Jak zyskać miano wyrodnej matki? Wystarczy... ubrać swoje dziecko. Nieważne co maluch będzie miał (lub nie miał) na sobie, zawsze w oczach tzw. opinii publicznej będzie źle. Pamiętam sytuację na oddziale szpitalnym zaraz po urodzeniu Małej Muffinki. Przez moment ja i inne dziewczyny, które leżały w sali poczułyśmy się jak w wariatkowie. Nocny personel kończy zmianę. Pielęgniarki na odchodnym otwierają drzwi do sali i zakręcają kaloryfery. Pada werdykt, że mamy zdecydowanie za gorąco, dzieci są ciepło ubrane i nie możemy tak przegrzewać niemowlaków. Przychodzi zmiana, poranny obchód pediatry z personelem towarzyszącym. I od razu wielka afera, że matki noworodków powariowały. Dzieci leżą porozbierane do badania a w sali wyłączone ogrzewanie i drzwi na oścież. Jak mogłyśmy zafundować naszym dzieciom takie afrykańsko-syberyjskie warunki? Wyrodne matki!
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w dziedzinie dziecięcego a już zwłaszcza niemowlęcego outfitu są dwa obozy eksperckie. Przedstawiciele każdego z nich zawsze, nawet bez pytania mają coś do powiedzenia na temat ubioru Twojego malucha.
Niektórzy jeśliby tylko mieli taką władzę (tak jak rzeczone pielęgniarki na oddziale noworodkowym), zadbaliby o Twoje dziecko za Ciebie. Na szczęście, najczęściej kończy się jedynie na sugestiach "w twarz" lub ocenianiu, gdy pozornie tych uwag nie słyszysz. Pierwszy z obozów, który mam na myśli to obóz "młodszy" i należą do niego głównie inne doświadczone mamy. To od nich najczęściej usłyszysz za plecami komentarz w stylu "O matko, jak ona ubrała tego dzieciaka? Przecież musi mu być strasznie gorąco!" albo "Ja wychowałam dwoje, zawsze latały na bosaka i nic im się nie stało". Drugi z obozów to ten starszy "kocykowo-skarpetkowo-rajstopkowo-czapeczkowy" twierdzący z reguły, że Twojemu dziecku brakuje jakiejś części garderoby i z tego powodu za chwilę traficie na OIOM z zapaleniem płuc lub inną życiową tragedią. Mając regularny kontakt z jednym i drugim szybko doszłam do wniosku, że sama muszę decydować o tym, jak ubieram moje dziecko. I robić to konsekwentnie, choćby chcieli spalić mnie na stosie.
Bo przecież dziecko to nie lalka, którą ubiera się według ściśle określonych kanonów. Nikt nie da mi na ten ubiór gotowej recepty. A jeśli uważa, że ją ma, to jest w błędzie. W tym większym, im bardziej próbuje mnie jako matkę z tego powodu oceniać.
Zastanawiam się, dlaczego do tematu ubierania dzieci nie podchodzi się tak, jak w świecie osób dorosłych. Każdy człowiek jest inny, ma inne odczucie temperatury. Jeden wyjdzie w wiosenny dzień w krótkim rękawku, drugi w bluzie. Ilu ludzi, tyle wersji ubioru. Nikt nie próbuje tłumaczyć dorosłemu na ulicy, że ma na sobie o jedną warstwę za dużo. Wszyscy wychodzą z założenia, że najwyraźniej taki ubiór mu odpowiada. W przypadku malutkiego dziecka oczywiście nie wiemy tak do końca, jak się czuje bez skarpetek lub w dodatkowym sweterku. Nie powie nam tego. Ale to tylko dodatkowy argument, by mieć szacunek do tego, jak ubrała je matka. To ona drogą prób i błędów musi dojść sama do najlepszych rozwiązań dla swojego dziecka na każdą pogodę. To ona, a nie kto inny bierze odpowiedzialność za jego zdrowie. To ona wreszcie zna je najlepiej. Nie wiemy przecież, czy dzień wcześniej nie miało temperatury, czy ma akurat potówki, albo jak zareagowało na ubiegłotygodniowe wyjście bez czapki.
Pewnie, że matka popełni nie raz błędy. Ale ma do tego prawo, tak samo jak ma prawo do przekonania o tym, że robi dla swojego dziecka to co najlepsze. Jeśli tylko działa kierowana miłością, na pewno jej dziecku nie stanie się krzywda.
Źródło grafiki: pixabay.com
Ten wypiek to był lekki eksperyment. Pomysł zrodził się z tego, że uwielbiam mieszać smaki. A mięta i czekolada to moim zdaniem jedno z lepszych, orzeźwiających połączeń. Do tego jeszcze płatki owsiane, które dotychczas na moim stole gościły głównie w połączeniu z produktami mlecznymi. I oto mamy misz masz w postaci miętowych muffinów z czekoladą, pistacjami a wszystko to na bazie płatków owsianych bez użycia grama mąki!
Składniki:
2 średniej wielkości banany
1/3 szklanki musu jabłkowego (można zrezygnować)
2 jaja
1/3 szklanki płynnego miodu
3/4 szklanki mleka
1 szklanka płatków owsianych górskich
1 i 1/2 szklanki płatków błyskawicznych (drobno zmielonych)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
4 łyżki kakao
1 szklanka (2 solidne garści) świeżych liści mięty + kilka do dekoracji
1 garstka orzechów pistacjowych (najlepiej niesolonych - ja umyłam te solone ;)
1/2 ciemnej, gorzkiej czekolady
Wykonanie:
W dużej misce zmiksuj wszystkie mokre składniki tj. jaja, miód, banany, mus jabłkowy (opcjonalnie), mleko. Teraz możesz dorzucić płatki owsiane (zarówno te górskie, jak i drobno zmielone) oraz proszek do pieczenia i sodę. Wymieszaj (ja robiłam to na tym etapie już bez użycia miksera). Na koniec czas na kakao, posiekane liście mięty, czekoladę i lekko rozdrobnione orzechy pistacjowe. Wymieszaj łyżką.
