzi. Przymyka wtedy oczka, rozdziawia buzię i śmieje się w głos. A serce matki rośnie!

Naaaa spacer
W pierwszych miesiącach każde wyjście było wyprawą. Można wręcz rzec, że eskapadą. Zazdroszczę mamom, które rodzą latem, bo nie doświadczają takich sytuacji. Córeczka nie lubi się ubierać. Nie lubiła też odkładania do wózka. Zanim więc wyszłyśmy z domu czułam, że uleciała ze mnie wszelka energia. Ale na szczęście jak wszystko, tak i to zaczęło się z czasem zmieniać. Ładna pogoda nam w tym pomogła. Teraz wyjście to już przyjemność i dla mamy i maluszka. Całkiem niedawno pożegnałyśmy się już z gondolą, której mi nieco żal, bo Małej Muffince spało się w niej na prawdę wygodnie. Wyglądała tam bardzo dostojnie. Ale każdy wiek ma swoje prawa. A półroczne dziecko woli zdecydowanie podziwiać świat dookoła a nie obłoki nad główką.

Ooooj ten brzuszek
Mała Muffinka nie lubi leżenia na brzuszku. Pamiętam jak w szpitalu jedna z pielęgniarek ułożyła ją w ten sposób pełna pewności, że każde dziecko to lubi i się uspokaja. Niestety. Na nią to nie działało. Potem czekał nas długi okres usilnych prób spania na brzuszku. Z różnym skutkiem i wielkim moim poświęceniem. Najczęściej bowiem po trwającym pół godziny usypianiu Muffinka odkładana do pozycji na brzuchu budziła się i cały proces musiałam zaczynać od nowa. Z czasem musiałam się poddać, bo spania już w ogóle by nie było. I tak już zostało. Z małymi przerwami, kiedy kilka spań na brzuszku udało się zorganizować, niestety brzuszek jest naszym nierozwiązywalnym problemem.

P czyli pierwszy raz
Im mniejsze dziecko, tym pierwszych razy jest więcej. I są one prawdziwym świętem dla rodziców. Pierwszy uśmiech, głośny śmiech, pierwsze uchwycenie zabawki, podniesienie główki na brzuszku, samodzielne przewrócenie na boczek. To wszystko mamy już za sobą. Sfilmowane, sfotografowane. ale wciąż wiele jeszcze przed nami. Pierwsze jedzenie, siedzenie, pierwsze kroczki. Czekamy cierpliwie...

R niczym ranny ptaszek
Tak. Nie ma mowy o wylegiwaniu w łóżku. 5.30, 6.00 wstawać czas najwyższy! Im Mała Muffinka starsza, tym atrakcji tuż po przebudzeniu musi być więcej. Nie wystarczy grzechotka nad główką. Hitem poranków są plecy taty i nos mamy. Kopniaki i boksowanie, czyli wszystkie chwyty dozwolone. Takie MMA w wersji łóżkowej. Wszystko po to, by zmusić rodziców do wstania. No bo przecież ileż można spać, skoro świat taki piękny!

S czyli sposoby na...
Mamy wiele swoich sposobów. Matka często musi być jak Macgywer, żeby rozwiązywać problemy. Każdy taki wynalazek jest doskonały, choć nie działa na każde dziecko. Jakie sprawdzały się/sprawdzają w przypadku Małej Muffinki? Na przykład kartonik po macie do zabawy jako doskonała i równie interesująca przesłona dla telewizora, którym za nadto interesuje się córeczka. Albo moja osobista poduszka w jej łóżeczku, gdy w środku nocy wybudza się co chwilę, bo nie może znaleźć w nim dla siebie miejsca. Nadal szukamy sposobu na palucha w budzi i spanie na brzuszku :(

Ś jak śpiewanie
Jestem wdzięczna mojej córeczce za to, że lubi jak śpiewam :) Dotychczas nie miałam odwagi na takie publiczne występy. Ale skoro dziecku się podoba. Pamiętam, że gdy była bardzo malutka a ja nuciłam jej kołysankę przeszło mi przez myśl, czy to ma sens. Bo dziecku może jest wszystko jedno. Ale chwilę później już wiedziałam, że wcale nie. Nie mogę wyjść z podziwu, gdy na dźwięk naszej ulubionej piosenki mój maluszek zaczyna błogo mruczeć, próbuje złapać mnie rączką za usta a chwilę później usypia.

T, czyli oczywiście tata
Od początku pełni ważną rolę w życiu Małej Muffinki. W pierwszych miesiącach wspomagał mamę, sprawdzał się doskonale w kuchni, dzięki kilku prostym trikom ułatwiającym mu gotowanie potraw (Zobacz wpis: Tata też może być jak masterchef). A teraz najlepiej wychodzi mu wspólna zabawa i spacery z Córeczką.

U = uśmiech :)
Podobno dziecko w wieku 4-6 miesięcy śmieje się około 200 razy dziennie. Ja mam czasem wrażenie, że Mała Muffinka robi to 1200 razy na dobę. Gdy tylko jest wypoczęta i najedzona, to na widok wszystkiego się uśmiecha. Obojętnie, czy to twarz mamy, taty, babci czy napotkanej na ulicy osoby. Śmieje się też na widok swoich ulubionych zabawek. I do odbicia w lustrze. Od ucha do ucha, z zabawnym grymasem, mrużąc przy tym oczka. Taki bezzębny uśmiech jest chyba najpiękniejszy ze wszystkich uśmiechów, które można zobaczyć pod słońcem.

W samochodzie
...fajnie jest. Pod warunkiem, że jedzie, a nie stoi. Miejskie korki zatem odpadają. Mała Muffinka należy do licznego grona dzieci, na które jazda samochodem działa usypiająco. Zapinanie w foteliku nie należy do jej ulubionych czynności, ale później szum i delikatne kołysanie robią swoje. Dzięki temu tuż przed ukończeniem 6 miesiąca życia możliwa była pierwsza poważna podróż. Przejechaliśmy nocą ponad 400 kilometrów i teraz w trójkę spędzamy na wsi nasze pierwsze rodzinne wakacje.

Chcesz zobaczyć zdjęcia z naszych wakacji? Obserwuj Mój Instagram.

Z jak zabawki
Albo raczej metki i opakowania od zabawek ;) Bo to w towarzystwie takich gadżetów zabawa jest najlepsza. Sprawdzają się też wszelkie inne zabawki-nie-zabawki, jak chociażby szeleszczące opakowania, czy też kolorowe opakowania po prezentach i czekoladkach. Oczywiście Mała Muffinka bawi się też prawdziwymi zabawkami i to z upływem czasu coraz sprawniej. Umiejętności chwytania i przewracania na bok znacznie usprawniły codzienną zabawę.