Gotową mieszankę muffinową wrzuć do foremek (użyłam metalowych, wyłożonych papierowymi papilotkami). Wypełnij mniej więcej do wysokości 3/4 formy. Powinno wyjść min. 12 sztuk (mi dodatkowo zostało jeszcze masy na dwie muffinki w foremkach silikonowych).
Nagrzej piekarnik do temperatury 175 stopni C. Piecz przez ok. 15-20 minut.
I gotowe! :)
Karmienie piersią to dla mnie trochę taki rejs na pełnym morzu. Piękne widoki, niezapomniane wrażenia, ale jednocześnie jeśli chcesz tego doświadczać jak najdłużej nie ma odwrotu, nie możesz dobijać do brzegu. Nie ma kompromisów. Mam tu na myśli wszystkie dni, kiedy jestem umęczona nieprzespanymi z powodu karmienia nocami, albo chcę wyjść z domu bez małej, ale nie ma chętnych by z nią zostać. Bo a nuż zrobi się głodna i nie będzie chciała jeść z butelki. Co najbardziej zaskoczyło mnie w tej przygodzie na morzu pełnym mleka? To już druga część mojej historii o karmieniu piersią, którą publikuję pod hasłem "moje cycostory". (Tu zapraszam do przeczytania części pierwszej historii).
A oto 6 rzeczy, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej:
1. Wysiłek fizyczny. Od pierwszych dni. Być może wynika to z mojej nieporadności. Ale fakt jest taki, że słyszałam o zasadzie, że podczas karmienia wygodnie ma być nie tylko dziecku ale i mamie. Święta prawda. Z tym że od teorii do praktyki jak zawsze długa droga. Zwłaszcza gdy robi się coś po raz pierwszy w życiu. Albo gdy pojawiają się problemy i najważniejszym celem staje się nakarmienie dziecka. Nie ważne jak, choćby na rzęsach ;) byleby zjadło. Początki karmienia w moim wypadku wiązały się więc z bólem. Czasem mniej, czasem bardziej dotkliwym. Zaczęło się od totalnie zdrętwiałej ręki z powodu nieruchomego leżenia przy dziecku na szpitalnym łóżku. Potem było tylko trudniej, bo po powrocie ze szpitala do domu samopoczucie w pierwszych dwóch tygodniach nie najlepsze. Felerne, choć konieczne nacięcie sprawiało, że gimnastyka - szczególnie nocna - przy dziecku to było nie lada wyzwanie. Czasami aż łezka zakręciła się w oku, gdy wyjmowałam i wkładałam ją do łóżeczka a tu akurat nieszczęsne szwy zaczynały doskwierać. Do tego doszedł jeszcze klasyczny problem z poranionymi brodawkami. Na szczęście szybko kłopot z bólem ustąpił, bo leczenie maścią i własnym mlekiem pomogło a i dziecko zaczęło z czasem pewnie sprawniej ssać. Ale to wszystko było i minęło. Każdy dzień przynosił poprawę a z czasem i ja mogłam skorzystać z wygód, dzięki niezawodnej poduszce do karmienia.
2. Nieprzespane noce. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że nie mam pojęcia jak by się przedstawiała sytuacja, gdybym karmiła córeczkę mlekiem sztucznym. Ale w przypadku karmienia piersią na żądanie w zasadzie od narodzin córeczki jestem takim całodobowym barem szybkiej obsługi ;) Są wręcz momenty, że mój ulubiony Klient puka do niego nawet co 1,5 godziny w nocy. A zasadą jest, że są to trzy godziny, nie dłużej bez karmienia. W dzień czy w nocy (z jedną, może czasem dwiema dłuższymi przerwami za dnia). Dochodzi do tego, że czasem czuje się jak lunatyk. Zapytana o to, jak wyglądała miniona noc na prawdę nie jestem w stanie opowiedzieć jej dokładnie. Wstawania, karmienia, odbijania, usypiania. To wszystko zlewa mi się w jedno. I pomyśleć, że do tej pory byłam osobą, która bardzo lubiła się wysypiać i twardo spała całą noc. Nawet w ciąży nie miałam większych problemów z zasypianiem. A tu proszę taka niespodzianka. Cały czas mam przed oczami SMS od mojej przyjaciółki otrzymany tuż po urodzeniu Córeczki "Gratulacje. Wyśpisz się za rok". Racja. Pełne nadziei odliczanie trwa zatem nadal ;)
3. Brak mobilności. Na taką sytuację w pewnym sensie byłam oczywiście gotowa. Rodzi się malutkie dziecko, biorę roczny urlop i będę zajmować się nim całymi dniami. Rzecz dla mnie oczywista, że w tym okresie z wyjazdów we dwoje albo całodniowych wypadów na zakupy wolałam zrezygnować. Ale i w tym zakresie zostałam nieco zaskoczona. Musiałam przywyknąć do tego, że z domu bez dziecka wychodzę na czas nie dłuższy niż 1,5 godziny. Tak było przynajmniej do końca trzeciego miesiąca, kiedy córeczka jadła nawet w dwugodzinnych odstępach a głodna nie dała się uspokoić w żaden sposób. Teraz gdy ma już pięć miesięcy nie reaguje tak gwałtownie na głód. Dlatego przynajmniej nie wracam biegiem, gdy tylko się obudzi, bo wiem że wytrzyma. Nie mogę natomiast polegać na butelce, bo poddenerwowana głodem odmawia jedzenia, gdy nie ma mnie w zasięgu wzroku. Choć tu przyznaję, że pewnie gdybym bardzo chciała mogłabym ją przyzwyczaić do jedzenia z butelki pod moją nieobecność. Ale brak mi do tego samozaparcia. Odciąganie mleka, gdy mała je bardzo dużo, w tej chwili zajmuje mi bardzo dużo czasu (pięć wieczorów na jedną porcję!). A mleka modyfikowanego jakoś nie chcę jej podawać. Tak po prostu - nie bo nie, bo po co? Opcja wyjścia z Małą Muffinką też nie zawsze jest szczęśliwa, gdy w trakcie wypada karmienie. Muszę liczyć się z tym, że będę wracała z płaczącym dzieckiem do domu. Jakoś nie idzie nam jedzenie poza domem. Chyba dziecko za dużo rozprasza, a i ja prawdopodobnie mając w głowie minione doświadczenia jestem za bardzo poddenerwowana i mała to wyczuwa. Mleko mamy najlepiej smakuje w domu. Dlatego też w tym domu spędzamy bardzo dużo czasu.
4. Natura rządzi. Tu muszę się przyznać szczerze - nie wierzyłam we własne ciało. Ba, nawet teraz, gdy karmię dzień w dzień od miesięcy łapię się na tym, że mu nie ufam. Na szczęście moje dziecko nie ma takich zahamowań jak ja i je smacznie nie zdając sobie sprawy z mojego niedowierzania. O ile w początkach karmienia widziałam wypływające samoczynnie mleko, tak teraz ile razy sięgnę po laktator to poddaję się po 20-30 ml. Nie raz przyłapałam się na sytuacji, gdy odwlekam karmienie choćby o pół godzinki, bo wydaje mi się, że przecież tam nic jeszcze nie ma. Przymuszona przez dziecko już wielokrotnie przekonałam się, że brew mojemu złudnemu wrażeniu córeczka się najada. Mało tego ssie jak szalona z piersi, w której jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że nie ma mleka. Dzielna mała. Opanowała po prostu sztukę ssania do perfekcji. A matka natura pomaga jej w tym nawet lepiej niż jej rodzicielka.
5. Czekolada smakuje tak długo... dopóki Cię porządnie nie zemdli. To takie moje pociążowe odkrycie. Pół żartem, pół serio ;) Co to ma wspólnego z karmieniem piersią? W moim wypadku chodzi po prostu o to, że karmiąc wróciłam do wagi z czasów licealnych. 47 kilo, przy moich tradycyjnych 53. Mogę więc się bezkarnie objadać i zupełnie nie przejmować stopniowo okalającym mnie tu i ówdzie tłuszczykiem. No bo go zupełnie nie ma. A jem jak smok! Najbardziej objadając się na noc. I nic, waga ani drgnie, a nawet spada proporcjonalnie do tego, ile przybyło mojej córeczce. Chwilo trwaj, rzec by się chciało ;) Wreszcie mogę najeść się muffinów do woli i bez ograniczeń. Zwłaszcza tych moich ulubionych podwójnie czekoladowych (tu zapraszam po przepis).
6. Może być tak pięknie. Wiem, że to, co napisałam powyżej, jak i w poprzednim wpisie na temat mojej historii karmienia piersią wcale na to nie wskazuje. Jednak tak właśnie jest - pięknie! Po tym, jak już mamy za sobą pierwszy (mam nadzieję ostatni) kryzys, pozostaje nam tylko cieszyć się naszą mleczną przygodą. Dla mnie jako matki są to przede wszystkim chwile niesamowitej naturalnej bliskości. Patrzę na moje już siedmiokilowe "maleństwo" i jestem z siebie dumna. Przecież ona cała jest ze mnie. Dosłownie! W jej ciałku nie ma jak na razie ani grama, który wziąłby się z zewnątrz. A przecież ciąża skończyła się już parę ładnych miesięcy temu. Karmienie to takie przedłużenie chwil, które już nigdy nie powrócą. Przed oczami mam obrazek, gdy moja córeczka odrywa się nagle od cyca, patrzy w górę na moją twarz cała umorusana mlekiem i zaczyna się do mnie uśmiechać. Jestem pewna, że to wspomnienie pozostanie ze mną do końca życia jako jedno z tych najpiękniejszych.
Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec mojej historii o karmieniu piersią. Jeśli nie chcesz przegapić kolejnych wpisów z serii "Moje cycostory" koniecznie daj mi o tym znać, wypełniając poniższy formularz:
Chciałoby się napisać "prosimy nie regulować odbiorników". Efekt czarno-biały zamierzony :) Te muffinki to owoc mojej miłości do czekolady (o której pisałam przy okazji przepisu na podwójnie czekoladowe muffiny) oraz tęsknoty za waniliowym smakiem, która to obudziła się wraz ze mną pewnego poranka. Powstał wypiek idealnie kontrastowy, ciekawy wizualnie nie tylko z wierzchu, ale także po wgryzieniu się w czarno-białą masę.
Jeśli chcesz zobaczyć, jak te muffinki wyglądają po upieczeniu i przekrojeniu koniecznie zajrzyj na mój Instagram. Nie zapomnij dodać mnie do obserwowanych ;)
Zaletą tego przepisu jest stosunkowo jasna "biała" część masy i mocno ciemna "czarna". A do tego względnie wilgotna. Szukałam sposobu na uzyskanie w pieczeniu właśnie takiego efektu. Dotychczas znane mi jasne ciasto biszkoptowe byłoby tutaj zbyt suche a do tego miało tendencję do nadmiernego zarumieniania.
Składniki:
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
80 g margaryny
50 g cukru pudru
2 jajka
50 ml maślanki
50 ml wody
2 laska wanilii (lub ewentualnie aromat waniliowy)
1 tabliczka gorzkiej czekolady
sól
Do dekoracji: białe i czarne draże lub (nawet lepiej) kawałki białej i czarnej czekolady.
Przygotowanie:
W mniejszym naczyniu wymieszaj składniki suche tj. mąkę, proszek do pieczenia, sodę i pół łyżeczki soli. Odstaw na bok.
Teraz czas na składniki mokre, które należy wymieszać w trochę większej misce. Najpierw utrzyj dobrze margarynę z cukrem (mikserem). Mieszaj dobrze kilka minut aż masa stanie się puszysta. Dodaj maślankę, wodę. Dobrze wymieszaj. Na końcu dodaj jajka. Wymieszaj. Nawet jeśli całość nieco się zważy nie ma co się przejmować. Po dodaniu składników suchych ciasto będzie ok.
Dodaj wymieszane wcześniej składniki suche. Masa będzie dosyć gęsta, dlatego trzeba się przygotować na mieszanie na początku mikserem a potem być może łyżką (jeśli łopatka miksera będzie się nadto oblepiać). Dobrze wymieszaną masę rozdziel po połowie w dwa osobne naczynia. Dodaj wanilię do jednej części i rozpuszczoną, gęstą (ale nie gorącą!) czekoladę.
Przygotuj metalową formę na muffinki - 12 szt. Włóż jednorazowe, papierowe foremki. Wypełnij jedną część foremek masą jasną, drugą część masą ciemną. Nie wykładaj więcej jak 1/3 pojemności foremki, ponieważ ciasto na prawdę dobrze rośnie. Nie ma co ryzykować, że "wyjdzie" i popęka ;) Na koniec ułóż na wierzchu kawałki czekolady (białe na ciemnym, ciemne na białym). Ja w wersji z czekoladą najpierw włożyłam kawałki na godzinę do zamrażalnika, wydaje mi się, że dzięki temu opóźniłam ich rozpuszczenie i ładniej wyszły po upieczeniu całości. Jeśli użyjesz draży rekomenduję kupić jak najdrobniejsze i raczej nie wkładać ich z ciastem do piekarnika, ale "poutykać" w gorące jeszcze muffinki tuż po wyjęciu z pieca. Będą smaczniejsze. Sprawdziłam to empirycznie!
Nastaw piekarnik na 180 stopni C. Piecz 15-17 minut aż patyczek wetknięty w ciasto będzie suchy.
Smacznego!

To będzie opowieść o mojej przygodzie z karmieniem piersią. Bez happy endu... ale to dlatego, że ten end szczęśliwie jeszcze nie nastąpił. I mam nadzieję, że jeszcze długo tak się nie stanie! Wpis powstaje, bo zainspirowała mnie do tego inna blogerka, matka karmiąca, Hafija - dziękuję :). W minionym niedawno Tygodniu Karmienia Piersią zainicjowała akcję społecznościową pod hasłem #umiemwesprzeć. Tak, by mamy karmiące wspierały inne, które karmią i te które chcą karmić w przyszłości po narodzinach dziecka. Pomyślałam, że warto opisać moją historię blisko już pięciomiesięcznego karmienia. Skoro los był dla mnie tak łaskawy, że karmić mogę i mimo różnych trudności i przeszkód nie poddałam się do tej pory, to może moje zapiski będą wsparciem dla innej mamy. I w ten sposób liczba dzieci wykarmionych najlepszym, maminym mlekiem wzrośnie choć o jedno. Ja tuż przed porodem przeczytałam książkę, która uświadomiła mi, że z karmieniem czasem jest trochę pod górkę. A moja położna dodała do tego jeszcze zasadę, że właściwie zawsze jakiś mniejszy czy większy problem wystąpi. I świadomość tego to pierwszy krok do sukcesu na mlecznej drodze życia Twojego dziecka.
Trzeba liczyć się z trudnościami, wiedzieć gdzie zwrócić się o pomoc, bo gdy problemy z karmieniem piersią wystąpią prawdopodobnie orędowników przerzucenia się na mleko modyfikowane będzie wokół Ciebie wielu. Bo dziecko się nie najada. Mo po co dziewczyno tak się męczysz. Bo przecież na pewno nie masz już mleka.
Nie chcę nikogo straszyć. Wręcz przeciwnie. Chcę opowiedzieć o jednej z najwspanialszych przygód mojego życia i tym samym pomóc swoim doświadczeniem każdej mamie, która takiej pomocy będzie potrzebowała.
Bajka czy thriller?
Na początku było jak w bajce. Mimo wielu moich obaw to córeczka nauczyła mnie karmić piersią, nie ja ją. Przyniesiona do mojego łóżka zaraz po porodzie zaczęła ssać. Jakby robiła to już setki razy. To ja znieruchomiałam z przejęcia, że jakikolwiek mój ruch przerwie tą ważną chwilę. Ona ssała i ssała. Z przerwami całą noc i kolejny dzień. Byłam przeszczęśliwa, zwłaszcza że w tej samej sali leżała dziewczyna, której dziecko niestety bardzo buntowało się przed karmieniem piersią. Na własne oczy widziałam, że może być różnie. Ale fakt, że początek miałam jak w bajce chyba zobowiązał mnie w pewnym sensie, żeby być dzielną. Na szczęście. Bo drugiej nocy i kolejnego dnia zaczęły się problemy. Córeczka dostała żółtaczki. Stała się marudna. Właściwie to zaczęła się mocno denerwować, płakała i nie umiałam już sama przystawić jej do piersi. Nie chciała chwycić. Musiałam liczyć na pomoc personelu, który na szczęście okazał się niezawodny. Przystawianie do piersi wyglądało trochę brutalnie. Pielęgniarki nie robiły oczywiście córeczce krzywdy, ale trzymały jej główkę bardzo zdecydowanym ruchem, nie pozwalając na odchylanie na boki. Dzięki temu zaczynała ssać. Ja tak nie potrafiłam, brakowało mi odwagi i zwinności w jednej tylko ręce, którą leżąc na boku miałam do dyspozycji. Z godziny na godzinę było gorzej, bo poziom bilirubiny rósł, ja wiedziałam, że powinnam jak najczęściej dziecko przystawiać do piersi. Po pierwsze, żeby się nie odwodniło. Po drugie, żeby pomóc córeczce w ten sposób w walce z osłabieniem. Ale dziecko przystawiane do piersi wpadało w histerię, a jak już zaczynało ssać to w moment usypiało a ja bałam się ją wybudzać, żeby znów nie być świadkiem płaczu, nad którym nie umiem zapanować. To nie były łatwe chwile. Zmęczenie, hormony i do tego ta nieporadność skumulowały się do tego stopnia, że płakałam w przerwach pomiędzy karmieniami. Bardzo pomogło mi wtedy wsparcie męża. I pielęgniarki, które były w sali obok na każde zawołanie, a słysząc w nocy płaczące dziecko przychodziły same. Zaczęłam cieszyć się, że z powodu lekkiej żółtaczki u córeczki zostałyśmy w szpitalu o jeden dzień dłużej. Po prostu do dziś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądałaby moja przygoda z karmieniem piersią, gdybym w tym najtrudniejszym momencie znalazła się już w domu. Czy nie sięgnęłabym zdesperowana po butelkę? Na prawdę nie wiem... Warto wykorzystać szpitalną pomoc, żeby poczuć się pewniej w pierwszych chwilach po narodzinach. Pamiętam mój strach czwartego dnia po porodzie, gdy przyszedł czas, by za kilka godzin już być w domu. Numer telefonu do położnej był w tej sytuacji ważnym wsparciem. Szczęśliwie, wraz z lepszym samopoczuciem córeczki powróciły błogie chwile przy piersi. Przez kilka tygodni ich ssanie było dla Małej Muffinki najlepszą drogą do uspokojenia. To było dla mnie, jako młodej i niedoświadczonej mamy takie koło ratunkowe. Pewnik, że poradzę sobie z moim dzieckiem. Bajka powróciła. Do czasu...
Najtrudniejszy moment
Kryzys przyszedł około szóstego tygodnia. Z tego co zdążyłam się już zorientować (między innymi dzięki fejsbookowym grupom, o których to nieocenionej roli pisałam tutaj), tak zdarza się często. Jakby natura chciała powiedzieć: "Sprawdzam" i zmusić nas do wykazania się prawdziwą determinacją, by utrzymać laktację i nadal karmić piersią. Słyszałam, że w tym momencie wiele z mam rezygnuje. Nie dziwię się. Akurat w tym czasie zakończyły się wizyty położnej. W fatalnym momencie, bo przez pierwsze sześć tygodni wszystko szło ok. Nie zdążyłam więc zahartować się w pokonywaniu problemów. Mała Muffinka przybierała na wadze, nie miała kolek. Po prostu dziecko idealne. Ja też czułam się coraz pewniej w opiece nad nią. Byłam dumna z siebie jako z mamy karmiącej. W końcu każde dodatkowe sto gram mojego dziecka to była poniekąd moja osobista zasługa ;) I nagle wszystko zaczęło się sypać... Dziecko wyło przeraźliwie z głodu a przystawiane do piersi odwracało główkę, prężyło całe ciało, jakby kategorycznie mówiąc: "Nie, nie chcę!". A tymczasem wiedziałam przecież, że jest głodna. Miała cyca w buzi a zachowywała się tak, jakby nie miała o tym zielonego pojęcia. W stresie i rozpaczy po prostu nie zdawała sobie z tego sprawy. Porady, które uzyskałam od położnej już tylko przez telefon okazały się skuteczne tylko czasowo. Próbowałam wstrzykiwać do buzi odrobinę pokarmu. Kończyło się na tym, że byłyśmy oblane mlekiem my i wszystko dookoła. Często bez pozytywnego skutku. Próbowałam też na smoczek (żeby pobudzić ssanie i wymienić go szybko na cyca) i o zgrozo na słodzoną wodę podawaną przez butelkę. Ten ostatni pomysł, choć mało godny pochwały, skutkował najczęściej. Ale z czasem i to przestało pomagać, poza tym w obawie o przyzwyczajenie małej do butelki przestałam go nagminnie stosować. Musiałam radzić sobie inaczej. Kończyło się więc na karmieniu na piłce fitness (z bujaniem góra-dół w pakiecie), a jak to nie pomagało to także na stojąco z pozycji spod pachy (chyba już bardziej akrobatycznego sposobu wymyślić nie można). Z czasem oswoiłam się z sytuacją na tyle, że niekiedy decydowałam się te najtrudniejsze chwile po prostu przeczekać. Mała dostawała smoka a ja po upływie kilku, kilkunastu minut próbowałam raz jeszcze. Te wszystkie metody, stosowane na zmianę, w różnej kompilacji i kolejności pomagały. Choć bardzo się namęczyłam. Nie mówiąc już o moim psychicznym stanie, gdy zbliżała się godzina karmienia (mała jadła wtedy co dwie - trzy godziny a trzeba było wliczyć w ten pakiet trwające zawsze około pół godziny próby przystawiania). Najtrudniej było w nocy, bo wtedy najbardziej zmęczenie dawało mi się we znaki. Córeczka też przez paniczną histerię nad cycem rozbudzała się totalnie. W efekcie miałam pół godziny próby nakarmienia, potem mała jadła i usypiałam ją około 40 minut. Sama spałam po pół godziny, do następnej pobudki i walki o chwycenie cyca. Jakoś przetrwałyśmy ten trudny okres. Dziś już wiem, że prawdopodobnie zawdzięczałam go skokom rozwojowym mojego dziecka. Po kilku dniach takiej walki nagle następował z czasem dzień, dwa przerwy a ja widziałam jak córeczka staje się coraz bardziej kontaktowa. Potem te szczęśliwe okresy się wydłużały, żeby wreszcie (mam nadzieję) minąć na dobre pod koniec trzeciego miesiąca.
Jaki wniosek z tej pierwszej, zwycięskiej walki o pozostanie na mlecznej drodze? Kluczem do sukcesu często bywa cierpliwość, poświęcenie i ufność, że w końcu przyjdą lepsze chwile, które są w stanie wynagrodzić po stokroć to, co działo się wcześniej. Ale najpierw trzeba wiedzieć, że ten lepszy dzień kiedyś nadejdzie. Stąd właśnie moja opowieść. Ja to przeżyłam i się o tym przekonałam. Na szczęście :)
C.d.n..
W kolejnej części tej opowieści napiszę o 6 rzeczach, które w karmieniu piersią zaskoczyły mnie najbardziej. Jeśli nie chcesz przegapić nowego posta koniecznie daj mi o tym znać. Skorzystaj z tego formularza:
Gdy rodzi się dziecko, świat się zmienia. I to nie tylko ten realny, ale też wirtualny. Bywa, że podczas bezsennych nocy ten drugi staje się Twoim najlepszym przyjacielem. Ja na przykład bardzo szybko odkryłam, że z mamami małych dzieci można przez Internet porozmawiać o każdej porze. Na prawdę nie ma znaczenia czy jest to dwunasta w południe czy w nocy. Możesz być pewna, że znajdzie się mama, która tak jak ty mimo głębokiej nocy NIE ŚPI i czuwa. Jakże podniosło mnie to na duchu w pierwszych chwilach macierzyństwa!
I jak to mawiają po nitce do kłębka - z poczucia solidarności z "mamami nocnymi markami" powróciła moja miłość do Facebooka. A właściwie jego wybranej funkcji, mianowicie Facebookowych grup. Tym samym odkryłam świat, bez którego nie mogłabym już funkcjonować. Tak w dzień, jak i w nocy.
Są dwa podstawowe rodzaje grup na Facebooku. Otwarte i zamknięte. Do tych drugich potrzebujesz specjalnego zaproszenia od osoby, która już do grupy należy. albo możesz poprosić o dodanie administratora. Wszystkie są trochę ukryte i nie każda spełnia taką rolę, o jakiej traktuje ten wpis. Kiedyś kojarzyłam grupy raczej z bezsensownymi tablicami ogłoszeń, które wrzuca każdy a nikt ich nie czyta. Na takie bowiem grupy dotąd trafiałam i nie pozostawałam w nich na dłużej. Ale macierzyństwo skłoniło mnie do tego, by w tej dziedzinie zagłębić się nieco bardziej. Kluczem do znalezienia swoich ulubionych grup jest oczywiście wyszukiwarka Facebooka, choć po pierwszym wpisaniu wybranego hasła wcale nie trafia się w wymarzone miejsce. Facebook najczęściej wyrzuca w odpowiedzi na nasze zapytanie wyniki typu "Strony". "Osoby", "Miejsca". Trzeba poszukać nieco głębiej, żeby trafić na liczne i ciekawe grupy. Najpierw przejść na stronę z większą liczbą wyników (klikając w opcję "Znajdź więcej wyników dla "...", która znajduje się na samym dole, pod wszystkimi wynikami wyrzuconymi po wpisaniu wybranego słowa przez Facebook). Następnie filtrujemy widoczny w lewej kolumnie typ rezultatu wybierając wyłącznie grupy. W wynikach pojawi się nazwa grupy, będzie widoczny krótki opis, liczba członków, znajomi należący do grupy i pojawi się możliwość dołączenia. Zarówno w przypadku grupy otwartej jak i zamkniętej trzeba będzie na dołączenie chwilę poczekać, z tą różnicą, że w przypadku grup otwartych po przejściu na stronę grupy od razu można zobaczyć zamieszczane tam posty. Po akceptacji prośby o dołączenie przez administratora można bez przeszkód postować i komentować treści.
Tyle instrukcji. Teraz winna jestem wyjaśnienie, dlaczego przynależność do grup na Facebooku uważam za godną polecenia każdej młodej mamie.
Doktor Facebook
Twojemu dziecku ropieją oczka? Albo ma może gorączkę już trzeci dzień i zaczynasz się powoli denerwować? Wiadomo... Facebook to nie numer 112 i nie zastąpi fachowej pomocy medycznej. Absolutnie nie o takiej roli chcę tu napisać. Ale jeśli niepokoi Cię coś w zachowaniu Twojego dziecka, możesz być pewna że znajdzie się w grupie poświęconej opiece nad dziećmi przynajmniej kilka mam, które przeżyły dokładnie to samo. Ot, nie zaszkodzi się skonsultować i dowiedzieć, czy warto może jeszcze chwilę poczekać i nie panikować, czy też może rozsądniej by było zadzwonić od razu do lekarza. Ja osobiście radziłam się na przykład w kwestii bioderek mojej córeczki. Po kontroli u lekarza stwierdzono lekką dysplazję i zalecono stosowanie specjalnej poduszki (podobno lepszej niż podwójne pieluszkowanie). Chciałam wyrobić sobie na jej temat zdanie, czy warto ją kupić, na ile okazuje się faktycznie przydatna i pomaga dziecku. Popytałam, skonsultowałam doświadczenia innych mam i doszłam do własnych wniosków. Mało tego, nie musiałam nawet inwestować w poduszkę, bo znalazłam mamę, która pożyczyła mi chętnie na dwa miesiące swoją. Zaoszczędziłam wydatku i jak się potem okazało także córeczce zbytecznego cierpienia, nieco przymykając oko na niektóre zalecania lekarza.
Faceciuch, czyli ciucholand społecznościowy
Nigdy nie byłam miłośniczką biegania po second handach. Owszem, ciuchy z drugiej ręki cenię sobie bardzo i wiem, że można wśród nich znaleźć perełki. Ale nie mam cierpliwości do przeglądania stert ubrań, wśród których wiele nie odpowiada mojemu gustowi i czas spędzony w sklepie okazuje się stracony. Ale dzięki grupom typu sprzedam/kupię przekonałam się, że wśród używanych ubranek dla dzieci można znaleźć prawdziwe perełki. Wyglądające jak nowe, nie sprane, czasem nawet nie założone, oryginalne ciuszki mniej i bardziej znanych marek. Po prostu kopalnia śliczności!
Jeśli chcecie zobaczyć przykładowe ciuszki, które udało mi się zdobyć tą drogą zapraszam do śledzenia mojego profilu w serwisie Instagram. Tam na bieżąco raportuję efekty moich ciuchowych łowów dla Córeczki i nie tylko.
Od kiedy odkryłam sprzedaż na Facebooku właściwie jestem zdania, że kupowanie nowych ciuszków dla tak małego dziecka praktycznie nie ma sensu. Bardzo się przepłaca, a po pierwszym praniu wyglądają dokładnie tak samo jak większość tych odziedziczonych po starszych kolegach/koleżankach. Do sklepów z odzieżą dziecięcą chodzę tylko, by upewnić się, że moje dziecko nosi faktycznie na co dzień ładne ciuszki :)
W grupie siła
Dzięki grupom na Facebooku łatwo zdobyć sojuszników. Przydają się choćby w konkursach internetowych, a takich w tematyce "okołoparentingowej" nie brakuje. Jeśli o zwycięstwie decyduje liczba głosów, lajków albo chociaż chcecie poznać obiektywną opinię zanim wyślecie pracę do konkursu, grupy to zdecydowanie najlepszy adres. Ja dzięki głosom, które udało się mi zdobyć po opublikowaniu posta ze zdjęciem pokoju mojej córeczki wygrałam w jednym z takich konkursów nagrodę o wartości aż 400 zł! To pierwsza taka moja wygrana w życiu. Tym bardziej cieszy, że miałam świadomość, że moja praca autentycznie podobała się użytkowniczkom grupy.
Od socjala do reala
Od kiedy jestem mamą mam wrażenie, że znam połowę mojego miasta ;) To sytuacja zgoła odwrotna do tej, która miała miejsce zanim na świecie pojawiła się Mała Muffinka. Tu muszę zaznaczyć, że mieszkam w niedużym mieście. Gdy sprowadziłam się do niego trzy lata temu nie znałam w zasadzie nikogo. I tak było aż do momentu, gdy urodziłam dziecko. W poszerzaniu znajomości wśród mam bardzo pomógł mi Facebook. A konkretnie lokalna grupa pod hasłem "Rozmowy mamusiek". To dla mnie kopalnia wiedzy o lokalnym środowisku, jakiej nie jestem w stanie zdobyć w inny sposób. Numer telefonu komórkowego do najlepszego fizjoterapeuty w okolicy? Proszę bardzo, mamuśki idą z pomocą. Ba, nawet wywołany w komentarzu z imienia i nazwiska specjalista odezwie się w kilka minut po dodaniu przeze mnie rozpaczliwego posta, że potrzebuję pomocy, bo męża złapała rwa kulszowa i nie może podnieść się z podłogi. Mamuśki są niezawodne też w innych dziedzinach. Poradzą w sprawie kupna nowego samochodu dla rodziny, podpowiedzą który fryzjer w okolicy jest najlepszy i zarazem najtańszy, znają też godziny otwarcia sklepu z pamiątkami i wiedzą gdzie na pewno dostanę opaskę na głowę mojej córeczki. Cóż, Wujek Google może się schować. Nie zdobędę dzięki niemu takiej wiedzy, jaką są mi w stanie dostarczyć mamuśki.
Ale realna wiedza o wszystkim, co w okolicy to nie wszystko. Dzięki przynależności do Facebookowych grup skupiających osoby z najbliższej okolicy już kilkukrotnie uzyskałam bezinteresowną pomoc. Tak na przykład zaczęła się moja przygoda z noszeniem córeczki w chuście. Pewnego dnia po prostu napisałam post, że bardzo bym chciała czegoś się na ten temat dowiedzieć. Nie chciałam kupować chusty i trenować na podstawie instrukcji z internetu. Wydawało mi się to zbyt ryzykowne. Podobnie jak wydanie kilkuset złotych na chustę, gdy nawet nie byłam pewna, czy Mała Muffinka to polubi. Jakież było moje zdziwienie, gdy w ciągu kilku minut odezwało się do mnie aż kilka dziewczyn z najbliższej okolicy. Wszystkie z propozycją spotkania i udzielenia bezpłatnego instruktażu. Nie omieszkałam skorzystać. Miałam dzięki temu prywatną lekcję wiązania u siebie w domu i dwa tygodnie na testowanie pożyczonej chusty. To spotkanie zaowocowało zresztą wkrótce założeniem kolejnej lokalnej grupy mam - miłośniczek chustowania i następnymi spotkaniami tym razem w większym już gronie mam i ich zachustowanych pociech. W planach jest piknik pod gołym niebem, na który już się nie mogę doczekać ;)
Dlaczego nie fora internetowe?
Zastanawiasz się może, czy różni się taki dialog w grupach na Facebooku od członkostwa na forach, tak przecież popularnych wśród mam. Moim zdaniem jest kilka zasadniczych różnic, przemawiających na rzecz grup. Po pierwsze w grupie nie jesteś anonimowy. Występujesz pod własnym imieniem i nazwiskiem, Twój profil jest najczęściej opatrzony zdjęciem. To znacznie wpływa na kulturę postowania. Mniej jest hejtu, docinek, niewybrednych komentarzy. Po drugie tempo odpowiedzi jest znacznie szybsze. Ja mam na przykład tak, że na fora zaglądam owszem. Ale tylko czytam zamieszczone tam posty. Rzadko coś dodaję, bo mam wątpliwość czy doczekam się odpowiedzi zanim nie stracę zainteresowania tematem. Po trzecie jest swobodna możliwość dodawania zdjęć, linków. Fora mają różne zasady, każde swoje. Do tego ja nigdy nie pamiętam dziesiątek haseł i loginów do każdego z nich. Słowem, grupy mają wszystkie zalety społecznościowe Facebooka i można z nich do woli korzystać.
Moje ulubione grupy
Tych grup zebrałoby się całkiem sporo. Ale jest kilka w tematyce parentingowej, które chciałabym szczególnie polecić.
Ciąża i macierzyństwo bez tabu - doradzimy, pogadamy, "wysłuchamy"
PO staraniach-ciąża, dzieci.
Ciąża, poród i wychowanie - pytania i odpowiedzi mamusiek
Blogowy świat kobiety
Rodzicielska Blogosfera
Modny Maluch- swietne ubranka w niskich cenach.
Chustoświrki Polska
Chusty, POLSKA! - nosimy, wiążemy, motamy - chustujemy!
To są grupy ogólnopolskie. Oprócz nich szczerze polecam także wyszukanie odpowiadających Ci tematycznie grup skupiających osoby z najbliższej okolicy. Na pewno je docenisz!
Masz jakieś ulubione grupy na Facebooku? Zapraszam do pozostawiania informacji w komentarzach.
Są ludzie, którzy jedząc warstwowe ciastko najpierw schrupią jego wierzch, żeby dopiero w drugiej kolejności dobrać się do pysznego środka. Albo objedzą brzegi oblanego czekoladą cukierka i na końcu zabiorą się za nadzienie. Ten przepis dostarczy dla nich kolejnej frajdy z jedzenia-dzielenia. Potrójne muffinki aż kuszą, by zanim znikną w ustach rozebrać je najpierw na części ;)
Te muffinki mają w sobie wszystko, co lubię. I nutę słodyczy i posmak cynamonu, a do tego pulchniutkie ciasto, które najpierw rośnie w oczach, a potem przyjemnie się w nie wgryza. Kształtem są trochę "bułeczkowe", ale podane w papierowych foremkach na muffinki nie dadzą się pomylić z niczym innym.
Składniki:
Ciasto
2 łyżeczki drożdży instant
50 ml ciepłej (letniej) wody
150 ml letniego mleka
50 g cukru
1 jajko
40 g rozpuszczonego masła
450 g mąki
Posypka
80 g rozpuszczonego masła
250 g cukru
3 łyżki cynamonu
Chcesz zobaczyć zdjęcia z przygotowania tych muffinek? Zapraszam Cię na mój instagram.
Przygotowanie:
W naczyniu wymieszaj: mleko i wodę (jedno i drugie ciepłe, choć nie gorące), zwykły cukier, masło oraz drożdże typu instant. Po zmieszaniu tych składników dodaj jajko i mąkę. Ciasto mocno zgęstnieje. Wyrzuć je na gładką powierzchnię i ugniataj aż stanie się sprężyste i gładkie (7-10 min). Przykryj i pozostaw na ok. godzinę. Ciasto powinno ładnie wyrosnąć.
Przygotuj metalową foremkę na muffinki (taką na 12 sztuk), do której włożysz foremki papierowe. To najlepszy sposób na upieczenie tych ciasteczek. Osobiście próbowałam też w silikonach, ale muffinki po wyjęciu z takiej foremki częściej się rozpadały. Natomiast podane w papierkach nie tylko się nie rozpadają, ale też wyglądają bardzo atrakcyjnie. Z przepisu wychodzi 12-15 muffinek. Dlatego oprócz tych w metalowej foremce piekłam też kilka w silikonach.
Gdy ciasto będzie już wyrośnięte znów przerzuć je na gładką powierzchnię posypaną lekko mąką i ugniataj prze minutę lub dwie. Następnie przygotuj dwie miseczki. Do jednej z nich przelej rozpuszczone masło, do drugiej wsyp cukier zmieszany z cynamonem.
Teraz czas na najprzyjemniejszą część przygotowywania muffinek i tym samym odkrycie całej tajemnicy ich kształtu. Uformuj z ciasta kulki wielkości orzecha włoskiego. Każdą z nich umocz w maśle a następnie obtocz w cukrze wymieszanym z cynamonem. To jak obficie to zrobisz zależy od Ciebie. Ja byłam dosyć hojna jeśli chodzi o posypkę i muffinki wyszły słodkie i intensywnie cynamonowe. Nie żałuję ;) Każde ciasteczko składa się z trzech kulek, które należy wcisnąć w foremkę. I gotowe! Teraz daj "odpocząć" ciastu, a więc pozostaw muffinki na około godzinę. Uważaj jednak, by nie wyrosły za bardzo, bo staną się gigantami :)
Piecz ok. 18-20 minut w temperaturze 180 stopni C. Smacznego!
Chcesz być na bieżąco z innymi przepisami Mamy Muffin? Polub moją stronę na Facebooku:
P.S. Ja użyłam w przepisie drożdży instant. Mówiąc szczerze była to pierwsza moja przygoda z tym wynalazkiem. Nie żałuję, bo ciasto na prawdę pięknie rosło. Jeśli jednak spróbujesz zrobić te muffinki w wersji z tradycyjnymi drożdżami daj proszę mi znać. Chętnie dowiem się, czy i w tej formie są smaczne i puszyste.